SZTUKI NIE DA SIĘ ZAPLANOWAĆ – Rozmowa z Leszkiem Gnoińskim

Kto nie zna Republiki, ręka w górę! Nie ma takich? Trudno się dziwić, bo to jeden z najważniejszych zespołów w dziejach polskiego rocka; oryginalny, bezkompromisowy i bardzo wyrazisty. To także ciekawa historia i wielka osobowość przedwcześnie zmarłego lidera Grzegorza Ciechowskiego. Jeśli myślicie, że wiecie na ten temat wszystko, warto sięgnąć po wydaną niedawno biografię symbolicznie zatytułowaną „Nieustanne Tango” autorstwa Leszka Gnoińskiego. Nazwisko tego pana, odpowiedzialnego min. za biosy Myslovitz czy Acid Drinkers, gwarantuje świetnie napisaną, pełną rozmachu opowieść, która nie tylko dokładnie puentuje karierę Republiki, ale przede wszystkim kreśli obraz niełatwego biznesu w ciekawych, plączących ścieżki muzyków czasach. Jeśli macie jeszcze jakieś wątpliwości, zapraszam do lektury.

Załóżmy, że nie istnieje zespół Republika. Jaką grupą – w takiej alternatywnej rzeczywistości – mógłbyś się zainteresować i napisać książkę?

Wiesz, ja napisałem książki o kilku czołowych, polskich zespołach rockowych, więc nie muszę sobie tworzyć żadnej alternatywnej rzeczywistości. Każdy z nich był inny, każdy wywodził się z innego środowiska, więc trudno to porównywać. W sumie, najbliższy Republice był Kult, bo też wyrósł z ruchu punkowego przełomu lat 70. i 80., ale już Acid Drinkers czy Myslovitz to już zupełnie inna bajka. Choć za każdym razem jest to niezwykle ciekawa historia kilku osób, które spotykają się, aby tworzyć muzykę. Historia, którą można opisać szerzej przyglądając się rzeczywistości, w której tworzyli i, którą opisywali.

W czasach największej popularności Republiki istniał konflikt między fanami zespołu Ciechowskiego a punkowcami – zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego dzisiaj fani nie identyfikują się tak dogłębnie ze swoim „idolem”? Czy wynika to z przesytu dobrami kultury, w tym muzyki?

Wtedy było wiele konfliktów, głównie między fanami Republiki, a fanami Lady Pank. W innych szkołach podział był między fanów torunian i TSA, a jeszcze wLeszek Gnoiński innych z wielbicielami Oddziału Zamkniętego. Myślę, że wtedy wszystko było bardziej jednolite, muzyka stawała się częścią naszego życia. Żyliśmy nią i modliliśmy się teksami piosenek. Identyfikowaliśmy się z naszymi idolami. Dziś może tego nie ma, bo może nie ma aż tak wyrazistych postaci? A może po prostu muzyka stała się bardziej rozrywką, a nie sposobem na życie i już tak bardzo się z nią nie utożsamiamy?

Jakie cechy musi posiadać muzyka, by stała się, jak mówisz, sposobem na życie?

Musi byś wypowiedzią pokoleniową, tak jak to było w latach 80., kiedy dorastałem. Myślę, że później tę rolę miał też hip hop. On też stał się sposobem na życie pokoleń dorastających w latach 90.

Wśród biografii trafiają się od czasu do czasu tzw. „biosy fanowskie”, pisane przez fanatyków, nie ukrywających dla wykonawcy uwielbienia. Czy dla ciebie istniała jakaś granica, punkt krytyczny, którego podczas prac nad książką nie chciałeś przekroczyć?

Najważniejsza była dla mnie bezstronność. Natrafiłem w Republice na wiele konfliktów, zarówno w dawnych czasach, jak i współcześnie. Nie będąc częścią zespołu czy ekipy, nie mam prawa stawać po jakiejś stronie. Mogę natomiast oddać głos swoim bohaterom. Chciałem, aby czytelnik sam mógł decydować, po czyjej stronie się opowie.

Tworzenie biografii to także sztuka –  zatem warto zapytać o Twoich mistrzów. Nie chodzi jednak o konkretny tytuł, ale raczej o formułę  – cenisz biografie encyklopedyczne, drobiazgowe (vide chociażby „Ostatnia załoga w mieście”) czy raczej te o skandalizującym posmaku („Młot Bogów” czy „Brud”)?

Biografia musi być wyważeniem wszystkich czynników, o które pytasz. Jednak przede wszystkim ma się świetnie czytać i zostawiać bez tchu. Jednocześnie musimy dzięki niej poznać bohaterów, przeczytać o zjawisku i poznać tło, które jest niezwykle istotne. Trzeba zdawać sobie sprawę, że to też są książki historyczne. „Republika. Nieustanne tango” właśnie taka jest – książką historyczną, w której dzięki muzyce, poezji i sztuce opowiadam o Polsce lat 80. i 90.  Oczywiście Republika jest najważniejsza, ale bez całej otoczki historia zespołu i jego legenda nie mogłaby być zrozumiane.  A co do mistrzów. Nie mam. Gdy czytam jakąś biografię, a lubię je czytać, wypatruję elementów, które mógłbym zaszczepić dla siebie. Staram się tworzyć swój własny styl, i mam nadzieję, że mi się udaje. Najwspanialsze jest, gdy obcy ludzie dziękują mi za książkę i piszą, że czytali zarywając dwie noce albo udało im się to zrobić przez 12 godzin, jak napisał mi ostatnio znajomy. A przecież „Republika. Nieustanne tango” ma ponad 700 stron! Dla mnie najlepsze biografie to takie, gdy autor dociera do bohaterów swoich książek i oni mu opowiadają swoje historie. Tego nie zastąpi nic, bo artyści sami najlepiej wiedzą, co nimi kierowało. Ja rozmawiałem ze wszystkimi muzykami Republiki z wyjątkiem tego najważniejszego. Na szczęście Grzegorz bardzo często udzielał wywiadów, więc miałem dużo materiałów (głównie dzięki Jurkowi Tolakowi i dwóm fanom: Krzyśkowi Romanowi i Ani Sztuczce), które mogłem wykorzystać. Tak poprowadziłem opowieść, aby wyglądało, że Grzegorz uczestniczy w pisaniu tej książki. Mam nadzieję, że tak to zostanie odebrane.

Faktycznie, jest wrażenie, że Grzegorz uczestniczy w powstaniu biografii. Ale gdybyś miał możliwość stanąć z nim twarzą w twarz – o co byś zapytał? Są takie pytania, które Twoim zdaniem, pozostają bez odpowiedzi, właśnie z powodu przedwczesnej śmierci G. Ciechowskiego?

Tu nie byłoby jednego pytania, a cała masa pytań (śmiech). Grzegorz Ciechowski był niezwykle inteligentnym człowiekiem, osobowością wiedzącą, czego chce i dokąd zmierza. Czytanie rozmów z nim jest niezwykle inspirujące i ciekawe. Myślę, że rozmowy z nim stworzyłyby książkę jeszcze bardziej wyjątkową, ale też pewnie poprowadziłyby ją w zupełnie inne rejony.

Myślisz, że jest szansa by pojawił się w Polsce zespół, który w taki silny sposób mógłby oddziaływać na słuchacza?

Dlaczego nie? Oczywiście nie będzie to już takie masowe, bo czasy się zmieniły, rola muzyki też uległa kolosalnej zmianie. Ale musi to być wyjątkowa osobowość, która porwie za sobą tłumy. I musi mieć coś do powiedzenia zarówno w tekstach, muzyce, jak i w wywiadach.

Nie uważasz, że brak w dzisiejszej rzeczywistości tak silnej osobowości jak Republika wynika z faktu, że dzisiejsze czasy są dla muzyków komfortowe – wszystko jest podane na tacy, dlatego artyści są, hmmm, gnuśni…

Ale czy muzycy muszą walczyć? Na pewno o słuchacza i dziś to ich główna walka. Jest też różnica w podejściu. Dziś młody dzieciak, gdy zakłada zespół od razu chciałby zrobić karierę i o tym myśli. Kiedyś działało to jednak trochę inaczej. Zespoły zawiązywały się, bo ludzie mieli coś do powiedzenia, chcieli ze sobą przebywać. Kariera, rozpoznawalność, wydawanie płyt i ich dobra sprzedaż były jakimiś kolejnymi etapami, które dla większości były jakąś wyimaginowaną przyszłością i pojawiały się niemal przypadkowo. Żaden z nich na początku o tym nie myślał, ważna była zabawa. Dziś myśli się głównie o karierze. Mam wrażenie, że wielu młodych muzyków ma ułożony specjalny biznesplan, który wprowadzi ich a szczyt. Myślę, że to niedobra droga. Muzyka to sztuka, a tego nie da zaplanować.

Mówisz, że „dziś myśli się tylko o karierze”. A może to pozorne, bo mam wrażenie, że dla wielu artystów obecna sytuacja polityczna jest wręcz zesłana z niebios bo wreszcie mogą – jak ich dawni koledzy w czasach komuny – coś kontestować, przeciwko czemuś się buntować czy dorobić sobie kombatancką twarz… Czy nie jest trochę właśnie tak?

W latach 80. mieliśmy zamknięte granice, paszporty w urzędach i niemal do każdego kraju wjazd dzięki wizom wydawanym niechętnie. Dziś, gdy komuś coś się nie podoba to zmienia miejsce zamieszkania na dowolne w Europie. Może dlatego brak zdecydowanej kontestacji. Ale myślę, że obecna władza i zapędy dyktatorskie prezesa świetnie nadają się jako obiekt niechęci i krytyki. W rocku zawsze pojawiali się ludzie inteligentni i wrażliwi. Czuję, że on odżyje, a muzycy dostrzegą możliwości buntu antysystemowego. Mam nadzieję, że wcześniej niż za późno. Tylko kto o tym się dowie, skoro media są albo narodowe, albo komercyjne i w dupie mają muzykę niełatwą i, ich zdaniem, nieprzyjemną? Chyba znów trzeba będzie zejść do podziemia.LG

Jakie niespodzianki, związane z muzyką Republiki i Grzegorza Ciechowskiego spotkały Cię podczas prac nad książką?

Mnóstwo. Poznawanie historii ludzi jest pasjonujące. Ich dochodzenie do pozycji, którą osiągnęli, sukcesy i pasje pozamuzyczne, ale też dramaty i porażki. Tam czaiło się mnóstwo niespodzianek. Chociażby to, że Zbyszek uwielbia gotować i koncerty pamięta często przez pryzmat posiłków, które spożył w danym mieście, a to że Paweł jest zapalonym skałkowcem, a do tego ma studio lektorskie, a to, że Leszek jest buddystą. To dawało duże pole do popisu, dodawało tej historii też dodatkowego prywatnego smaczku. Dzięki takim opisom poznajemy ludzi takimi, jakimi są.

Jak wyglądała tzw. korekta, czy np. pojawiły się jakieś tematy, które zostały przez żyjących muzyków zablokowane?

Rozumiem, że pytasz o autoryzację. Nie było tematów zablokowanych przez muzyków. Wszystkie rozdziały czytali po kilka razy, podczas różnych faz tworzenia książki i za każdym razem przypominali sobie ciekawe historie czy anegdoty. Oczywiście zdarzały się zmiany, ale były one bardziej spowodowane moimi pomyłkami czy skrótami. Wtedy Zbyszek, Jurek, Paweł, Leszek czy Andrzej Ludew mówili, że wyglądało to trochę inaczej i mnie poprawiali. Myślę, że to wyszło książce tylko na dobre, bo dzięki temu w ich historiach jest więcej prawdy.

Na pewno miałeś przed rozpoczęciem prac nad biografią wyobrażenie na temat Republiki – możesz je porównać z tym po zakończeniu pisania? Coś się zmieniło?

Znałem Republikę z pozycji fana, słuchacza, który obcował z nią na koncertach, z płyt czy mediów. Czyli pobieżnie, bo tak naprawdę dopiero poznanie ludzi i wysłuchanie ich opowieści pozwoliło mi odpowiedzieć na wiele pytań, które sobie wcześniej zadawałem. Dowiedziałem się mnóstwa nowych rzeczy, poznałem ogromną ilość dodatkowych historii i anegdot, która pozwoliła mi jeszcze bardziej polubić Republikę. Wszystko to znajdziecie w mojej książce, która, mam nadzieję, otworzy oczy na wiele aspektów życia Republiki, Grzegorza Ciechowskiego i Polaków na przestrzeni dwóch dekad.

Może to pytanie nieco oderwane od meritum – w ostatnich latach obserwujemy prawdziwy wysyp wszelkiego typu biografii – autoryzowanych, nieautoryzowanych, wywiadów – rzek itp. Jakie jest Twoje zdanie – skąd się to bierze? Zapotrzebowanie czytelników? Lepszy dostęp do materiałów (Internet itp…) = łatwiejsza praca nad książką? O czymś zapomniałem?

Stajemy się po prostu normalnym rynkiem. Przecież w Europie Zachodniej czy Stanach Zjednoczonych wychodzi masę książek na tematy muzyczne. Są wśród nich książki autoryzowane i nieautoryzowane, biografie i autobiografie. Jeśli są na to odbiorcy, to czemu tego nie wydawać. Ale zauważyłem, że o ile jeszcze kilkanaście lat temu kupowało się wszystkie tytuły, tak teraz czytelnicy już zwracają uwagę na wartość takiej książki. Zastanawiają się, czy to opowieść autora, który zna swoich bohaterów, bywał w miejscach, w których oni przebywali czy praca dziennikarza z wycinkami i internetem.

Nieustanne TangoZawsze chciałem o to zapytać: jakie to uczucie, kiedy piszesz książę o zespole i w trakcie jej tworzenia uzmysławiasz sobie, że zespół, w którego świat wszedłeś, tak na prawdę nawet się nie lubi, a może nawet nienawidzi? Czy to nie dziwne uczucie? Bo „Życie tu surfing” takie wrażenie na mnie zrobiło…

Wiesz, na początku tego nie zauważyłem, mimo że jeździłem z nimi na koncerty Wydawało mi się normalne, że po koncertach rozmawiają z fanami. Gdy dowiedziałem się o tym konflikcie byłem załamany, chciałem nawet zrezygnować z pisania książki. Lubiłem i do dziś lubię każdego z chłopaków. Doszedłem jednak do wniosku, że opowieść o przyjaźni, która zamienia się w niechęć i niemal w nienawiść też może być fascynująca. Pokazuje rozkład zespołu, którego członkowie nie potrafią odłożyć swojego ego na bok i wszystkie problemy zamiatają pod dywan zamiast je omawiać i rozwiązywać. Pamiętajmy, że każdy band to kilku ludzi o różnych charakterach, osobowościach, temperamentach, doświadczeniach. Takie współistnienie to nauka umiejętności chodzenia na kompromisy i rozmawiania ze sobą. W Myslovitz tego zabrakło.

Jesteś też autorem „Raportu o Acid Drinkers” – da się jakoś porównać pracę nad tymi książkami? W sumie i Republika i Acid’s w swoich niszach stylistycznych są zespołami kultowymi, budzącymi zrozumiałe emocje. Jak dzisiaj patrzysz na status i rozwój kariery Kwasożłopów?

Przede wszystkim nie zgodzę się ze stwierdzeniem, że Republika działała w jakiejś niszy. To jeden z najważniejszych polskich zespołów rockowych w naszej kulturze. Acid’s byli w pewnym momencie również gwiazdą mainstreamową. To niesamowite, że mimo trzydziestu lat wciąż na ich koncertach są pełne sale, płyty się sprzedają, a oni, mimo wielu przeciwieństw losu, wciąż świetnie sobie radzą. Co ciekawe, nigdy nie byli częścią metalowej sceny, stworzyli swój własny gatunek. I tu widzę podobieństwo z Republiką – oba zespoły dochowały się wyznawców, a nie fanów. Co ciekawe, najwięcej osób pyta mnie o dalszy ciąg książki o Acidach i wspomina „Raport o Acid Drinkers”. Mimo że książka ma już ponad 20 lat! Jestem po słowie z Titusem i mam zamiar się za nią zabrać. „Raport 2” na pewno kiedyś nadejdzie.

Czyli już wiemy, nad czym zamierzasz pracować w przyszłości (śmiech).

Tak, ale z drugiej strony nie powiedziałem nic konkretnego. Wiesz, nie lubię mówić o czymś, czego nie jeszcze nie ma. Gdy zacząłem pisać książkę o Republice dałem się namówić Piotrkowi Stelmachowi i opowiedziałem o książce w jego programie. Niestety podałem przy tym przybliżoną datę premiery. I nie udało się dotrzymać słowa, prace trwały sporo dłużej. Rozpoczęciem prac nad książkami niech chwalą się inni, ja wolę pochwalić się gotowym dziełem.

I na koniec – jakie jest największe, niespełnione marzenie Leszka Gnoińskiego – dziennikarza muzycznego?

O marzeniach się nie mówi, marzenia się spełnia. Czyli: do następnej książki, do następnego filmu. A może zaskoczę jeszcze czymś innym?

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: Wojciech Słota