ŚWIETLIKI – Cacy Cacy Fleischmaschine (Music Corner)

Poezja śpiewana. Założę się, że każdy z szanownych czytelników i autorów Violence – poza redaktorem Kolanem rzecz jasna – reaguje na to hasło alergicznie. Wszyscy wiemy, z czym to się je między Odrą a Bugiem: ogniskowe brzdąkanie, grafomańska poezja, natchnione wokale, aromat niemytych włosów i nieświeżych wełnianych swetrów. Wszystko to proporcjonalnie rozłożone między słodko pierdzący nurt tzw. „krainy łagodności” a wzniosło-patriotyczne „amuryruną”. Tak było. Aż przyszedł zespół Świetliki i wrzucił do tej mentalnej Piwnicy Pod Baranami garść petard hukowych i potłuczonych butelek. Dziś powspominamy ich drugi album, który do „szukaj, burz” dorzucił „buduj”.

W momencie powstania zespołu w 1992 roku, Marcin Świetlicki był młodym, ale uznanym już poetą z debiutanckim tomikiem „Zimne Kraje” na koncie. Tzw. środowisko (czyli wąska grupa ludzi żyjących czymś, co nie obchodzi nikogo w realnym świecie) nie spodziewało się jednak, żemarcin_swietlicki_480_jgliniecki_1324642124_L debiutancki występ Świetlików okaże się głośnym koncertem rockowym, z rozkręconymi wzmacniaczami i krzyczącym w mikrofon autorem. Legenda głosi, że obecni na widowni Wisława Szymborska i Czesław Miłosz byli tym widowiskiem głęboko zdegustowani. Cel został jednak osiągnięty, a ziarno zasiane. Zapisem tego „formatywnego” okresu w historii zespołu jest wydany w 1995 roku album „Ogród Koncentracyjny” – płyta oryginalna i świeża, ale mocno nierówna i źle wyprodukowana. Część utworów wydaje się zapisem kanciapowo-barowej improwizacji, pod którą ćmiący szluga Świetlicki mamrocze swoje wiersze. Wiele z nich pamiętamy za celne bon moty – kto z nas nie był nigdy w nastroju nieprzysiadalnym? – ale konkretne piosenki kojarzymy już słabiej.

O ile na „Ogrodzie” muzycy z różnym skutkiem akompaniowali poecie, o tyle „Cacy Cacy Fleischmaschine” nagrał już zespół rockowy z prawdziwego zdarzenia. Ta płyta ma się do debiutu mniej więcej jak „London Calling” do „The Clash”, pewnie żonglując gatunkami i budując z nich spójną całość podporządkowaną autorskiej wypowiedzi. Otwierający płytę „Pies”, czyli spolszczony i strawestowany hit The Stooges to solidne punkowe jebnięcie z wokalami a’la stare płyty Amebix, którego Świetlicki pewnie nigdy nie słyszał, ale to nie szkodzi. Wątki punkowe przewijają się też w „Bronku Bączkiewiczu” i „Pan Traktor”. Jest też najsmutniejsze reggae na świecie („Chmurka”, „Opluty 2”), bauhausowa nowa fala („Grzyb/Robak”), kabaret makabry („Henryk Kwiatek”) i ballada a’la Tindersticks („Korespondencja Pośmiertna”)._DSC5074

Wszystkie te mądrości objawiły mi się po latach, krystalizując się w miarę poznawania nowej muzyki i nabywania jakiegoś tam aparatu pojęciowego. Nieprzypadkowo płyty, które odkurzam w ramach naszego naftalinowego cyklu, to albumy z mocną, wyrazistą warstwą liryczną. W burzliwym okresie dorastania „Cacy Cacy Fleischmaschine” były dla mnie „fajną muzyką” z rewelacyjnymi tekstami i poezją jakiej szukałem. Nie miałem pojęcia o życiu, o literaturze ani o muzyce (na Violence roi się od dowodów, że do dziś nie mam), ale czułem, że to jest to. Historia rocka zna multum piosenkowych kronik zapowiedzianej śmierci związku kobiety i mężczyzny (od „Rumours” Fleetwood Mac po „Jane Doe” Converge), jednak dla mnie to napięcie i postępującą inercję emocji najlepiej ujął Świetlicki w „Przeproś!” i „Anioł/Trup”. Z Bogiem mocowali się tekściarze jak świat długi i szeroki, ale to „Henryk Kwiatek” zawarł w sobie najtrafniejszą refleksję o nieadekwatności „oferty” religii do faktycznych potrzeb człowieka w potrzebie. Piejcie sobie S„Zegarmistrza Światła” przy kominku (znowu ta poezja śpiewana), śpiewajcie „Blasphemous Rumours” kiedy Wojtek Mann w radiu puści – fakty są takie, że najpiękniejszym, najuczciwszym rozliczeniem z Bogiem jest „Korespondencja Pośmiertna” i lepszego nie będzie.

W wyniku śmiesznych zawirowań osobistych pozbyłem się płyty kompaktowej „Cacy Cacy Fleischmaschine” na kilkanaście lat i dopiero niedawno spontanicznie sobie ją odkupiłem. Poczułem się jakbym wrócił do domu, co jest oczywiście głupie, bo to przecież kawałek plastiku, trochę papieru, a tu takie emocje. Nie odmawiajcie podtatusiałemu dużemu dziecku małej ekscytacji z lamusa. Przypomnijcie sobie lepiej, jaka to znakomita, pełna życia (i śmierci) płyta.

Bartosz Cieślak

Zdjęcia: J. Gliniecki/Andrzej Pilichowski-Ragno