ROK 2010 – rewolucja nie nadeszła…

No to mamy nowy rok… Jaki będzie, jeszcze nie wiadomo, choć prognozy są takie sobie. Oczywiście, jeśli chodzi o sprawy bytowe… Muzycznie – jak zwykle, wielkie nadzieje: na setki płyt, świetne koncerty i przede wszystkim, większą odwagę muzykantów, bo coraz częściej dochodzę do wniosku, że brakuje mi rewolucji, jakakolwiek miałaby ona być…

Póki co, trudno bawić się w proroka, bo wiadomo, że we własnym kraju takowym ciężko mi będzie zostać. Skupiam się więc jeszcze przez chwilę na minionych 12 miesiącach, by choć krótko przypomnieć sobie, jakie były.

Na pewno było ciekawie, dynamicznie. Nie sposób ogarnąć wszystkich płyt, wydawnictw i koncertów i okołomuzycznych wydarzeń, jakich byliśmy świadkami przez 365 dni roku 2010. Nie na wszystkich koncertach udało mi się być, nie wszystkich płyt skosztowałem. Brakowało mi przede wszystkim czegoś „elektryzująco ekscytującego”. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że przy ocenie płyt najwyższym poziomem euforii jest określenie „bardzo dobra”. Czy bardzo dobra to to samo, co „miażdżąca”, „wkurwiająca”, „przełomowa”, „doprowadzająca do furii” czy może „rewolucyjna”? Obawiam się, że nie. Bardzo dobra płyta to synonim naszych, dziwnych czasów. Czasów, kiedy gonimy w tempie nie pozwalającym na wywrócenie wszystkiego do góry nogami. Patrzę na fora traktujące o muzyce i widzę, że pojawienie się nawet najwybitniejszej płyty, co sugerują niektóre posty, trwa dzisiaj do około 30 – 40 wpisów, po czym temat gaśnie, przywalony setkami kolejnych debiutów, propozycji i afer. Jak w takim przypadku dogłębnie skonsumować dzieło? Nie ma takiej możliwości. Dlatego stać nas jedynie na ocenę bardzo dobrą… Bo zanim dojdziemy do wniosku, że coś jest genialne, zapominamy, że w ogólne miało miejsce.

A jednak pojawiło się kilka płyt, które – mimo wszystko – tkwić będą w głowie dłużej, niż jeden dzień.

Na pewno będzie to najnowszy SWANS. Nie dlatego, że płyta zainicjowała nowy nurt, czy przełamała schematy. Chodzi o bardziej indywidualne, osobiste doświadczenia. Nie miałem przyjemności być na koncercie zespołu Giry w 87 roku, ale klasyczne dzieła grupy poznałem, kiedy nowojorski ansambl był w rozkwicie. Dlatego reaktywacja zespołu mnie zaskoczyła a nowy krążek pod tym szyldem był dla mnie czymś więcej (czymś innym?) niż „doskonałą muzyką”. Był powrotem do przeszłości, choć trudno szukać w nowych dźwiękach Giry fenomenu „Children Of God”. Na takie tęsknoty mamy Circle Of Animals z rewelacyjną muzyką z płyty „Destroy The Light”. Co jest jednak tylko i wyłącznie sentymentalnym powrotem do korzeni muzyki industrialnej. Podobnie sentymentalne uczucie pojawiło się w stosunku do nowej płyty amerykanów z Daughters, którzy bardzo udanie skopiowali niezapomniane brzmienie The Jesus Lizard, zabierając mnie w upragnioną, upiorną i ekstatyczną podróż do pierwszej połowy lat 90 – tych. Jazz Coleman podobny ruch wykonał nagrywając z Killing Joke „Absolute Dissent”.

Jeśli jednak o odwadze mówimy, może wyróżnić nowy krążek krajowych propagatorów rogatego – MasseMord? „The Madness Tongue Devouring Juices of Livid Hope” to nic innego, jak wypięcie się na oczekiwania maniaków, poszukiwanie czegoś faktycznie innego. Takich płyt w tym roku było jednak niewiele. Bo trudno mi będzie przecież muzyką nazwać “L’Arrivee De La Terne Mort Triomphante” Gnaw Their Tongues, choć niewątpliwie jest to dokonanie wytrącające z równowagi i wymagające czegoś więcej niż szarego zainteresowania. To raczej „nie – muzyka” i w tej kategorii holenderski „one man project” powalił mnie na kolana…

Może warto wspomnieć o nowym Nachtmystium? Bo stworzyli płytę, której nie rozumiem i dlatego ciągle wracam do “Addicts: Black Meddle Pt. 2” z nadzieją, że wreszcie znajdę własny klucz do tych dźwięków? Równie trudny był debiutancki krążek The High Confessions a „Black Jazz” Shining znalazł się bardzo blisko muzycznego ideału…

Po drodze były także świetne albumy „Spiral Shadow” Kylesa, jakoś niemrawo przyjęty przez krajowych „znawców” (brawo za odwagę!!), krajowych deathsterów z Deivos („Gospel Of Maggots” to nadal mój ulubiony defowy album ostatnich miesięcy), monumentalny „Eparistera Daimones” Triptykon czy jak zwykle solidny, miażdżący Immolation. Na scenie hc zniszczył nowy 108, mile zaskoczyły płyty Acid Tiger czy Burning Love… Właśnie – solidne, ciekawe i może kontrowersyjne… Czy to aby na pewno wystarczy, by postawić te płyty na ołtarzu? Pytanie pozostawiam otwarte, może ktoś z Was, szanowni czytelnicy, znalazł coś, co stało się kluczem do muzycznej nirwany AD 2010? Czekam na propozycje…

O czym zapomnieliśmy? Gdzieś na drugim, planie są jeszcze nowe płyty Angst Skvadron, Negura Bunget, Droids Attack, Watain czy Kingdom of Sorrow. Ważne, ale nie przełomowe, trzymające raczej solidny, wysoki poziom. No i kontrowersyjne z różnych względów powroty po latach – Danzig czy Fear Factory…

R.I.P.

Miniony rok to jednak nie tylko płyty, których były tysiące, nie sposób nawet o wszystkich pamiętać. To także bardzo smutny rok, bo odeszli od nas muzycy, osoby, które z muzyką miały wiele wspólnego i na trwałe zmieniły obraz tego biznesu… Nigdy już nie zobaczymy na scenie zwalistej sylwetki Stalowego Piotra, który ze swoim Type O Negative stworzył własny, łatwo rozpoznawalny styl, nie usłyszymy rewelacyjnego Ronnie Jamesa Dio. Kostucha nie oszczędzała też i sceny niezależnej – świetnie zapowiadającą się karierę Early Graves (miażdżący „Goner”…) skosiła, zabierając wokalistę Makh’a Danielsa. Lokalne podwórko nie uchroniło się przed trzęsieniami. Wszyscy śledzą walkę (zwycięstwo coraz bliżej – trzymamy kciuki…) Nergala z białaczką. Nie ma z nami już Tomasza Dziubińskiego, który, choć nieraz w kontrowersyjny sposób, ale odcisnął niezmywalne piętno na polskiej, rockowej i metalowej scenie… Coś metalowo – ekstremalna muza podpadła „Tym, Co Pociągają Za Sznurki”…

Dokąd zmierza ten kram…

Nade wszystko miniony rok stawiał coraz więcej pytań odnośnie tego, jak funkcjonuje i dokąd zmierza cały ten hałaśliwy kram. Dawna dominacja szarych eminencji sceny muzycznej, dużych wytwórni, ostatecznie stała się przeszłością. Na placu boju pozostają głównie małe, wysoko specjalizowane, niezależne labele. Duże wytwórnie powoli stają się bardziej agencjami koncertowo – managerskimi niż wydawnictwami płytowymi. Bo też i zespoły zarabiają na kieliszek chleba w 95% graniem koncertów… Format płyty staje się powoli rarytasem i chociaż nie obawiam się, że zniknie ona z rynku, to coraz częściej łapię się na tym, że bez mp3 trudno się już obejść a zakup tradycyjnego krążka staje się raczej terapią dla sentymentalnych mazgajów. Jako największy skarb pozostaje zatem pamięć. Pamięć o czasach, kiedy wszystko było bardziej oczywiste i proste. W każdym wymiarze – rozrywkowym i zawodowym. Ale to już temat na inną rozprawkę…

Jaki więc był ten miniony rok? Bardzo zróżnicowany, nerwowy, trudny i jednocześnie ekscytujący. Obserwowanie zmian, pojawiających się każdego dnia zastępuje mi tęsknotę za ową wyczekiwaną, muzyczną rewolucją, która być może nigdy już nie nadejdzie. Tak, jak nie musimy już obawiać się kolejnej wojny, bo globalna wioska łagodzi konflikty, tak wspólne dziedzictwo kulturowe, sankcjonowane przez Internet, skutecznie zapobiega spokojnemu kiełkowaniu nowych pomysłów. Teraz już w zarodku wszystko zostaje lubieżnie wystawione na widok publiczny…

Redaktor Arek Lerch