ROZJECHANY PIES

Nie ma co pisać – ruszyliśmy i dajemy ostro do przodu! Czy to się komuś podoba, czy nie, udaje nam się utrzymać dobre tempo, ciągle pojawiają się nowe rzeczy na, coś dodajemy, coś zmieniamy. Za jakiś czas wprowadzimy kilka nowości odnośnie wyglądu strony, zgodnie z naszymi i Waszymi (kolor czcionki!!) pomysłami. Myślę, że uda się jeszcze do końca roku wypracować formułę, która usatysfakcjonuje Was w jak największym stopniu. Dzisiaj na stronie pojawiły się kolejne recenzje i wywiady, a poniżej kilka mniej lub bardziej wesołych przemyśleń…

Celebracja

Jadąc ostatnio na kolejną konferencję (trzeba przecież jakoś na chleb zarabiać…) zobaczyłem na drodze smutny widok. Jakiś szalony zapewne kierowca nie zauważył przebiegającego psa i zrobił z niego dadaistyczny obrazek, składający się z mieszaniny kości, flaków i krwi. Widok zaiste mało fajny, ale kiedy zobaczyłem ścierwo na ulicy, nagle mnie olśniło! Dokładnie tak samo wygląda nasza – masowa – kultura w zderzeniu z otaczającą rzeczywistością. Temat nudny ale prawdziwy…

Czym jest kultura? Celebracją. Celebracją, jako elementem nieodzownym w procesie smakowania, oczekiwania i wreszcie, konsumowania wszelakich dzieł naszej cywilizacji. Nie mylić z technologią… Dobra kultury, powstające w pewnym procesie myślowym i twórczym potrzebują czasu. Czasu nie tylko na wytworzenie/napisanie/skomponowanie, ale także czasu niezbędnego do dojrzewania pewnych procesów, które prowadzą do akceptacji i zrozumienia tego, co artysta/twórca chciał powiedzieć. Czasu, który w dzisiejszym świecie wydaje się być przeszkodą w jak najszybszym przyjęciu do wiadomości, że coś „jest”, coś powstało. Nie chcemy dzisiaj czekać i delektować się rosnącym napięciem. Oczekiwanie kojarzy się z czymś niewygodnym, ze stratą tego wspomnianego już czasu, którego ciągle na wszystko nam brakuje. Czas to pieniądz, czas zatrzymany w twarzach ludzi, coraz częściej bojących się jego upływu. Skutkiem tej walki, przyjmujemy szybką konsumpcję kultury jako coś oczywistego. Nie piszemy listów, wysyłamy smsy, nie rozmawiamy tylko korzystamy z „gadu gadu”. Nie delektujemy się, tylko wchłaniamy, bo przecież napór nowości, nowych propozycji jest przeogromny…

Podobnie jest z naszą ukochaną muzą, czyli muzyką. Czy ktoś pamięta jeszcze, jak czekało się na premierę ulubionej płyty, łaziło do sklepów a następnie z – tak, tak! – namaszczeniem zdzierało folię z pudełka. Zapach farby drukarskiej, niuanse okładek… To już przeszłość, bo zanim dostaniemy płytę CD, winyl w nasze łapy, zostajemy zbombardowani mp3, myspace’ami itp. szajsem, bez którego – tu uwaga, lekka hipokryzja – nie można już wyobrazić sobie współczesnego życia. Niedawno kupiłem – oczywiście via internet – nową płytę projektu Grinderman. Czy byłem szczęśliwy? Jasne! Głównie z powodu okładki i wspaniałego, unikatowego wydania z 60 – cio stronicową książeczką, bo tylko w ten sposób mogłem uchwycić namiastkę fascynacji. Dlaczego? Bo muzykę już  znałem, dostarczyła ją wytwórnia w postaci, a jakże, „digitalnej”. W ten sposób pozbawiłem się 50% przyjemności, jaka stałaby się moim udziałem, gdybym powodowany był raczej chęcią własnej li tylko, egoistycznej potrzeby doznań. Coraz częściej zastanawiam się, czy aby właśnie ta nie – ekshibicjonistyczna przygoda nie jest dla mnie najważniejsza…

I tu mała refleksja. Otóż, kiedy podzieliłem się moimi przemyśleniami z towarzyszami wspomnianej podróży służbowej, jedynym komentarzem, jaki usłyszałem było: „Starzejesz się, człowieku…”. Okrutna prawda, złośliwość czy może rzeczywistość, która dopadła mnie nagle, zanim jeszcze przekroczyłem magiczny, 40 – ty rok życia? Czy faktycznie te ideały, celebracja, czekanie, zapachy i emocje są już tylko reliktem przeszłości? Czy, żeby doświadczyć emocji, muszę kupić sobie najnowszego ścigacza, założyć drucianą pętlę na szyję i mknąć 300km/h? A może skakać na banji? A może… a może…

NIE!!! Może dla kogoś moje uczucia są rachityczne, może ten retro – styl, który staram się tu i ówdzie prezentować trąci tanim sentymentalizmem, ale wcale mnie to nie wzrusza, gdyż czuję, że tylko w ten sposób mogę zachować to, co dla wielu (mimo wszystko!!) jest nadal aktualne i nadal, mimo że świat za oknem pędzi jak nafaszerowany sporą dawką amfetaminy, są ludzie, którzy spokojną refleksję przedkładają nad hałaśliwy, współczesny, internetowo – fejsbukowy tumult.

Arek Lerch