TEATR GRYZIE, TEATR MA – Czarownice z Salem

„Najsamprzód jest kultura, potem długo, długo, długo nic i sztuka” – mecenasował tejże Janusz Gajos w prehistorycznym skeczu. Dlatego kulturalnie informuję, że długo, naprawdę długo moja nóżencja nie przekroczyła progów „teatra”. No bo po co to całe zamieszanie o teatr, halo wielkie? Grają żebracy w serialach, chwalą karty dzwoniące, co by dzieciaki jeszcze rzadziej na podwórko wychodziły i kończyn nie łamały. Całe tałatajstwo w filmach i filmidłach rozlokowane. Mnie tam cały ten etos aktora teatralnego zwisa, choć po prawdzie i cichu podziwiałem ich rzekome oddanie sprawie. Nie po drodze mi było do stref wolnych od popcornu, gdzie ciało wygłodzone, o głupotach pewnie rozmyślało. Czy przez te x-lat nieobecności w teatrze co i coś straciłem, duszyczkę swą karmiąc śtuką wciśniętą gdzieś pomiędzy „em” a „p3” i Matką Teresą z „Divx”. Dzisiaj (30 stycznia 2014 r.), dzień po seansie „Czarownic z Salem” liczę już tylko zyski.

„Czarownice z Salem” – reż. Adam Nalepa, 29.01.2014 r. Teatr Wybrzeże, Gdańsk

Zysk jest oczywisty, choć nie materializuje się – jak to dotąd bywało – w formie plastikowej płyty lub danych dających e-dupy kiedy i gdzie chcesz. Zysk jako sama wyjątkowość przeżyć, wyjątkowość przeto oczywista, wynikająca także – uwaga! – z rozgrywania zdarzeń w czasie rzeczywistym. Szalone, n’ est pas? Ulotne, choć teoretycznie możliwe do uwiecznienia na kurwofonie. Skoro nie możesz czegoś mieć na zawsze (które trwa dzień, dwa) lepiej dla Ciebie, żeby nie istniało. Przed seansem głos z offu zabronił nagrywać. Cham. Jeszcze dzisiaj mdli mnie, gdy przypomnę sobie prawie-że skasowane MOJE zdjęcia z Chengdu. Spaliłbym wtedy całe boże Chiny. To znacznie więcej niż jeden teatr.

Dla porządku. Historia znana przeze mnie z filmu Nicholasa Hytnera (kto by tam czytał dramaty Arthura Millera) tutaj ubrana w żywą, nowoczesną formę. Na nic spółkowanie z technologią 3D, stosowanie 48 fps i rekrutacja karłów. Wczoraj, na scenie, nie znalazłem nic bardziej rzeczywistego od rzeczywistości. Nie wiem co miał na myśli Proust mówiąc „Sztuka przynosi nam dowód, że istnieje coś innego niż nicość”, ale ów walor dowodowy był tu wybitnie dojmujący, pomimo umowności zdarzeń rozgrywających się na deskach gdańskiej sceny. W niektórych odsłonach umowność posunięto ad absurdum (obsadzenie w roli 13 latki nie najmłodszej Pani Krystyny Łubieńskiej, widoczbne dla publiczności zmiany scenografii, przygotowania aktorów), co tylko wzmagało poczucie realności poprzez skrócenie dystansu na linii publiczność – gracze. Padający deszcz, scena wyłożona ziemią zamieniająca się z czasem w bagno. Były tam, przez cały czas, zmieniały scenę na naszych oczach. Nikt nie wycinał scen, nie oszczędzał czasu. Nie było dubli i trubli. Bohaterowie, słabi i obnażeni, ale jednocześnie wszechwładni; choć w granicach roli, wolni.

Obojętność porzucona przy otwierającym spektakl „Girls Just Want To Have Fun” Cyndi Lauper, na wieczność zapomniana porażającym wykonaniem Sweet Dreams „Eurythmics” na modłę Marilyn Mansona, gdzie Sylwia Góra-Weber stworzyła absolutnie autorski, kipiący wściekłością obraz szaleństwa i przyjemnie odpychającego wyuzdania. Rubikon zawracał obezwładniający, industrialny rytm i po-tę-żne partie fortepianowe Marcina Mirowskiego. Opuściłem gardę. Upragniona kapitulacja przyniosła śmierć analizie formy. Tak było z „Grace” Jeffa Buckleya, „Marionette” Triosphere i „Corsica” Petru Guelfucci’ego, choć te z chorobliwym gigantyzmem, na który cierpiał fortepian Mirowskiego nie mogłyby konkurować. Jakubie, artysto-zafajdańcu, „Now you have my permition to die”, jak powiedziałby kinowy Bane. Być może właśnie ów element musicalu, rock opery tak poruszał, jako – wydawałoby się – ex definitione nie należący do sfery imperium teatru? Jeden to… Skoro moja żona mówi, że to teatr, to tak jest. Jednak i ona przy wykonaniu „Ave Maria” Gounoda przez zjawiskową Katarzynę Dałek straciła pewność co do umiejscowienia nośnika fal dźwiękowych. A to tylko Pan Wszechmogący (lub Pani) był dla tej dziewczyny wyjątkowo łaskawy, obdarzając ją kolejnym, wielkim talentem. Barwa, emisja, postawa. Moją wyobraźnię i doświadczenie postawiono przed plutonem egzekucyjnym, ale kule zadawały tylko przyjemność. Istotnie, Gajos-prostaczek nie mylił się – „Sztuka to jest coś takiego…”. Jeżeli nawet uwierała mnie nieco „teatralna” maniera wygrywania roli, to jako kulturowy oszołom odbieram sobie prawo do decydowania co pasuje, co trzeba, a co byłoby gdyby.

Być może „Czarownice z Salem” są sztuką wyjątkową na tle innych spektakli. Wiecie, paplanina, znane nazwiska, miejsca gdzie warto się pokazywać. A w Gdańsku (dosłownie) obrzucali się błotem, cyckami niejedna zaświeciła, za głosem Zbyszka Chajzera niechybnie idąc. Dzisiaj chcę się o tej wyjątkowości przekonywać. Dzisiaj dopuszczam do siebie myśl, że nie aspiruję do bycia miłośnikiem teatralnej formy; to się po prostu dzieje i ta wrażliwość zostaje odkryta. „No. Juuż…”. Brawo.

Kuba Kolan