UNITED VISIONS – Rozmowa z Krzysztofem Kłosem

Krajowy rynek koncertowy wbrew ekonomicznym zawirowaniom wciąż poszerza swoją ofertę. Przybywa nam nie tylko imprez klubowych, ale przede wszystkim, imprez na świeżym powietrzu, nierzadko przybierających festiwalową formułę. O kulisach prowadzenia agencji koncertowej i wyzwaniach jakie stoją przed promotorami w Polsce, rozmawiamy z Krzysztofem Kłosem, głównodowodzącym krakowską United Visions.

Wyrosłeś z metalowego środowiska, na niejednych juwenaliach w życiu byłeś i piłeś, ale przede wszystkim, zjeździłeś kraj w ramach koncertowego głodu. WUV którym momencie uświadomiłeś sobie, że organizacja eventów muzycznych to właśnie to, za co chcesz się zabrać?

Wyszło to niejako przypadkiem, a można to skwitować krótką dewizą: chcesz zrobić coś dobrze, zrób to sam. Pragnęliśmy zobaczyć ten czy tamten band, więc zwyczajnie postawiliśmy nie czekać, tylko zabrać się do roboty.

Od czego zacząłeś? Rozeznanie w małopolskiej konkurencji? Zebranie zaufanych ludzi? Co stanowi największy problem na starcie?

Problemów jest sporo, jak to w każdym zawodzie.  Człowiek uczy się cały czas. Kiedyś problemem była kwestia pożyczenia paru gratów na scenę, wraz ze wzrostem skali imprez poziom organizacji musi rosnąć i my musimy stawiać czoła dużo bardziej skomplikowanym zadaniom.

Małymi kroczkami przechodziłeś od bookingów metalowych i hardcore’owych zespołów przez elektronikę i artystów pokroju Atari Teenage Riot. Na ile organizowane przez United Visions koncerty były i są wynikiem rynkowej kalkulacji, a na ile, jak w przypadku Atari, rezultatem fascynacji danym artystą?  W tej branży jedno i drugie może iść ze sobą w parze czy należy zachowywać stosowny dystans?

Wiadomo, że większą radochę przynosi współpraca z artystą, który wpasowuję się w nasze gusta muzyczne. Niestety, nie zawsze tak może być. Niekiedy coś, co na papierze wydawało się bardzo odległe od naszych marzeń, w rzeczywistości wypadało bardzo fajnie i dawało nam dużo pozytywnej energii.United Visions

Często pomaga zupełnie nowy szyld. Chociaż mając na uwadze dokonania m.in. Piona Art a następnie Live Art i Rose Productions, to nie wystarcza. Wychodzi na to, że nie każdy może to robić, a paradoksalnie – na przekór całemu systemowi, brną w to dalej. Jest sens próbować aż do skutku?

W tej branży nie lądują ludzie przypadkowi. Każdy, kto zaczyna się „bawić” w organizację koncertów, robi to na początku, bo po prostu lubi dany rodzaj muzyki, czy chce wspierać konkretną scenę. Niestety, zawsze przychodzi moment, kiedy trzeba sobie zdać sprawę, że to jednak tak nie działa. Więc albo zaczynasz traktować to jak każdy inny biznes, albo zatracasz się w tym, co robisz i wpadasz w jakiś bookingowy amok, który zawsze kończy się kłopotami finansowymi.

Wcześniej celowo wspomniałem o Juwenaliach. Doskonale znasz rozwój tych imprez w jednym z największych studenckich miast w Polsce – Krakowie. Dziś część z tych eventów nie ma już (stricte) studenckiego charakteru, a przybiera formę festiwali muzycznych, kierowanych do bardzo zróżnicowanego audytorium. Sukcesy przeobrażenia Ursynaliów oraz Czyżynaliów należy traktować za dobrą monetę na przyszłość? W takim kierunku powinniśmy się udać? A co z pierwotnym charakterem dni żaków?

Myślę, że to jest fajny kierunek. Dobrze, że wsparcie uczelni jest wykorzystywane w bardziej kreatywny sposób.  Studenci to bardzo szerokie grono ludzi. Nie są to tylko zatwardziali fani Kultu, więc dobrze, że idzie to w tę stronę.

W tym roku pracujecie nad kilkoma takimi projektami, ale w zupełnie innej roli, w której od jakiegoś czasu realizujecie się w południowej Polsce. Zajmujecie się reklamą, drukiem materiałów oraz produkcją wydarzeń. To poszerzenie oferty czy przekwalifikowanie się? W jakim miejscu na dzień dzisiejszy jest United Visions, i jakie stawia sobie cele?

StarKłosamy się wykorzystać nabyte doświadczenie na szerokim froncie. Cel to rozwijać się ale nie za wszelka cenę.

W realizacji koncertów współpracujecie m.in. z KnockOut Productions, ekipą odpowiedzialną m.in. za metalcore’owe święta typu koncerty August Burns Red czy festiwal Metalfest w Jaworznie. Tego typu partnerstwo jest rezultatem odpowiednio dostosowanej oferty do potrzeb zarówno jednej, jak i drugiej ekipy, czy raczej jest to kwestia przyjacielskich kontaktów?

W sumie jednego i drugiego. Obie ekipy znają się już dość długo a i okazało się, że możemy zrobić coś razem, tak, żeby obie strony były zadowolone z efektów biznesowych.

Promotorzy imprez oraz właściciele klubów często oferują zespołom jedynie granie za przysłowiową „wachę” oraz ewentualnie piwo. Od jakiegoś czasu w sieci panuje rozgorzała wrzawa dotycząca finansowania przedsięwzięć koncertowych oraz występujących na nich artystów. Choć, termin „artysta” nie zawsze odwzorowuje faktyczny stan tego z kim mamy do czynienia. Jaki jest Twój pogląd na ten temat – kluby i agencje same powinny finansować koncerty, czerpać pieniądze od sponsorów, żerować na prywatnych podmiotach, a może jeszcze lepiej – na zespołach, które chcą zagrać przed gwiazdą wieczoru. Jak zachować balans uczciwości, profesjonalizmu i bycia po prostu fair?

Prawda jest taka, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia (śmiech). Każdy będzie chciał ułożyć „deal” pod siebie.  Sedno tego biznesu polega na tym, żeby znaleźć złoty środek i żeby każda strona była zadowolona,  jeśli układ będzie nieżyciowy to nie będzie mógł funkcjonować w obecnych realiach, bo rynek go szybko zweryfikuje.

Rozmawiał Grzegorz „Chain” Pindor