RZECZ – Problemy z kobietami

W zasadzie miała to być recenzja wydanej w 1997 roku płyty „Rudder” grupy Thing, w ramach naszego retro cyklu, pojawiła się jednak okazja rozmowy z Irkiem Swobodą, jednym z założycieli rzeczonej formacji, i z recenzji zrobiła się fajna rozmowa. O starych czasach, kiedy nikt nie wiedział, z czym je się ten cały „hałas rock” i co zrobić z takimi wyrzutkami jak Thing. Dzisiaj okazuje się, że to skromne trio w czasach, kiedy nie było szans na wzorce z Internetu, idealnie opanowało charakterystyczne brzmienie Albiniego bez Albiniego, bez studiów nagraniowych w piwnicach Chicago, bez kasy i z pomrukami niezadowolenia ze strony punkowców, nie kumających o co chodzi tym nerdom. A przecież to nie wszystko. Resztę znajdziecie w poniższym wywiadzie. Zapraszamy!

Lata 90. były dość specyficznym czasem w Polsce. Zaczęło do nas masowo docierać dobro muzyczne ze świata, jednak scena kształtowała się w różny sposób. Na tle ówczesnej alternatywy, Thing był tworem zaskakująco spójnym stylistycznie i odstającym od standardów. Pamiętasz, jaki był bodziec, wykonawca, wydarzenie, które popchnęły was w kierunku noise rocka?

Lata 90. były już rzeczywiście bogate w różne dobra. Nasze granie dojrzewało w końcówce 80. Zaczęliśmy koło 88 roku, jako koledzy z technikum mechanicznego. Takim motorem okazała się jedna niepozorna kaseta „Nothing Short Of Total War”. Wydana przez Blast First. Zespoły na niej to min. Rapeman, Head of David, Arsenal, Sonic Youth. I te kilkadziesiąt minut muzyki zmieniło moje życie jak to się ładnie mówi.

Kontakt z taką muzyką był faktycznie porażający, sam pamiętam nocne sesje z „Daydream Nation”…basista To było coś nowego. Dzisiaj, kiedy muzyka noise – używał będę tego pojęcia – powróciła pod różnymi postaciami, warto odpowiedzieć sobie – i innym – na pytanie, co takiego fascynującego jest/było w tym kawałku szaleństwa i co odróżniało noise od sceny punk, bo de facto, stwierdzenie lidera Hammerhead, że najlepszym sposobem na brak umiejętności jest granie maksymalnie głośno, równie dobrze pasuje do estetyki i arogancji punka…

Hmmm. Zawsze mam problem jeżeli chodzi o opisywanie estetyki, terminologii i co za tym się kryje. Chyba wtedy również się nad tym nie zastanawialiśmy. Na pewno nie kryła się za tym co graliśmy żadna filozofia czy dodatkowy przekaz. Mieliśmy problem ze sceną hc czy punk, czy może na odwrót raczej, nie mogliśmy się do siebie dopasować. Nie chcieliśmy się utożsamiać z żadnym ruchem, wtedy popularny był np. straight edge a my po prostu graliśmy mocno, mało przebojowo, nie refrenowo/zwrotkowo, w tekstach nie było nic o polityce. Po prostu problemy z kobietami i nic więcej, nic mniej. Co może bardziej stresować dwudziestolatka niż brak dziewczyny? Na pewno nie zapędy prezydenta Busha…

Ta apoliyczność to chyba cecha charakterystyczna alternatywnych i hałaśliwych załóg na mieście. Zważywszy na to, że scena niezależna wręcz musiała prezentować „jakąś” ideologię, pewnie ciężko było grać koncerty. Jak wyglądało to wszystko od strony właśnie promocyjno-koncertowej? Zdarzyły się jakieś totalnie dziwne mariaże? Tym bardziej, że „Rudder” ukazał się za sprawą NNNW.

Było przyciężkawo. Funkcjonowaliśmy koncertowo dzięki dosłownie kilku miłym ludziom, którzy stali ponad podziałami, ponad ideologiami. Chcieli nas usłyszeć to nas zapraszali. Były też przyjaźnie z innymi zespołami choćby z tymi najlepszymi w owym czasie jak np. Ewa Braun.

No właśnie – to istniała ta scena noise czy nie? Byliście wy, Ewa, powiedzmy Dump… Nie uważasz, że dzisiaj ta scena z lat 90. budzi więcej emocji niż wtedy?

Ja nie czułem wtedy tej sceny i nie czuję jej teraz. Falami wraca zainteresowanie do różnych okresów muzycznych i muzyka noise też pewnie jest tego ofiarą.

Wy zresztą szybko rozpoczęliście marsz w zupełnie nowe rejony, bo już druga płyta Thing zdradzała dużo szersze zainteresowania niż tylko czystej wody noise. Co/kto wpłynęło na te zmiany?

Produkowaliśmy wtedy strasznie dużo muzyki. Minimum trzy próby w tygodniu powodowały też pewnie zmęczenie materiału i coraz częściej eksperymentowaliśmy aby się nie nudzić. Bardzo żałuję, że nie było trzeciej płyty Thing. Mieliśmy niezły materiał na nią, ale już nie ma co rozpamiętywać.

Rzecz w zamierzchłych latach 90.

Rzecz w zamierzchłych latach 90.

Co spowodowało rozpad? Dlaczego ten wspomniany, nowy materiał przepadł?

Tak czasami u nas w zespole jest. Mówię nawet o obecnym Columbus. Gramy jakiś materiał przez, powiedzmy, rok, półtora na koncertach i po prostu już się go nie chce dalej grać. Koniec. Nie ma ochoty. Szkoda czy nie, nie wiadomo. Najfajniejsza muzyka jest w momencie tworzenia, grania. Samo nagrywanie już nie jest takie fajne. Columbus Ensemble, który powstał na gruzach Thing to właściwie dalej Thing był. Wrócił do naszej trójki pierwszy gitarzysta tylko, że z trąbką zamiast gitary. Eksperyment z kompozycjami pod trąbkę się nam spodobał i powstało trochę muzyki no i nawet płyta, osobiście moja ulubiona w dorobku.

Tak się zastanawiam nad pewną prawidłowością – sporo załóg grających noise w którymś momencie skręcała w stronę jazzu. Gdzie tu, panie, zależność?

No bo ile można tak hałasować. to niezdrowe. Trochę się taka formuła grania wyczerpuje i szuka się dalej inspiracji… jazz ma ich najwięcej.

Taka zależność przeczy pokutującej opinii, że noise nie wymaga umiejętności technicznych. A może chodzi o to, że kapele noise’owe miały po prostu więcej wyobraźni od punkowców czy metalowców?

He, he… sam nie mam umiejętności technicznych to może i ciut prawdy w tym stwierdzeniu jest, z tą wyobraźnią to jednak chyba przesada. Są słabe i bez wyobraźni grające kapele noise przecież i doskonałe punkowe i metalowe.

THING RUDDER (NNNW) Nie pamiętam, kiedy ta płyta znalazła się w mojej kolekcji. Coraz mniej pamiętam z tamtych czasów. Dość, że przetrwała do dnia dzisiejszego, i kiedy po latach do niej wróciłem, odżyły wspomnienia. Wydaje mi się, że we wspomnianej dekadzie nie zwracało się uwagi na podziały. To dzisiaj człowiek dziwi się, jak takieRudder zespoły jak Thing funkcjonowały w przaśnej rzeczywistości rodzącej się demokracji i skąd czerpały inspiracje. Bo okazuje się, że „Rudder” to przykład niezwykle rasowego noise’a, w prostej linii wywodzącego się z genialnych poczynań Shellac. Takie kompozycje jak „Leatherface”, „She Was a Good Rider” czy w szczególności rewelacyjny „Cafe” to przykład, w jaki sposób, bez wielkich nakładów i świetnego sprzętu można było wygenerować totalny, noise’owy walec, który mógłby mocno zdziwić swoich protoplastów. Zresztą, ta płyta przynosi także kilka innych tropów, np. post rockowy „Riverman”, gdzie rozjechane gitary są napędzane typowo „lizardową” sekcją czy połamany, ładnie zróżnicowany dynamicznie „Whipping”. Niby nic takiego, ale płyta robi duże wrażenie. Jasne, słychać pewne niedostatki, jest surowa produkcja, jednak kompozycyjnie sam miód. I doskonały – obok Ewy Braun – symbol hałaśliwych lat 90. Szkoda, że pozostała tylko kaseta. A może właśnie dobrze, bo tym bardziej kojarzy się z minioną epoką?

Wyobrażasz sobie dzisiaj powrót do grania takiej hałaśliwej muzyki?

Do grania tego samego tak samo to na pewno nie, ale hałaśliwą muzę to zawsze jestem gotowy grać.

Pytanie było chytrym wstępem do kwestii ewentualnego reunionu Thing. Jest coś takiego możliwe czy raczej śmiejecie się z takich pytań?

Śmiejemy… nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.

No to kończąc temat Thing – nie żałujesz, że „Rudder” ukazał się tylko na kasecie?

Hmmm. W tamtym momencie był to jedyny słuszny nośnik. Dobrze się sprzedał nawet, więc chyba wszystko w porządku.

Columbus Duo 2014

Columbus Duo 2014

… choć pewnie paru amatorów CD by się znalazło. Jak stwierdziłeś, Columbus to kontynuacja Thing jednak mnie interesuje jak przebiegały zmiany w postrzeganiu muzyki i w jakim miejscu zaczął się rodzić trans? Nie uważasz że dzisiaj w dobie kiedy zespoły typu Kristen święcą triumfy nadszedł dobry czas także i dla was?

Warto by zapytać Kristen jak odczuwają te triumfy… trans rodzi się wtedy gdy chcesz jeszcze więcej przyjemności z grania osiągnąć dla siebie, długie repetycje powodują niesamowite uczucie i mimo pozornej powtarzalności zaczynasz czuć minimalne, delikatne w nich różnice i chcesz to robić coraz dłużej i dłużej i tylko ten kto dotarł ze swoją muzyką do tego jest to w stanie docenić.

Twoja wypowiedź to takie rozwinięcie sławetnego hasła „gramy tylko dla siebie” (śmiech). Ale coś w tym jest, bo faktycznie, z rozmów tzw. branżowych wynika, że szalone uznanie dla zespołów typu Kristen, Lotto itp. często nie pociąga za sobą tłumów na koncertach. Czy taki elitaryzm muzyki jest dla ciebie satysfakcjonujący?

Elitaryzm brzmi jak odseparowanie się. A tak nie jest. To wynika z braku interesowanie się tym co się dzieje w kulturze przez ludzi. Mało kogo obchodzi po prostu że Kristen jest zajebistym zespołem.

I tu przychodzi mi na myśl powiedzonko – „kulturę to ja mogę sobie zrobić w jogurcie”. Śmieszne, ale jednocześnie pojawia się w naszej rozmowie bardzo istotny temat: czy kultura alternatywna może/powinna(?) się stać dobrem powszechnym, czy lepiej niech jest elitarna, czy nawet „odseparowana”. Zważywszy na to, że kultura, kiedy dociera do świadomości masowej a tym samym wychodzi ze swojego „kręgu zaufania”, bardzo często staje się karykaturą, pytanie to staje się istotne…

Jeżeli o mnie chodzi, niech zostanie wszystko tak jak jest.

Czyli zgadzasz się ze stanem obecnym, w którym najciekawsze rzeczy pozostają w kręgach niszowych, są antycypowane przez zakręconych dziennikarzy tudzież równie szalonych fanów. Ok, zgoda, ale czy nie istnieje obawa, że w takim razie ze strony tzw. „czynników sprawczych” nastąpi jeszcze większe marginalizowanie sztuki?

Jak zaczynasz robić coś z artystycznego, nie zakładasz chyba od razu grupy docelowej odbiorców. Ona się trochę sama kształtuje. Czasami jest to milion odbiorców, czasami stu, czasami ty sam. To zależy od wielu czynników. Niekoniecznie czy jesteś pop czy alternatywą, tak myślę.

 Columbus spotyka Wojtka Jachnę w 2016r.

Columbus spotyka Wojtka Jachnę w 2016r.

No to mając taki, nazwijmy to, grunt, możesz ocenić na jakim etapie znajduje się Columbus Duo?

Na etapie kolejnej ewolucji rzekłbym. Zrezygnowaliśmy z odwiecznie istniejącej w zespole gitary na rzecz syntezatora. Podobno nowe nasze nagrania są bardziej przystępne. Czyli idziemy w pop.

Faktycznie, jest to zmiana radykalna, ale też ewolucja bardzo ciekawa, bo jeszcze bardziej uciekająca od stereotypu alternatywnego wykonawcy. Tyle, że zachodzi obawa, że dla wykonawców rockowych będziecie zbyt popowi faktycznie, ale dla wykonawców popowych… zbyt alternatywni. Ciągły ból, jednym słowem. Zatem – z kim w takich razach jest wam po koncertowej drodze?

Najfajniej wychodzą koncerty na zasadzie trochę przeciwstawień. Dobrze nam się grało z dronami gitarowymi np. Nowa Ziemia, elektroniką Emitera, minimal techno Peme, nie wspomnę o wymienianych już Kristen. Nie ma wzoru matematycznego do tego jak widać. Jest różnorodnie.

Ale czy np. wywalenie gity i wstawienie klawiatur nie korci, żeby faktycznie wejść na nieco bardziej komercyjne poletko? Na zasadzie przekory, czy może testowania zupełnie nowych rejonów?

Nie, nic nas nie korci. Pewnie nawet byśmy nie umieli komercyjnie. Próbujemy nowe instrumenty, ale pewnie wyjdzie po staremu, jak zwykle (śmiech).

A skoro ma coś wyjść, to może powiedz… kiedy? Na jakim etapie teraz jest nowy materiał?

Zagraliśmy jeden koncert z tym materiałem, koniec lutego jeszcze będzie kilka. Zobaczymy co jest dobrze co jest źle i pewnie wejdziemy do studia na wiosnę.

Jaką część życia zajmuje w waszym przypadku muzykowanie. Udaje się tym wszystkim zarządzać tak by odbić się od pułapu „hobby po godzinach pracy”?

Raczej się nie udaje…

Zawsze pytam w takim momencie o tzw granice poświęcenia – czy np, gdyby pojawiła się propozycja, nie wiem, miesięcznej trasy z jakimś dobrym zespołem, jesteście w stanie rzucić wszystko, czy odpowiedzialność bierze w takim wypadku górę. Oczywiście to spekulacje, ale…

Wszystko jest do ogarnięcia. Nawet ten miesiąc (śmiech).

Rozmawiał Arek Lerch

Zdjęcia: archiwum zespołu