THE ROTTED – Alkoholowe uciechy według Bena McCrow

Ben McCrow jest wokalistą The Rotted, death/grindcore’owej załogi z Londynu, która od 1997 roku funkcjonowała jako Gorerotted. Od czasu zmiany szyldu w 2008 nakładem Metal Blade wypuścili bardzo udany album „Get Dead or Die Trying”, następnie epkę „Anarchogram” oraz kolejny duży materiał „Ad Nauseam” [czytaj recenzję], który ukazał się z logo Candlelight pod koniec 2011 roku. Specjalnie dla Violence Ben skrobnął kilka słów o swoich ulubionych alkoholach i sposobach na udaną zakrapianą imprezę. Oto, co miał do powiedzenia.

Rybka lubi pływać

Jeden z moich londyńskich kolegów pochodzi z Polski i zawsze, kiedy jedzie w odwiedziny do kraju przywozi wódkę. Najbardziej smakuje mi czysta pita z małych szklanek zagryzana śledziem. Niestety, pewnego razu opróżniliśmy butelkę zbyt szybko i poprawiliśmy ciderem, co okazało się zabójczym połączeniem. Totalnie się zmasakrowałem, leżałem w kiblu pół nocy i rzygałem. Byłem tak wykończony, że położyłem się w wannie i zasnąłem. Moja dziewczyna myślała, że zasłabłem, więc próbowała wyważyć drzwi. Jak weszła do środka, zastała mnie częściowo nagiego ze spuszczonymi gaciami. Zasadniczo to była całkiem udana impreza, ale od tego czasu nie mogę znieść widoku rolmopsa. Na szczęście, wódka mi nie zbrzydła, po prostu mam na pieńku ze śledziami.

Hardcore’owy cider

W Polsce macie wódkę, my w Anglii mamy cider, nazywany czasem scrumpy. Tradycyjnie farmerzy robią go ze sfermentowanych jabłek. Zwykły cider ze sklepu jest gazowany i słodzony, ale prawdziwy scrumpy jest mętny, niegazowany i cholernie cierpki. Prawie tak cierpki jak ocet. Zawartość alkoholu nie jest większa niż w piwie, ale naturalne soki z jabłek potrafią zrobić niezły bałagan w żołądku. Jak wypijesz o kilka szklanek za dużo, wydaje ci się, że twoje bebechy gniją, zęby zaczną wypadać a mózg zamienia się w papkę. Kilka razy po ostrej imprezie ze scrumpy w roli głównej budziłem się z uczuciem jak po koszmarnym haju na kwasie.

Jak stara baba

Kiedy idę do pubu, moim ulubionym drinkiem jest gin z tonikiem. Jak mam więcej kasy,zamawiam od razu półlitrową szklankę. Zawsze wydawało mi się, że gin z tonikiem to coś dla starych bab, ale naprawdę go polubiłem. Jest trochę jak speed, daje energetycznego kopa. Moje ulubione marki to Bombay Sapphire, Hendricks i Tanqueray. Są dość drogie, ale smakują doskonale.

Rzyganie krwią

Krwawą Mary potrafię pić w naprawdę dużych ilościach. Nie po to, żeby się uchlać. Po prostu ją  uwielbiam. Polecam taki przepis: wódka, sok pomidorowy, sól, pieprz oraz sosy Tabasco i Worcester, który ma głęboki, korzenny smak. Można też dorzucić sos wiśniowy albo chrzanowy, ale to bardziej jako ciekawostka. Biorąc pod uwagę ilość witamin w pomidorach, jest to prawdopodobnie najzdrowszy drink. Jak wypijesz zbyt dużo w krótkim czasie możesz skończyć na kiblu rzygając czerwonym sokiem jak krwią!

Ale, czyli piwo po angielsku

Moje ulubione gatunki piwa to ale oraz porter. Nie są podawane na zimno, przeważnie nie są gazowane. Najlepiej smakują w temperaturze pokojowej. W Anglii jest cała masa pubów, które serwują ale z lokalnych browarów, takich jak Cotleigh czy Exmoor. Ciemny ale najbardziej wchodzi mi zimą. Jeśli tylko gramy w Irlandii i jesteśmy w Dublinie, idziemy do pubu Porter House. Dają tam czerwony porter i robią swoje własne piwo typu stout, do którego dodaje się ostrygi. Poilku kuflach ale robię się trochę senny, więc jak nastawiam się na imprezową noc to przeważnie piję jasne piwo. Wydaje mi się, że ale nie zrobiłby furory w waszej części Europy. Jak gramy koncerty w tamtym rejonie przeważnie wybieram lokalne piwo. Najlepsze jakie do tej pory spróbowałem były chyba w Belgii oraz w Bawarii. Raz nawet piłem bardzo dobre amerykańskie piwo, ale za cholerę nie pamiętam, jak się nazywało.

 

Spisał Adam Drzewucki