ROK 2011 – bez spektakularnych debiutów

Nigdy nie byłem zwolennikiem wszelkiego rodzaju rankingów, które wraz z Nowym Rokiem ukazują się w serwisach muzycznych poświęconych nie tylko ciężkim dźwiękom. Dlatego też poniższe zestawienie traktować należy zdecydowanie jako przypomnienie tego co w roku 2011 warte było uwagi. Dwanaście płyt – dwanaście miesięcy… Miniony rok w świecie ciężkich dźwięków upłynął jako kolejny rok bez płyt przełomowych, wizjonerskich (co może trochę smucić). Mieliśmy okazję posłuchać kilku wielkich zespołów wracających do gry (co cieszy) a z drugiej strony nie odnotowałem praktycznie żadnego, spektakularnego debiutu. Był to też bardzo ważny rok dla naszej polskiej sceny,  ukazało się kilka płyt, które w swoich gatunkowych niszach niczym nie odbiegają od światowej czołówki. Nie zanudzam w Was dłużej swoimi wynurzeniami, poniżej krótki opis dwunastu płyt, które w roku 2011 ukradły mi najwięcej czasu. Celowo lista ta nie ma numeracji bowiem kolejność jest zupełnie przypadkowa…  a sama lista bardzo subiektywna.


LOCK UP „Necropolis Transparent”

Mocny, grindowy album. Absolutnie niczym nie zaskakujący lecz mam jakiś trudny do zdefiniowania sentyment do tego zespołu oraz specyficznego sposobu prezentowania grind core’owej sztuki jaki uprawia Lock Up. Starzy wyjadacze po raz kolejny pokazali młodzieży jak grać brutalny czad.

CEPHALIC CARNAGE „Misled by Certainty”

Album ten dotarł do mnie ze sporym opóźnieniem stąd obecność CC w podsumowaniu roku 2011. Mam takie wrażenie, że płyta ta przeszła bez większego echa… Dziwne. Jak dla mnie „Misled by Certainty” to schizofreniczny grind w pełnej krasie czyli muzyka za jaką kiedyś pokochałem Cephalic Carnage.

ARCKANUM „Sviga Lae”/ „Helvitismyrkr”

Dwie płyty wydane na przestrzeni kilkunastu miesięcy zasługują na dobrą pozycję w moim zestawieniu. Sto procent zaangażowania i metalowej szczerości sprawiają, że twórczość tego projektu to dla mnie absolutny TOP czarnej sztuki. Szwedzki ansambl nie odpuszcza od samego początku czyli od wydanego w 95 roku albumu „Fran Marder”. Demówek nie liczę…

TURIN TURAMBAR/ TT „Corona Regni Satanae”

Totalnie pokręcony album. Nie wiem, czy choć w części zrozumiałem muzyczną zawartość „Corona…”, ale wiem jedno – nie mogę się od tej płyty uwolnić. Ktoś określił muzykę zawartą na tej płycie jako eksperymentalny black metal lecz moim zdaniem przypinanie TT łatek zupełnie nie ma sensu. Ten album uzależnia, sprawia, że długie godziny mijają niczym chwila. Płyta potężna, pozbawiona słabych stron a do tego (może przede wszystkim) bardzo trudna w odbiorze.

ALTERNATIVE 4 „The Brink”

Obecność tego albumu w zdecydowanie ekstremalnym zestawieniu może dziwić… Depresyjna, pełna melancholii muzyka ukradła mi tak dużo czasu, że muszę przypomnieć o tym wydawnictwie. Jeżeli wiecie kim jest Duncan Patterson to pewnie macie „The Brink” w swoich zbiorach, jeśli nie znacie tej postaci to pamiętajcie o tym, że zawsze warto otworzyć się na muzykę.

ELITIST „Fear in a Handful of Dust”

ODKRYCIE! Absolutnie bezkompromisowy i eklektyczny death metalowy zespół. Elitist nie zna słów norma, granice, banał… ekstrema trudna do ogarnięcia standardowym zestawem zmysłów. Jak inaczej opisać muzykę w której elementy sludge stoją ramię w ramię z ultra brutalnym grindem, crust ociera się o old schoolowy death metal. Chaos, potęga i moc. Gdybym miał przyznać komuś tytuł debiutanta roku to właśnie „Fear in a Handful of Dust” przypadłby ten zaszczytny tytuł.

MORBID ANGEL „Illud Divinum Insanus”

Niezrozumiani. Przez wielu wyśmiani i zmieszani z błotem. Bogowie wrócili płytą odważną i w moim odczuciu naprawdę dobrą. Jest to jeden z tych albumów, których po prostu nie mogę przestać słuchać. Morbid Angel zaryzykowali bardzo dużo, pokazali twardogłowym maniakom środkowy palec i za to zyskali na nowo mój szacunek. Podoba mi się to, że pierwszy raz od lat słyszę w muzyce Morbid Angel poszukiwania. Płyta ważna, ukazująca jeden z najważniejszym zespołów w historii muzyki ekstremalnej jako prawdziwych muzyków a nie tylko zramolałych sław odcinających kupony od dawnych dokonań.

MORBUS CHRON „Sleepers in the Rift”

Młodym Szwedom udała się sztuka niezwykła. Swoją muzą przywrócili mi wiarę w potęgę i bliskie przebudzenie szwedzkiej sceny death metalowej. Płyta esencjonalna, przesiąknięta duchem death metalu. Od kilku ładnych już lat żaden zespół ze Skandynawii aż tak bardzo nie zbliżył się poziomem do legendarnych Nihilist, Entombed, Grave… Wielki album młodego zespołu.

FUNERUS „Reduced to Sludge”

Miazga, miazga i jeszcze raz death metal. Esencja stylu. Śmierć w czystej nieskażonej niczym postaci. Amerykańskie trio Funerus zdecydowanie zdominowało ubiegły rok jeśli chodzi o klasyczne death metalowe formy. Nawet bardzo dobry powrót Autopsy nie był w stanie odebrać im palmy pierwszeństwa.

PARRICIDE „Just Five”

Płyta bardzo świeża, ale już narobiła sporo zamieszania. Chełmski buldożer pokazał jak powinien wyglądać świetny grindowy album. Jak dla mnie „Just Five” prezentuje poziom światowy i pozostaje się nam tylko cieszyć, że mamy taki zespół jak PARRICIDE. Zespół łączący w jednym koktajlu proste punkowe tempa, rock’n’roll’owe patenty i brutalny, bezpośredni grind. Dobrze, że tym razem jest to zdecydowany zwrot w kierunku grind core’a bowiem zespołów łupiących death mamy na pęczki. Parricide bardzo długo kazał nam czakać na tą płytę, ale zapewniam Was, że było warto.

STILLBORN „Los Asesinos Del Sur”

Zabójcy z południa zaatakowali mnie z zaskoczenia. Brutalnie, dosadnie i chamsko pokazując jak się gra METAL. Nic dodać, nic ująć… Jesto to płyta gatunku tych, które albo się kocha albo nienawidzi. Od pierwszych riffów albo tą muzyką kupujesz albo wymiotujesz słuchając kolejnych chamskich i obskurnych hymnów. Dla mnie album ten to czysta doskonałość.

AZARATH „Blasphemers’ Maledictions”

Azarath w odnowionym składzie przemocą wdarł się do światowej ekstraklasy. Płyta, którą ciągle odkrywam na nowo. „Blasphemers’…” to album niemal doskonały i choć tak jak pisałem wcześniej nie jestem zwolennikiem rankingów to jeśli już muszę tytuł płyty roku przyznaję właśnie Azarath. Idealne połączenie brutalności, perfekcyjnej techniki a jednocześnie nadal cholernie wysoki poziom diabelstwa i bluźnierczej siły. Płyta, która przywraca mi wiarę w death metal jako gatunek. Dopóki będą pojawiać się płyty takie jak „Blasphemers’…” to ciągle warto jest czekać na każdy kolejny rok.

Wiesław Czajkowski