SLIPKNOT – Iowa (Roadrunner Records)

Po latach od szczytowej popularności nu-metal zapisał się się na kartach muzycznej historii prędzej jako jednorazowa wpadka, niż zakrojona na szeroką skalę rewolucja. Zespoły grające skoczną wariację nt. groove metalu zmiksowanego z rapem i szczątkowymi ilościami muzyki hardcore przepadły równie szybko, co się pojawiły, a po scenie z dziarskim krokiem i dumną postawą chodzą tylko nieliczni reprezentanci nurtu. Fascynująca jest przepaść między wynalazcami tej stylistyki a jej spadkobiercami. Wskażecie mi nu-metalowe składy, które wciąż kompletują widownie na koncertach liczoną w tysiącach? Oprócz zwariowanego System of a Down, Korn czy Limp Bizkit, próżno takowych szukać. Do tego grona można zaliczyć jeszcze Slipknot – najbardziej agresywnych graczy w gatunku.

Dziewięcioosobowy skład z Iowa właściwie od zawsze prezentował wyjątkowo bezpardonowe podejście do nu-metalu. Oczywiście, na samym łupaniu ciężko wyrobić sobie miano rewolucjonistów i skraść serca setek tysięcy słuchaczy, więc oprócz zdrowego łojenia Slipknot zawsze oferował ciekawe, muzyczne rozwiązania. Pierwsza była demówka “Made.Feed.Kill.Repeat” – nagrana w znacznie skromniejszym składzie, a dodatkowo bez bożyszcza mrocznych metalówek – Coreya Taylora. Zespół zaprezentował się na tym materiale w odsłonie zupełnie innej od tej, która wyprowadziła ich na wielkie sceny. Jak inaczej bowiem nazwać szaleńczy funk pulsujący przy wtórze death metalu? Albo groove dryfujący w burzliwych oceanach transu i rapowanych wstawek? Aż szkoda, że zapis pierwszych poczynań amerykańskiej formacji został szybko zapomniany, głównie z winy samego zespołu zresztą. Następnym punktem zwrotnym w karierze kapeli był pełnoprawny debiut zatytułowany po prostu nazwą zespołu. To właśnie po premierze “Slipknot” tych dziewięciu kolesi w maskach ruszyło na pierwsze podboje festiwali, z “Ozzfestem” na czele. Mimo pewnej naiwności krążka nie można zarzucić mu braku chwytliwych numerów. “Wait and Bleed”, ”Spit it Out” czy “Eyeless” do dzisiaj są stałymi punktami koncertów Slipknot. Ale debiut Shawna Crahana i spółki to dopiero niemrawe powitanie ze słuchaczami, nieco wycofana porcja muzyki. Wszystko zmieniło się wraz z nadejściem “Iowa”, która dosłownie zmiotła wszystko w promieniu setek kilometrów.slipknot

To już nie były te same, zbyt ostrożne piosenki. Drugi album Slipknot wciska w ścianę od samego początku, a puszcza w okolicach utworu tytułowego, mającego za zadanie nieco odciążyć kręgi szyjne słuchacza zmachanego headbangingiem. W odróżnieniu od “Slipknot”, gdzie panowie garściami czerpali z groove i rapu, na “Iowa” nie ma półśrodków. To po prostu muzyczny pocisk nafaszerowany wręcz wpływami death i thrash metalu. Agresja skondensowana w tych kilkunastu utworach wielokrotnie przerasta tę prezentowaną przez spiętych death metalowców na nowszych materiałach zarówno młodych, jak i gatunkowych tytanów. Niezależnie, czy w nabuzowanym “Disasterpiece”, czy nośnym “My Plague, o rozpędzonym “People=Shit” już nie wspominając, Slipknot zamiata. Szkoda jedynie, że to pierwszy i ostatni zarazem tak dobry materiał Amerykanów pod kątem muzyki. Kilka lat później następczyni “Iowa”, “Vol. 3: The Subliminal Verses”, ostatecznie katapultowała Slipknot do mainstreamu, a wydana po niej “All Hope Is Gone” tylko potwierdziła fakt, że zespół już na dobre zasiadł na metalowym panteonie. Wprawdzie podbicie list przebojów przez tak agresywny skład może budzić wrażenie, jednak po “Iowa” nic nie było tak dobre i autentyczne. Na “trójce” kapela poszła na kompromis dostosowując swoje brzmienie do wymagań młodych metalowców, co kultywują po dziś dzień.slipknot

Slipknot to produkt i nazwa znana obecnie przez nieomal każdego. Czy obecna stylistyka zespołu jest wynikiem pędu w stronę głównego nurtu? A może wynikiem świadomego rozwoju artystycznego? Zostawiam Państwa z tym pytaniem, ale dodam jedno: “Iowa” kąsała, kąsa i kąsać będzie.

Łukasz Brzozowski