THE DEVIN TOWNSEND PROJECT – Transcendence (InsideOut)

Ta rozmowa teoretycznie jest pozbawiona większego sensu. Przecież kilka miesięcy temu na Violence ukazała się recenzja „Transcendence” i wywiad z Devinem. Po co wskrzeszać zmarłego? Wszystko to zasługa Grzegorza, który zafascynowany zawartością zeszłorocznej propozycji Devin Townsend Project, bardzo chciał o niej porozmawiać. Z chęcią na ofertę przystałem, gdyż zdążyłem już zmienić opinię odnośnie „Transcendence”. Tak, wciąż jest pozytywna, ale nie mogę wam nic więcej powiedzieć. Wszystko znajdziecie poniżej.

Łukasz: Devin Townsend – Midas muzyki rozrywkowej XXI w., Frank Zappa metalu, nieskazitelny twórca: hit czy kit?

Grzegorz: Odważnie, ale trochę mnie kolego podpuszczasz, tym bardziej, że miał – może nie wpadki – co albumy niepokojąco wykraczające poza poziom, do którego nas przyzwyczaił. Fani są w tej kwestii jednomyślni. Ale wybrnę z twojego pytania inaczej – niewątpliwie jest wizjonerem i tytanem pracy, ale gra we własnej lidze. Zappa jednak miał wpływ na wszystko. Od brzmienia, aranży czy rytmu, z którego On i jego perkusiści słyną.

Łukasz: Osobiście, nie stawiam Devinowi pomników ze spiżu. Nagrał płyty wybitne, wiele dobrych, kilka przyzwoitych i parę słabych. Po „Alien” – mimo usilnych prób – przestał zaskakiwać. Jednak „Transcendence” to całkiem miła alternatywa po „Sky Blue”, na którym nie obyło się bez mielizn.

Grzegorz: Najwięcej było na ostatnich koncertach. Wszak nadchodzące dwie sztuki z Between the Buried and Me to niejako powód do zmazania blamażu. AleTDTP wróćmy do samej płyty; poraża mnie rozmach tego wydawnictwa. Rzadko kiedy piszę i mówię w ten sposób o płytach, ale to potężne nagranie. Z serca.

Łukasz: Rozmach w metalu to zawsze stąpanie po cienkiej granicy między kiczem a faktycznym dostojeństwem godnym artysty tego formatu. „Transcendence” cenię za co innego. Devin, najwyraźniej znudzony ciągłym odkrywaniem koła, zaliczył swobodny lot przez całą swoją karierę, co poskutkowało ciekawymi rozwiązaniami. Jest nienaganna melodyka „Sex&Religion”, gdzieś w tle przemyka duch „Synchestry”, a Strapping Young Lad… Nie ma! Ale może to i lepiej?

Grzegorz: Lepiej, bo dość się chłop nakrzyczał i pędził na złamanie karku pod blasty. Tutaj, przynajmniej na tym krążku, liczy się spójność i atmosfera. Ok, ok, prog metal niby z definicji powinien taki być, ale w natłoku naprawdę hardych do zagrania patentów jest sporo miejsca na oddech, złapanie myśli i celebrowanie ww. elementów. Zapytam Cię wprost – traktujesz ten album jak monolit?

Łukasz: Tak, co aż dziwi w kontekście eklektyzmu Townsenda. Wspomniałeś o progu: lubię Devina za to, że tak zręcznie ucieka od niepotrzebnego nadęcia. Spryciarz dalej to ma.

Grzegorz: Ja tu słyszę nawet heavy metal, więc jak go mam nie kochać (śmiech)?

Łukasz: Heavy metal najgorzej, więc masz jak (śmiech). A który z utworów przypadł ci do gustu najbardziej? Osobiście, stawiam na „Secret Sciences”. Ta naiwna przebojowość hołdująca latom 90. kupuje mnie z miejsca…

Grzegorz: Właśnie słucham tego numeru i chciałem o nim powiedzieć. Zaskakująco stadionowy, nośny, a jednak gdy posłuchasz basu to dzieje się więcej niż na niejednej, stricte metalowej płycie. Podoba mi się to lawirowanie, o którym wspomniałeś. Sekcja gra mocno, ale groove i feeling numeru (a zwłaszcza balansowanie na granicy kiczu) robią jak mało co. Poza tym, „Stars”, trochę zbyt kosmiczny i „prosty” jak na Devina, ale krótkie formy to u niego rzadkość.

Łukasz: Czysto teoretycznie na „Stars” składają się elementy, których w muzyce nie toleruję. Ten przesadny patos, bufonada… Ale obleczone w melodie na miarę jego możliwości, robią swoje.

Grzegorz: Uważam, że nasz bohater nieco się z nami droczy. Zwykły słuchacz dostrzeże w tej płycie nadmierne wspomaganie się klawiszem, ograniczoną ilość powalających riffów, a z drugiej, ktoś komu nieobca, niech ci będzie, ta bufonada nawet a’la Muse, łyknie ten materiał jak młody pelikan.DT

Łukasz: Posunąłbym się do jeszcze dalej idących wniosków: „Transcendence” to płyta dla fanów i tylko fanów Devina. Nikt inny raczej nie pokocha tego albumu, gdyż zawiera jedynie przekrojowe momenty jego muzycznej kariery, bez wyraźnej eskploatacji któregoś z nich. Takie Greatest Hits… O, właśnie, Greatest Hits: czy odgrzewanie „Truth” to wynik niemocy twórczej? A może faktycznie wpisuje się w nazbyt coachingową koncepcję Devina?

Grzegorz: O niemocy twórczej w przypadku tego pana nie ma mowy. Nigdy nie było. Obdarował nas wieloma godzinami wspaniałej muzyki. Nierzadko trudnej, innym razem przekombinowanej, ale nadal wyprzedzającej wszystkich djentowych aspirantów. Z tym Greatest Hits – zgoda. Ale hitów jakby przybyło.

Łukasz: Widzisz: nadmierna produktywność nie zawsze musi oznaczać kreatywność i twórczą formę. Devin już niejednokrotnie przesadzał.

Grzegorz: Ale wybaczamy mu to. Bo kolejnym razem wyciągał wnioski. Tylko martwi mnie, że te koncerty takie nierówne. Od Boga oczekuje się czegoś nadzwyczajnego.

Łukasz: Oj, daleko się posuwasz… Może cię rozczaruję, ale Devin mógł rościć sobie pretensje do bycia rewolucjonistą jedynie na „City”. Bóg nie powinien mieć tylko jednego krążka na swoim koncie!

Grzegorz: A „Terra”?

Łukasz: Czy ja wiem? Prędzej „Synchestra”, ale też daleki jestem od tak wyrazistych sądów. Wracając jeszcze do „Transcendence”: mało hitów na tym albumie. Trochę niepokojący symptom na przyszłe lata.

okładkaGrzegorz: O jednym już wspomnieliśmy. Gdyby monstrualny rozmiar „Higher” zredukować do pięciu minut, byłby to majstersztyk. Jest i wygar, przestrzeń i ten pokrętny klimat. Zależy, co ty rozumiesz przez „hit” u Devina. Bo ja uważam, że o prawdziwych perłach dowiemy się dopiero po koncertach.

Łukasz: Ale wszyscy wiemy, na jak „teatralnym” fundamencie oparte są sztuki Devina. Mierzi mnie to. Metal jest jednak metalem, niezależnie jak progresywnym, wolałbym ekspozycję nieco surowszych rejonów.

Grzegorz: Ale surowszym live, czy również studyjnie?

Łukasz: Live. Studyjnie umie pogodzić „sztukę” z elementami nieco prostszymi do strawienia dla takich, jak ja.

Grzegorz: To podsumujmy – Devin spełnił twoje oczekiwania, czy czekasz na coś naprawdę wielkiego?

Łukasz: Nie czekam. Devin już drugiego „City”/”Ocean Machine” nie nagra i dawno się z tym pogodziłem. „Transcendence” stanowi obiecującą zwyżkę formy po paru chudszych latach, więc niech tworzy dalej. Byleby stronił od sztampy, a będzie dobrze. A dla ciebie „Transcendence” to monumentalny element dyskografii wielkiego maestro, czy przyzwoity krążek słabnącego weterana?

Grzegorz: Doskonała odskocznia od młócki i album stymulant. Daje mi zarówno szansę na relaks jak i skłania do prób analizy zawartości. Coraz wnikliwszej z każdym odsłuchem. Nie wiem, czy wrócę do niego za rok, dwa, piętnaście, ale jeśli ktoś spyta mnie o jedną z najlepszych płyt 2016 roku, pewnie wskażę na Łysego.

Łukasz: Ja Łysego wskazałbym w okolicach trzeciej dziesiątki, ale naprawdę nie jest źle. Nawet zważywszy na fakt, że za parę miesięcy o tej płycie zapomnę.

Rozważali Łukasz Brzozowski i Grzegorz Pindor

Brutal Assault

                       THE DEVIN TOWNSEND PROJECT NA TEGOROCZNYM BRUTAL ASSAULT! ZAPRASZAMY!