ROZMOWY NA KONIEC ŚWIATA – Bart (Azarath)

 Rok 2012 i jego zmierzch nie przyniósł żadnej spektakularnej zmiany. Medialną paszczę fatalistycznego szaleństwa zapycha się majaczeniem o planetoidzie Apophis, której wirtualnie kolizyjny kurs za kilka lat pobudzi terminatorów Rolanda Emmericha do remake’u filmu „2012”.  The Mars Volta nagrywa w tym roku najlepszą płytę w karierze, ale żaden fanatyk nie porzuca Kościoła De-Loused in the Comatorium. Rzeczywistość skąpi nam obiecywanego od prekambru nowego albumu Gorguts, jednocześnie drwiąc z nas zapowiedzią rychłego pojawienia się następcy „Chinese Democracy”. A w death metalowej twierdzy moich ulubionych albumów berło niezmiennie od 2011 r. dzierży okrutnie dobry „Blasphemers’ Maledictions” tczewskiego Azarath. W tęsknym oczekiwaniu na kolejne wieszczenia o terminie globalnej katastrofy rozmawiam z gitarzystą i kompozytorem – Bartem, jednym ze współsprawców wyżej wspomnianego wydarzenia o nazwie „Przekleństwa bluźnierców”.

Witaj Bart, czy Twoim zdaniem rok 2012 pod względem muzycznym wyróżniał się od tego, co zdarzyło się na rynku muzycznym w ubiegłych latach. Oceniasz go jako lepszy, gorszy, inny od poprzedniego?

Bart

Bart

Witam! Trafiły do mnie zarówno zajebiste płyty, jak i nudne. Rok jak rok; nigdy nie rozpatrywałem tego w ten sposób czy był lepszy czy gorszy niż poprzedni. Słucham płyt zarówno sprzed 20 lat, jak i sprzed roku. Często bywa tak, że w danym roku kupuję płyty z wcześniejszych lat i zaczynam się dopiero nimi delektować. Zawsze mam czego słuchać, w zależności od tego na co w danej chwili przyjdzie mi ochota. Np. w tej chwili (rozpoczynając wywiad) słucham Grave Miasma „Exalted Emanation”, z bodajże 2009 r. (a kończyłem wywiad przy Dead Can Dance „Anastasis”). Do plusów 2012 roku z pewnością mogę zaliczyć dwa koncerty Marduk i Immolation w Polsce, na których byłem (Warszawa, Kraków), a także Morbid Angel/Kreator/Nile w Warszawie. No i bydgoski koncert Behemoth/Vader/Decapitated, bo był dokładnie w moje urodziny!  Z perspektywy Azarath był to słaby koncertowy rok, choć bywało tak też już w przeszłości. Plany były inne, niestety nie udało nam się zagrać żadnej trasy ani też serii koncertów Metalfest. Udało się jedynie zagrać Extreme Festy z Marduk i Cannibal Corpse.

Skoro w tym roku Immolation nie wydali płyty, z tym większą ciekawością zapytam Cię o muzyczną czołówkę 2012 r. i Twój tegoroczny numer 1.

Inferno

Inferno

Marduk „Serpent Sermon”. Dla mnie moc absolutna. Strasznie klimatyczny album, wokale Mortusa rozpierdalają. Moja płyta roku!!! Bardzo mi odpowiada kierunek w jakim idzie Marduk; genialne rozwinięcie zajebistego „Wormwood”! Wielokrotnie miałem okazję oglądać Marduk na żywo, czy też rozmawiać z nimi na koncertach i wiem, jak bardzo zaangażowany w to co robi jest to zespół. Oczywiście nie ma to żadnego wpływu na moją ocenę płyty, żeby było jasne. Muzykę tworzą tam absolutnie wszyscy, włącznie z Larsem. Pamiętam, że mocno się zdziwiłem, gdy dowiedziałem się np. który numer jest autorstwa Larsa. Mniej więcej w tym samym czasie co Marduk dostałem nowy Nile, który mnie zwyczajnie znudził, są dobre momenty, ale ogólnie dla mnie to nudna płyta. Do czołówki 2012 z płyt, które słyszałem, zaliczyłbym Deathspell Omega ”Drought”, Asphyx „Deathhammer”, Sinister „Carnage Ending”, Cannibal Corpse „Torture”. Z Polski – bezapelacyjnie Mgła “With Hearts Toward None”, dalej Embrional „Absolutely Anti-Human Behaviors”, Voidhanger “The Antagonist”, Gortal „Deamonolith” (miałem okazję posłuchać tylko ze streamu), Hell United „Aura Damage”, Medico Peste „Tremendum et Fascinatio”. Szkoda, że do tej pory nie ukazał się jeszcze debiutancki album Deus Mortem.

Czy odkryłeś dla siebie jakieś wydawnictwa, które szczególnie Cię zaskoczyły?

Bardzo bardzo na plus płyty naszych krajowych zespołów, które wymieniłem powyżej. Mgła – absolutna moc i klimat; Embrional – genialny album (nr 1 w death metalu w Polsce w 2012 r.); Voidhanger – jeszcze lepszy materiał niż debiut; Gortal – czekam na CD, póki co tylko parę razy słuchałem ze streamu – zajebisty klimat; Medico Peste – ponieważ zupełnie nie wiedziałem czego się spodziewać.

Kolejne pytanie poprzedza obowiązkowy test na metalowego ortodoksa: „Dawn of Possession” czy „Majesty and Decay” i dlaczego ten drugi?

Oczywiście, że pierwszy! „Dawn of Possession”obok „Altars of Madness” to moje opus magnum w death metalu. Jednak „Majesty and Decay” jest bardzo dobrym albumem, do którego często wracam. Płyta ciężka, ponura, mroczna, sporo zajebistych i klimatycznych numerów, jak np. „Glorious Epoch”. Zresztą jak dla mnie Immolation w przeciwieństwie do Morbid Angel nigdy nie zszedł poniżej pewnego poziomu i nie nagrał słabej płyty. Do każdej z płyt Immolation mogę w każdej chwili wrócić i przesłuchać ją w całości, natomiast w przypadku Morbid Angel to od „Formulas Fatal To The Flesh” mam już z tym problem (a o ostatniej płycie nawet nie wspominam, bo wcale nie mam ochoty do niej wracać).

złowieszczy klimat

złowieszczy klimat

Czy patrząc na tegoroczne, w powszechnej opinii (tylko lub aż) rzetelne wydawnictwa takich weteranów sceny death metalowej, jak Incantation, Asphyx czy Grave, odnosisz wrażenie, że najlepsze płyty w tym gatunku zostały już nagrane? Jeżeli tak, zapytam trochę retorycznie, po co próbować? Czy i gdzie widzisz przyszłość tego gatunku?

Grave akurat ostatniego nie słyszałem, ale fakt jest taki, że od dłuższego czasu nie śledzę ich kariery. Incantation cały czas trzyma poziom, natomiast Asphyx po powrocie z „Death… the Brutal Way” nagrał kolejny świetny album „Deathhammer”. Widać, że nadal są w formie, a ich koncert w Progresji w 2010 roku był rewelacyjny! Nigdy nie zaprzątam sobie głowy myślami, czy najlepsze płyty w gatunku zostały nagrane. Pewnie tak, ale co z tego, skoro cały czas wychodzą świetne, zajebiste albumy. Naprawdę jest w czym wybierać, poza tym zawsze rodzą się nowi fani gatunku, którzy nie rozpoczynają swojej muzycznej edukacji od „Dawn of Possession” czy „Altars of Madness”. Chwała im za to jeśli sięgną do korzeni, ale nie można mieć im za złe, jeśli najlepszymi płytami w death metalu będą dla nich albumy sprzed kilku lat, a nie te z przełomu lat 80/90. Pokolenie, powiedzmy 35- 40 latków ma zdecydowanie łatwiej i szerszą perspektywę, ponieważ swoją muzyczną edukację zaczynaliśmy niejako równocześnie z narodzinami gatunku. I moje szczęście, że pierwszym albumem Morbid Angel, który usłyszałem nie był „Illud Divinum Insanus”.

Wraz z jednym z redakcyjnych kolegów jesteśmy zgodni, że Wasz ostatni krążek „Blasphemers’ Maledictions” to dzieło zabójcze wykonawczo i kompozycyjnie. Nie ma między nami jednak zgody co do tego, czy to jeszcze death metal czy już black metal (teksty, charakter wokaliz). Czy dla Ciebie ma to jakiekolwiek znaczenie jak inni definiują Waszą muzykę? Jaki „tag” uwierałby Ciebie jako członka Azarath?

Necrosodom

Necrosodom

Dzięki. Death/black metal to jak najbardziej adekwatne określenia, nie ma to dla mnie jednak większego znaczenia jak inni definiują naszą muzykę.  Zresztą praktycznie od początku, przez czarno-białe okładki, wielokrotnie traktowano nas za granicą w kategorii „black”. Ci którzy nie mieli wcześniej do czynienia z naszą muzyką, myśleli że gramy czysty black metal. Teraz dla kontrastu kolorowa okładka, a muzyka odbierana jako bardziej „black”.

Czy obrana na Waszym ostatnim krążku nieco bardziej black metalowa stylistyka  stanowiła wyraz celowego działania zespołu, czy też wynikła w sposób naturalny, bez szczególnych założeń? Jaki wpływ miał Necrosodom na bardziej „okultystyczną”, „mitologiczną” wymowę „Blasphemers’ Maledictions”? Jakie były Twoje inspiracje przy tworzeniu i nagrywaniu tej płyty?

Jeśli chodzi o instrumentalną zawartość płyty, tj. partie gitar i perkusji, było to całkowicie naturalne – kontynuacja kierunku w jakim cały czas idziemy, bez jakichś szczególnych, chwilowych inspiracji. Być może na ostatniej płycie słychać więcej Dissection, Mercyful Fate, czy Bathory niż np. Immolation czy Sinister. Cały czas siedzą w nas jednak te same inspiracje, w danej chwili jedne wychodzą bardziej inne mniej, po prostu. Aranżując i komponując numery duży nacisk kładziemy na odpowiednio złowieszczy klimat, starając się zachowa pierwotną brutalność i agresję. Necrosodom napisał wszystkie teksty (mieliśmy do niego pełne zaufanie w tej kwestii) i zaaranżował wszystkie partie wokalne, więc w tej kwestii miał jak najbardziej wpływ na taką a nie inną wymowę „Blasphemers’ Maledictions”. Mieliśmy konkretne założenia odnośnie sesji zdjęciowej (w tym też zamówienie statywów i witraża, które zostały później wykorzystane na polskiej trasie), ale już na miejscu, w pewnym teatrze w Białymstoku, okazało się, że nie możemy tam rozpalić ognia w przygotowanych statywach-pentagramach. Stąd dwie sesje: jedna kolorowa w teatrze, tylko z witrażem, bez ognia, druga – czarno biała  w plenerze, już płonącymi statywami. W sumie wyszło to wszystko na plus, gdyż czarno białej sesji użyliśmy do EP „Holy Possession”, gdzie layout był jeszcze w starym stylu, a kolorowej po raz pierwszy do płyty z kolorową okładką. Zrobiliśmy to z pełną premedytacją. Zbigniew Bielak dostał teksty, muzykę i miał pełną dowolność w projektowaniu i malowaniu okładki. Cover jest odzwierciedleniem jego myśli i tego jak odebrał naszą muzykę i teksty.

Czy na kolejnym krążku chciałbyś kontynuować ten kierunek, a może jednak kierować się w jeszcze inne muzyczne rejony?

Myślę, że cały czas będziemy szli w kierunku, w którym idziemy z płyty na płytę. Na pewno nie zboczymy z kursu w jakieś dziwne rejony, jak zrobił to Morbid Angel.

Pomijając zmiany w stylistyce ostatniego albumu, chyba niejednemu Waszemu fanowi ciśnie się na usta proste pytanie: skąd ten olbrzymi skok jakościowy w przypadku zespołu, który funkcjonuje już od 15 lat w świadomości metalowej publiki. Do pięciu razy sztuka?

Peter

Peter

Nasza praca nad muzyczną zawartością płyty generalnie wygląda cały czas tak samo. Najpierw komponujemy z Infernem riffy (czasem od razu całe numery) w zaciszach domowych, później się we dwójkę spotykamy, gramy na gitarach swoje riffy, decydujemy które od razu wyjebać, a które np. zmienić/rozwinąć. Do innych układamy z kolei drugie, trzecie gitary. Później, zawsze przy flaszeczce, aranżujemy i składamy po kolei wszystkie numery, rejestrując na komputerze ślady wszystkich linii gitar. Wszystkie „gitarowe” pliki wysłaliśmy do Necrosodoma, by mógł zacząć prace nad wokalami i solówkami, a my zaczęliśmy próby z bębnami. Te próby rejestrowaliśmy na kamerę, by potem jeszcze na spokojnie odsłuchiwać i ewentualnie zmieniać/przearanżowywać niektóre partie. Do Hertza wchodziliśmy przygotowani na 100%, jednak jak to zwykle bywa, w studiu też zmieniliśmy parę rzeczy. Przyjeżdżam do studia po nagraniu przez Inferna wszystkich partii bębnów a on na dzień dobry puszcza mi numer, w którym zmienił początkową partię bębnów, bo nagle przyszedł mu nowy aranż do głowy. Okazuje się, że jest miażdżący, jeszcze lepszy niż ten, który znałem przed przyjazdem do studia. Takich spontanicznych pomysłów zawsze jest sporo. Na przykład w „Under the Will of the Lord” partia solowa na gitarze w wykonaniu Inferno pierwotnie była taką „melodyjką” – trzecim śladem gitary, jak np. „melodyjka” w końcówce „Deathstorms Raid the Earth”. Ot miałem ułożoną trzecią gitarę i tak ją nagrałem. W momencie któregoś tam przesłuchiwania „Under the Will…” w studiu Inferno mówi, że ma pomysł, by tą melodyjkę zagrać z innym feelingiem, jako solo. No i zrobił to fantastycznie, brzmi to o wiele lepiej niż pierwotnie. To tylko dwa z wielu przykładów. Oczywiście tym razem w studiu mieliśmy pełny komfort i więcej czasu, niż przy poprzednich sesjach. Nie musieliśmy miksować albumu w jedną noc (jak np. „Praise the Beast”, gdzie ucierpiało przez to poniekąd brzmienie albumu).  Naprawdę sporo czasu poświęciliśmy na uzyskanie takiego brzmienia, które wszystkim z nas odpowiadało. Przy rejestracji partii wokalnych sprawdzaliśmy szerokie spektrum możliwości wokalnych Necrosodoma, od growlingu poczynając. Jednak po kilku próbach stwierdziliśmy, że do tej stylistyki muzyki najbardziej pasują wokale w środkowych barwach. Były najbardziej agresywne i dynamiczne, a na tym nam zależało. Oczywiście mówię ogólnie, gdyż wokale są w wielu miejscach bardzo różnorodne. Miksując album robiliśmy średnio 2 numery dziennie, bez pośpiechu. Na mastering też poświęciliśmy sporo czasu. Z efektu finalnego w końcu zadowoleni jesteśmy wszyscy.

Patrząc na to jak śmiało poczynał sobie Wasz album w wielu muzycznych podsumowaniach 2011 roku, wydawałoby się, że sytuacja sprzyjała zagospodarowaniu dla siebie większego kawałka metalowego rynku. Czy odczułeś jakąś zmianę odnośnie promocji „Blasphemers’ Maledictions” w porównaniu z promocją towarzyszącą poprzednim płytom Azarath?

Z pewnością pojawiła się większa ilość wywiadów, choć już po „Praise the Beast” było tego naprawdę sporo. Świeżo po premierze „B.M.” nawet w trójkę (Inferno, Necrosodom i ja) ledwo dawaliśmy radę, a i tak cały czas w sumie były zaległości.  Promując najnowszy album, zagraliśmy trasę nie tylko w Polsce, ale również pierwszą europejską trasę w ramach HATEFEST Tour i od razu w tak doborowym towarzystwie jak Triptykon i Marduk. 2011 rok był dla nas naprawdę udany!

Jak widzisz Azarath w 2013? Kiedy doczekamy się nowej płyty? Poproszę o jedynie właściwą odpowiedź.

Liczę na trochę więcej koncertów niż w 2012 roku, może jakąś trasę. Cały czas też zbieram i nagrywam swoje riffy (Inferno robi to samo), jednak nie mamy jeszcze skrystalizowanej wizji nowej płyty. Trudno mi w tej chwili przewidzieć, czy w 2013 coś nagramy, czas pokaże.

Ostatnie słowo specjalnie dla czytelników Violence Online po nieudanym końcu świata?

Pamiętam (z pewnymi dziurami) całkiem udany koniec świata. Miało to miejsce na zakończenie trasy Revelations Tour (z Vader i Hate) w Lublinie 2002 roku, gdzie afterparty po ostatnim koncercie odbyło się w klubie o nazwie Koniec Świata.

Rozmawiał Kuba Kolan

Zdjęcie sesyjne: Konrad Adam Mickiewicz