ROK 2011 – nawrócona Frytka i kościół smartfona

Droga przez mękę, czyli podsumowanie minionych 12 miesięcy… Przyznam się, że coraz trudniej pisać takie opracowania, bo nie chce mi się wracać do płyt i wydarzeń, które zostały już opisane a z jakiegoś powodu o nich zapomniałem. Jednak, by oddać sprawiedliwość mijającym miesiącom, muszę przyznać, że pasuje do nich przysłowie „obyś żył w ciekawych czasach…”. Nie wiem tylko, czy w tym przypadku mówię o pozytywnym wydźwięku tych słów czy wręcz przeciwnie.


Tradycyjnie w takim miejscu powinny pojawić się wyliczanki, jednak z racji, że moi koledzy już to zrobili, pozwolę sobie pominąć – przynajmniej częściowo – ten wątek. Tym bardziej, że nie wiedziałbym, od czego zacząć. Niedawno jeden z moich bliskich znajomych popełnił tekst, w ciekawy sposób puentujący cholerny nadmiar dóbr kultury. Ilość płyt, książek, filmów, jakie pojawiły się w minionym roku na rynku była wręcz absurdalna. Niezależnie, czy mówimy o obiegu oficjalnym, czy o wydawnictwach podziemnych. Nowoczesne – wirtualne – formy produkcji i promocji, komputerowe składy itp. – powodują, że obniżona została poprzeczka, stawiana zazwyczaj autorom. Podobnie jest w naszej ulubionej branży muzycznej. Największym utrapieniem mijającego roku nie było znalezienie dobrej płyty –  tych nie brakowało – problemem było jej odszukanie w kuriozalnej powodzi dóbr kultury. Zauważyłem, że to nie słuchanie i czytanie zajmuje mi większość czasu, ale właśnie przedzieranie się przez ocean pozycji, wśród których poszukuję tych mi najbliższych. I kiedy w końcu coś znajdę, nie mam już czasu i energii na konsumpcję, refleksję, ocenę i zwyczajną przyjemność. Szum docierający codziennie do moich receptorów jest momentami nie do zniesienia. Współczesny mi świat coraz częściej wkurwia zamiast sprawiać radość. Co mnie obchodzi, że Frytka doznała olśnienia religijnego w świetle jupiterów, co z tego, że Nergal został prawie prezydentem?! To są właśnie zatruwacze współczesnego życia, flesz rzeczywistości i kał, który wylewa się z tych wszystkich super – nowoczesnych sprzętów tele – coś – tam. Zamiast udrażniać, zatyka moje synapsy, bo czy chcę czy nie, ten hałas przeszkadza w spokojnym życiu. Paradoksalnie, wszystko, z czym miałem do czynienia w ostatnim roku, co miało pomóc mi w lepszym zorganizowaniu kolejnych dni, powodowało raczej, że czasu było (i jest!) coraz mniej.

Chcecie więc wiedzieć jaki był mijający rok?  Wg chińskiego kalendarza to był rok smartfona. Niepozorne pudełeczko z lśniącym ekranikiem stało się niekwestionowanym bożyszczem, nadając nowe, upiorne znaczenie starej, punkowej maksymie „do it yourself”. Możesz nagrywać, fotografować, rejestrować, przetwarzać, rozsyłać, czytać, pisać, rysować i… dzwonić. Tak przy okazji. Więcej, smartfon zmienił światek muzyczny, powodując, że słucha się poszczególnych piosenek i dzwonków a nie albumów, sprowadzając płytę kompaktową do roli ekskluzywnego gadżetu. Ba, sam wchodząc do sklepu muzycznego zaczynam nieświadomie dzielić płyty na te, które warto mieć na tradycyjnym nośniku i te, które wystarczą mi w formie wirtualnej. Ok., może to i zaleta, bo teraz nie boję się już, że wchodząc z takiego przybytku muszę liczyć się z okrutnym odchudzeniem i tak mocno wygimnastykowanego portfela.

Pozostając przy smartfonach, a także przy bliskiej mi branży, spotkałem się z mrożącym krew w żyłach pojęciem „iPhone Journalism”. Znaczy, każdy jest dziennikarzem, jeśli ma smartfona, za pomocą którego może na żywo rejestrować fakty, stając się jednym z milionów telefonicznych reporterów…  A gdzie w tym wszystkim refleksja i koooomentarz!!!??? Nie wiem, wystarczy mi pełen fascynacji ton wypowiedzi autora powyższego, nowego cyfrowego mesjanizmu. Przekleństwo dyktatu elektronicznych zabawek jeszcze bardziej unaocznia perfidnie lucyferyczną zagrywkę potentatów branży, uzależniających określenie „być” od „mieć”. Pewnie w Japonii są już kościoły czcicieli multimedialnych telefonów…

Wiem, że narzekając w ten sposób, stawiam się w podwójnie dziwnym świetle – po pierwsze, bo sam korzystam z tych dóbr, Internet organizuje mi codzienne życie a najnowszej płyty Morbid Angel słucham właśnie na demonicznym smartfonie. Po wtóre – bo przecież nie unikniemy postępu i jedynie, co możemy zrobić, to dostosować się. Albo uciec z krzykiem w ostępy leśne i jeść jagody. Co coraz częściej przychodzi mi do głowy…

A gdzie w tym wszystkim muzyka, bo o niej zapomnieliśmy? Niezupełnie, bo powyższe wywody w mniejszym lub większym stopniu świat muzyki określają i organizują.  W związku z tym medialnym szumem zauważyłem, że w głowie zostają mi raczej strzępy utworów niż całe płyty. Jest „Homo Sum” Decapitated, genialny hit Petera Murphy „Seesaw Away” czy oldskulowy „Eyes of the Squirrel” Primusa. Albo “All The Heavy Liftin” z ostatniej płyty Mastodon. Gdzieś kołacze mi “I Am Morbid” Gnijącego Anioła, szczególnie w wersji koncertowej (właśnie – jeden z najfajniejszych koncertów minionego roku…). Albo genialna melodia otwierająca „Pain No More” z najnowszej płyty Serpentia. Fragmenty, urywki i rytmy… Wszystko kręci się w głowie, powodując, że mimo wszystko nadal mi się chce. A płyty? Przyjmując za kryterium czas, jaki spędzały w moim odtwarzaczu, w mijającym roku wygrał zdecydowanie i bezdyskusyjnie „The Hunter” Mastodon. Po niestrawnym dla mnie „Crack The Skye” Łowca był jak zimne piwo, pokazując, że MOŻNA. Nadal. Drugim w kolejności będzie nowa płyta Kanadyjczyków z KEN mode. Noise zawsze był i będzie w moim sercu, a trio z Winnipeg na nowo – genialnie – odczytało te dźwięki. Wielkimi niedocenionymi byli za to debiutujący, progresywni metalowcy z Anti-Motivational Syndrome. Znakomita płyta „The Corridor” przeszła w zasadzie bez echa, choć zespół powinien nap… trasy z Riverside i innymi wielkimi naszej sceny. A tu, proszę; gusta jeżdżą na pstrym koniu, który w tym przypadku jest dodatkowo ślepy. A gdzie jest death metal? No tak… z tej działeczki wśród setek krążków, oprócz wspomnianego już gdzieś wyżej Decapitated liczyły się tylko ep – ka Immolation i rewelacyjne, polskie produkcje Azarath, Deivos, awangardowy Mord’a’Stigmata i Parricide, choć ten ostatni ociera się w zasadzie o grind core. Nie zachwyciły mnie za to pozycje ze światka hardcore’owego. Nie znalazłem tu niczego aż tak absorbującego, tym bardziej, że zespołów było jakieś 70% za dużo. Ale cóż, każdy grać może…  Kompletnie nie chce mi się za to wspominać płyt, które były gówniane, może poza komicznym albumem All Shall Perish, który ostatecznie uzmysłowił mi, że współczesnego metalcore’a zwyczajnie nie znoszę.

I tu, szanowni czytelnicy, chciałbym zakończyć moje wywody. Kolejny rok zawirowań, nadmiaru koncertów. Kolejny rok bez rewolucji, która wywróciłaby światową muzykę do góry nogami. Czy już do końca życia przyjdzie mi wspominać rewoltę punkową, rave czy grunge’ową podczas wertowania czasopism sprzed iluś tam lat? Coraz łatwiej przychodzi mi godzenie się z tym faktem. Muzyka doszła do ściany (merytorycznie i technologicznie…) i poza wiecznym odgrzewaniem kotletów nic nas już nie czeka. Oby tylko „kucharze” dokonujący tej kulinarnej profanacji korzystali z świeżego oleju zamiast – co niestety staje się powszechną praktyką – wielokrotnie użytego.

Nadzieje na 2012 rok? Rozpad unijnego, europejskiego kołchozu. Szubienice na rynkach dla sporej części tzw. polityków. Muzyka? Mniej płyt, więcej radości.

Arek Lerch