RO(C)K SZCZEZŁ POZOSTAŁA MUZYKA – jak ją widzą, tak o niej piszą.

Podsumowania mijającego roku z każdym kolejnym krzyżykiem na karkach naszych skrzywionych stają się coraz bardziej męczące. Owo zmęczenie związane jest chyba z faktem, że w natłoku płytowej lawy coraz trudniej wybierać te krążki, które okazały się przełomowe i sensacyjne. Bo trwa ta procedura po prostu za długo. Zatem, jaki był ów rok, którego nie chce się nam podsumowywać? Dobry. Może bardzo dobry. Solidny. I jak to ma już miejsce od wielu, wielu lat, napchany po brzegi płytami i zespołami, które same nie wiedzą, albo aż za dobrze wiedzą co chcą robić. Jeśli mielibyśmy jednak podsumować krótko – 2013 rok to przede wszystkim metalowa, francuska awangarda, przybierające na sile, wszelkiego typu retro – sensacje, indie rock flirtujący z latami 80 – tymi, jawna i nieskrywana miłość do nowej fali i Joy Division, do czego przyznaje się każdy fan metalu, przynajmniej po pijaku. Ok, nie każdy. Kiedyś modne było kowerowanie Depeche Mode, dzisiaj trzeba uznaniem darzyć smutnych i zapatrzonych w swoje buciory chłopców, cokolwiek to znaczy. Zresztą, w temacie alternatywy działo się tyle, że wymienić wszystkich nie sposób; od Yeah Yeah Yeahs czy The National, na Trupie Trupa kończąc. A metal? Jest… Nie zmogły go wichry historii, nie pomogły bajania o końcu gitarowego grania, nie zniszczyła go wszechobecna cyfryzacja, globalizacja i „internetyzacja”. Tkwi dumnie na swoim stanowisku, prezentując wszelkie swoje odmiany, od klasycznych form, aż do pojechanych, awangardowych wynalazków, które z korzeniami nie mają już niczego wspólnego.  Portal, Ulcerate, Thaw, Antigama, Aosoth, Oranssi Pazuzu, Kvelertak,  Obliteration…  Stop! Postanowiliśmy zrobić tym razem coś innego. O tym, jakie preferencje mają dziennikarze związani z Violence, można się łatwo przekonać, przebiegając chociażby po ubiegłorocznych albumach tygodnia. Spektrum jest tak szerokie, że chyba każdy z czymś się zgodzi a za coś innego nas zgani. Wyraziliśmy swoje zdania i to oddajemy każdemu, kto wejdzie na naszą stronę. Co zatem począć? Może oddać głos innym – muzykom, pisarzom, wydawcom… Tak też zrobiliśmy i poniżej kilka mniej lub bardziej poważnych komentarzy na temat tej jednej i jedynej płyty ubiegłego roku,  wyrażonych przez osoby nam znane, które piszą, grają, malują i robią różne rzeczy, zawsze jednak kręcą się w kręgu tak nam miłego hałasu. Niewątpliwie jest to pewien ogląd minionych miesięcy, gdzie najlepiej sprawdzają się skrajności, od amelodyjnego, zgrzytliwego  gruzu, na synth popie Makowieckiego kończąc. Czyli bardziej namieszać już nie można, ale chyba do tego jesteście, szanowni czytelnicy, przyzwyczajeni. Jeśli poniższe opowieści skłonią Was do własnych komentarzy minionego roku, chętnie się z nimi zapoznamy a może nawet ujawnimy światu. Zapraszamy na przelot bez trzymanki 2013…

Łukasz Orbitowski   Vexovoid grupy Portal najprawdopodobniej nie jest żadną tam płytą roku. Wątpię, aby ktoś ją umieszczał na podium. Zresztą, leader przebrany za zegar z kukułką niezbyt tam pasuje. Na szczęście, nie jestem dziennikarzem muzycznym. Nie potrafiłbym napisać rzetelnej recenzji. Po prostu, „Vexovoid” był płytą, która w mijającym roku związała najwięcej moich emocji i której najczęściej słuchałem. Wiążą się z nią przynajmniej dwie tajemnice, mała i duża.

Mała z tajemnic jest odpowiedzią na pytanie „czy to jeszcze jest muzyka?”. Zadaję je, bo naprawdę nie wiem. Ale mam wrażenie, że grupa Portal ze swoim zmasowaną, amelodyjnyą propozycją dźwiękową uchwyciła bardzo szczególny, graniczny moment. To chwila, gdy skóra została przecięta, ale jeszcze nie polała się krew. Ostatnie uderzenie serca zwiastujące śmierć. Używam najbardziej „metalowych” porównań jakie przychodzą mi do głowy, lecz nie o porównania tutaj chodzi. „Vexovoid”, w mojej skromnej opinii schwytał coś niemożliwego,Portal stan, w którym muzyka przestała być muzyką a nie jest jeszcze nie-muzyką, anty-muzyką, zwał jak zwał.

Większej tajemnicy nie da się rozwikłać w tak prosty sposób. Mam na myśli tajemnicę sztuki. Najprawdopodobniej „Vexovoid” nie jest tak dobrą płytą jak „Blood, Fire, Death” albo „Don’t Break The Oath”, ale podoba mi się tak samo więc pozwalam sobie na takie porównanie. Kiedy, ponad dwadzieścia lat temu słuchałem „dwójki” Mercyful Fate nie mogłem oprzeć się wrażeniu obcowania z piękną osobliwością – czymś co mnie przerasta, czego nie potrafię ogarnąć. Tak jak riffy, sekcja rytmiczna, solówki i wokale zazwyczaj tworzą utwór, tak w tym wypadku budowały coś jeszcze, czego nie potrafię nazwać, a co z pewnością istniało. Przynajmniej w mojej głowie. Kompozycje, teksty, okładka, cała otoczka płyty zbudowały coś znacznie większego niż płyta, coś, czego nie mogłem w pełni zobaczyć – coś co można porównać do zarysów jakiejś starej budowli majaczących w gęstej mgle albo ducha stojącego za naszymi plecami. Czasem, po prostu, przypadkowe w gruncie rzeczy dzieło sztuki – jak płyta niszowego zespołu z Australii – otwiera światy, o których słuchacz dotąd nie miał pojęcia. Twórca, jakże często – również. Być może, panowie z grupy Portal nawet nie wiedzą, co nagrali.

Andy (Every Day Hate) Nick Cave And The Bad Seeds – „Push the Sky Away” Przez kilka dni zastanawiałem się jaki album wybrać, Caveciężko było tym bardziej, że rok 2013 był obfity w dobre tytuły. Zdecydowałem się na nową płytę Nicka Cava, czemu? Składa się na to wiele czynników. Jestem fanem tego wykonawcy, jest mnie wstanie zawsze wprawić w dobry nastrój, uspokoić i nieźle nakręcić (śmiech). Do tego na płytę czekałem aż 5 lat, skład zespołu uległ zmianie i byłem cholernie ciekaw efektu, a efekt jak słychać jest powalający. Jeżeli słuchając mocnych pozycji, które przyniósł nam rok 2013 takich jak: Blockheads, Chiens, The Dead Goats, Entrails, Feastem, Antigama, Exhumed, Infanticide… znajdziecie chwilę aby posłuchać „Push The Sky Away” będziecie na pewno pozytywnie zaskoczeni; płyta ma doskonałą produkcję, świetne teksty, jest po prostu wyjątkowa.

Piotr Świąder – Kruszyński (Besides) Trudno mi wskazać w płytę wydaną w 2013 roku, która była by wielkim odkryciem, wstrząsem, czy wryła mnie w ziemie. Niemniej było kilka zaskoczeń, a w szczególności przychodzą mi na myśl trzy. Pierwsza Sigur Ros – Kveikur – nie specjalnie czekałem na ten album, ale lubię czasem posłuchać piękna tego zespołu. No i ta płyta była dla mnie zaskoczeniem – nigdy u tego bandu nie słyszałem tyle brudu, mroczności – itp. – zaskoczenie pozytywne. Oczywiście nie brak ładnych, „przebojowych” melodii. Kolejne zaskoczenie to Eternal Movement Tajdsów. Na te nagrania akurat czekałem jako stary fan Gdy pierwszy raz usłyszałem, poczułem rozczarowanie. Co jest? Przecież to nie są stare dobre Tajdsy… Ale kilka przesłuchań i przekonałem się – jest to mocne, piękne, dobrze wyprodukowane, przebojowe i do przodu. Często słucham. Najlepiej siada w samochodzie, ale niebezpieczne, bo zachęca do szybkiej jazdy Trzecia płyta to zupełnie odmienna gatunkowo muzyka. Nigdy nie interesowałem się tym wykonawcą do czasu koncertu, który usłyszałem i zobaczyłem w Brzeszczach na naszym festiwalu. To było poruszające i „jakieś”. Makowiecki i jego „Moizm” to duże pozytywne zaskoczenie, chociaż na co dzień nie słucham takiej muzyki za dużo.Moizm

Ben McCrow (Anglia), The Rotted, Gorerotted Wydarzeniem roku 2013 był dla mnie nasz występ z The Rotted w grudniu na Eindhoven Metal Meeting. Mój pierwszy koncert, który zagrałem z Gorerotted w 1999 także odbył się w Holandii i stąd właśnie wielki sentyment do tego miejsca. Bardzo lubię tam wracać i ten kraj jest dla mnie szczególny. Była okazja spotkać się z wieloma dawno niewidzianymi kumplami, bezcenne uczucie. Jeśli chodzi o sam festiwal to napaliłem się na Pungent Stench, ale ścisk był tak nieludzki, że wycofałem się po dwóch numerach. Podobnie z Vomitory. Niezależnie od tego wypad był zajebisty. Przed naszym setem wydoiłem butelkę ginu i na scenie miałem zupełny ubaw. Gadałem jakieś głupoty między kawałkami, ale publika świetnie się bawiła. Oby tak za każdym razem! www.facebook.com/therotted

Hubert Więcek – Banisher Heh, w tym roku wybrać tylko jedną płytę, która zgniotła mi ryj to tak, jakbym miał wybierać między pizzą, schabowym, potrójną gałą i dobrą najebundą Z polskich płyt zdecydowanie największym ciosem jest debiut Dormant Ordeal. Może i nie są to „debiutanci”, ale srał to pies – to, co Ci Panowie zaprezentowali na tym krążku to jakieś istne zniszczenie, niesamowicie wysoki poziom, tak dobrej młócki na naszym, deszcz-metalowym podwórku to nie słyszałem od czasów „Organic’a” a2502193726_10Decapów, czy „Genocide” Yatty. Niesamowita precyzja, świetne riffy, prawa ręka gitarzysty nap… jak wiertarka Paula Gilberta, bardzo sprawne bębny, mocny wokal no i przede wszystkim wyjebiste kawałki! Jeśli jesteśmy jeszcze przy debiutach, to warto wspomnieć o Rivers of Nihil – „The Conscious Seed of Light” jest baQueens_of_the_Stone_Agerdzo ciekawym albumem w morzu nowych jołjoł defkorów i innych ch… madafaków na 8-strunowych gitarach. Ich muza w moim odczuciu to bardzo ciekawe połączenie najbardziej kąsających bandów około-deathmetalowcych. Słychać trochę Suffo, trochę Hour of Penance, trochę The Red Chord, trochę Decapów, wszystko to ładnie połączone z klimatycznymi akcentami i bardzo ładnymi solosami, bez gównianych bidonów i pą pomów na jednej strunie. No widocznie da się. Z weteranów sceny poskładał nowy Gorguts, finezyjny wręcz death metal na najwyższym poziomie! Natomiast moją ulubioną płytą tego roku jest „Like Clockwork” zespołu Queens of the Stone Age. Po raz kolejny musiałem przesłuchać ich nowy krążek z 30 razy, żeby załapać jego genialność. QOTSA jest zespołem, którego płyty nigdy nie podobają się za pierwszym razem, ale po kilkunastu przesłuchaniach wchodzą jak juggle w Pandę w Tekkenie 3. Tak samo jest z „Like Clockwork”. Z początku takie ni to melancholijne, ni to kąsne, wręcz miałkie kawałki, ale jak już zapoznamy się dobrze z tym krążkiem, nagle zaczynamy dostrzegać to, czego wcześniej w ogóle nie odczuwaliśmy podczas słuchania. W tej muzyce jest magia, która wciąga jak chodzenie po bagnach, coś niesamowitego, polecam z całego serca!

Zbyszek Bielak, autor okładek Watain, Ghost, Deströyer 666, Azarath Mimo, że nagrana w 2013 roku „Fatal Power of Death” Beyond to płyta, która już ćwierć wieku temu miała, mogła i powinna wespół z „Altars of Madness” stanowić zrąb deathmetalowego szaleństwa. Niestety w 1988 zespół, który miał ją nagrać przestał istnieć pozostawiwszy po sobie dwa dema Beyondoraz ziejącą pustkę w samym środku sceny. Otchłań, której przez dwadzieścia pięć lat absolutnie nikomu nie udało się wypełnić, choć lwia część adeptów szkoły gatunku do dziś cytuje ten zespół jako inspirację równorzędną z Death, Possessed czy Morbid Angel. No bo w końcu jak wypełnić otchłań? Mowa oczywiście o legendarnym teksaskim Necrovore. Beyond to ich bezpośrednia reinkarnacja począwszy od niepowtarzalnego brzmienia, przez intensywność galopujących na złamanie karku kompozycji i charakterystyczną pracę gitar, aż po rozpruwający wokal. O mięśniach, fryzurach, Ibanezach Icemanach i ustawieniu mikrofonu pod przeponę nie wspominając. Ten debiut to najważniejsza deathmetalowa płyta ćwierćwiecza. To wehikuł czasu i magia czarnej dziury. Brakujące ogniwo, bez którego krajobraz gatunku nigdy nie byłby kompletny.

Groov –  Drown My Day Z ręką na sercu przyznam, że w 2013 roku żadna płyta nie powaliła mnie na kolana. Pamiętam rok ubiegły, katowałem wtedy do porzygu ostatnią produkcję DillingerCattle Decapitation. A jak było przez ostatnie 12 miesięcy? Różnie. Pojawiały się krążki dobre, czasami nawet bardzo dobre, ale też sporo rzeczy mnie niesamowicie zawiodło. Na wielki plus oczywiście ostatnia płyta Suffocation, męczyłem ją przez naprawdę długi czas. Krótko po premierze płyty miałem też okazję zobaczyć zespół na żywo, aby jednoznacznie stwierdzić, że formę trzymają niesamowitą. Moim skromnym zdaniem, Panowie z Nowego Jorku nagrali najlepszy krążek po wznowieniu działalności zespołu w 2002 roku. Świetny materiał wydali również The Dillinger Escape Plan. Nie jestem w stanie nazwać siebie fanem tejże grupy, ale „One Of Us Is The Killer” naprawdę dość mocno namąciło w mojej prywatnej playliście przez pewien okres. Poza tymi dwoma produkcjami, zdecydowanie chętniej sięgałem w tym roku po stare, sprawdzone rzeczy, jednocześnie co jakiś czas odrywając się po jakiś dobry (ale niestety nic ponad to) album z 2013 roku.

Dawid (Spook Records) Nie jestem w stanie wybrać jednej płyty, więc podzielę się z wami dwoma tytułami, które bardzo często gościły w moich głośnikach. Pozycja numer jeden to Terror „Live By The Code”. Jaki jest nowy album Terror? Na pewno można powiedzieć, że dobry a i może bardzo dobry. Od lat Scott i spółka mają wyrobione swoje specyficzne brzmienie i pomimo drobnych zmian w składzie nic się po drodze nie zgubiło. Raczej nie pobili poziomu poprzedniego krążka bo jednak wysoko sobie postawili poprzeczkę za sprawą „Keepers of the Faith” (2010), ale nowy materiał to na pewno gwarancja mocnego uderzenia i jak zwykle ciekawych tematów poruszanych przez specyficznego frontmana. Jedynie jeśli można by się do czegoś przyczepić to inna (słabsza) barwa wokali Scotta. Nie wiem czemu, ale mam uczucie, że kiedy nagrywał swoje partie był przeziębiony, a może zwyczajnie lata robią już swoje i para w płucach już nie ta. Na pierwszy rzut faworytami są utwory: „Not Impressed”, „Cold Truth”, „I’m Only Stronger” czy „Nothing In Your Head”. Pozycja numer dwa to Deez Nuts „Bout It”. Trzeci, duży studyjny album ekipy z Australii jest niejako przełomem. Nie dość, że zdobywają coraz większą popularność w środowisku to album wyszedł już w barwach giganta fonograficznego, dzięki czemu nowy materiał będzie raczej bez problemu dostępny na większości kontynentów. Na pierwszy rzut oka nowy album nie powala bo 16 premierowych utworów niczym nie odbiega od poprzedniego krążka „This One’s For You”(2010). Prawie te same kompozycje, stylistyka itp. Jednak w miarę słuchania można doszukać się różnic i różnych smaczków (jak np. wyśmienite chórki w tle), które powodują, że nowy album jest bardzo dobry. Na pewno na plus można dodać fakt, że ściągnięto tutaj sporo gości takich jak np : Freddy & Hoya (Madball), Lord Ezec (Skarhead/Danny Diablo ), Sam Carter (Architects) oraz kilku innych. Najbardziej znanym numerem jest singlowy „Band of Brothers” z udziałem Sama Cartera, który stwarza błędny obraz całości. Chłopaki chcieli zrobić jeden numer inaczej, jako przerywnik i potencjalny hit radiowy (akustyczna gitarka, melodyjny wokal itp). Reszta numerów to typowe petardy w klimacie rapcore/newschool hardcore, więc nie ma się czego bać. Z innych polecanych numerów można zaproponować też „Go Fuck Yourself” czy What We Eat Don’t Make YOU Shit”. Polecamy!

Lasse Pyykkö  (Finlandia), Hooded Menace, Ruinebell, Phlegethon Jedną z najciekawszych płyt 2013 roku jest moim zdaniem debiut szwedzkiego SERPENT OMEGA. Graliśmy z Hooded Menace w kwietniu w Sztokholmie i dzieliliśmy z nimi scenę. Dali świetny koncert więc kupiłem ich płytę. Rewelacyjnie łączą doom, stoner, sludge i black metal z crustem. Nie jestem wielkim fanem black metalu poza pierwszymi czterema albumami Bathory, ale sposób w jaki robią to Serpent Omega przekonuje mnie. Na wokalu jest dziewczyna, ale ma tak Black_Sabbath_13brutalny, agresywny i silny głos, że odpadam. Głównie dzięki niej ta kapela jest oryginalna. W brzmieniu jest odpowiednie mięso, wszystko siedzi jak należy. Okładka idealnie pasuje do klimatu. Ponadto to bardzo mili ludzie. Ich gitarzysta Jonsson pomógł nam miksować najnowszą ep – kę „Labyrinth of Carrion Breeze”, a wokalistka Pia pojawiła się w jednym z numerów.

Joel McIver (Anglia), autor książek biograficznych Slipknot, Metalliki, Motörhead, Machine Head, Tool Najważniejszą płytą tego roku jest dla mnie „13” Black Sabbath. Przede wszystkim uważam, że to było świetnie posunięcie zaangażować do produkcji Ricka Rubina, który bez wątpienia potrafi wydobyć z każdego zespołu to, co najlepsze. Szkoda jedynie, że Ozzy, Tony i Geezer nie doszli do porozumienia z Billem, ale Brad Wilk w jego zastępstwie spisał się na medal. Album po prostu przebił moje oczekiwania. Iommi napisał jedne z najlepszych riffów od wielu lat a forma wokalna Ozzy’ego świadczy, że gość jest wciąż w grze. Moim zdaniem „13” można śmiało postawić wśród najlepszych, klasycznych już dziś płyt Sabbath.

Kim Kelly (Stany Zjednoczone), autorka magazynów „Terrorizer”, „Iron Fist” oraz Metalsucks.net Bez wątpienia największe sukcesy w tym roku odnieśli Carcass, Deafheaven oraz Gorguts. Ich płyty znalazły się na szczytach większości podsumowań oraz doczekały się samych pochwał i uznania. Zespoły, których albumy w największym stopniu wstrząsnęły moim światem w 2013 to przede wszystkim Agrimonia, Sacriphyx, Cloud Rat oraz Yellow Eyes. Oczywiście jednak zawsze coś się przeoczy lub pominie. Tak właśnie w moim przypadku stało się z „The Fever of War” VILKACIS. Jest to solowy projekt Mike’a Rekeviksa, gościa znanego wcześniej z Fell Voices oraz Ruin Lust. Mike to niezwykle utalentowany multiinstrumentalista. „The Fever of War” jest wypełniona wściekłym, duszącym, skrajnie surowym i nieokrzesanym black metalem w skandynawskiej tradycji. Zasadniczo jest to ciągły atak, ale znalazło się także miejsce na odrobinę łamliwych i skrzeczących melodii. W moim odczuciu to kawał porządnej, zupełnie podziemnej blackmetalowej sztuki. Nie przegapcie tego materiału.

Artur (Thaw) Arcade Fire „Reflektor”. Początkowo stawiałem na „Trouble Will Find Me” The National, ale to jednak Arcade Fire na koniec roku pozamiatali konkurencję. Płyta odArcadeFireReflektor początku do końca nie ma słabych punktów. Dużo Bowiego, The Clash i super produkcja. Ciężko jest wybrać jedną płytę, wiec na szybko z 2013 polecam jeszcze Savages, Forest Swords, Beastmilk, Boards Of Canada, Nick Cave & The Bad Seeds, Chelsea Wolfe, Darkside, The Black Angels, Body/Head, Barn Owl…

T. Yuggoth (Exmortum/Ragehammer) Hmmm… Jedną, tak? No z tym będzie ciężko, zwłaszcza, że strzał roku wpadł mi dosłownie dni temu, dzięki uprzejmości Zbyszka Bielaka i od tamtej pory nie odpuszcza, choć może to być jeno zauroczenie. Rozchodzi się mianowicie o „Fatal Power Of Death” niemieckiego Beyond. Czysty deathmetalowy geniusz, wskrzeszający ducha Necrovore i dorzucający bardzo wiele bardzo ciekawego od siebie. Przyznam szczerze, że zbili mnie z pantałyku, bo stawka miała rozstrzygać się między wspaniale przesadzoną rockowa maestrią „Infestissumam” Ghost, godnie kontynuującym tryumfalny powrót „The Headless Ritual” Autopsy i opatrzonym riffem dekady w „Entranced By Wolfshook” EP „Aura” Bölzer. Wszystkie te materiały są na swój sposób wspaniałe, jednak Beyond zniszczył wszystko, zarówno kompozycjami, brzmieniem, podejściem, okładką… A wziąwszy jeszcze pod uwagę fakt, że Niemcy poza Fleshcrawl, Morgoth i wczesnymi nagraniami Atrocity nie mieli nigdy za wiele do powiedzenia na niwie Metalu Śmierci, twórcy „Fatal Power of Death” urastają do prawdziwie czarnego konia wyścigu o tytuł Płyty Roku Pana Tymka‘2013. Łykać, kto w boga nie wierzy!

kevin_drumm-tannenbaumMichał (Echoes of Yul) Moim zdecydowanym numerem jeden A.D. 2013 jest „Tannenbaum” Kevina Drumm’a – słuchałem i wciąż słucham jej więcej niż wszystkich pozostałych, tegorocznych płyt razem wziętych. Zresztą nie przypominam sobie, aby w ostatnich latach jakikolwiek inny krążek zrobił na mnie większe wrażenie. Kawał pięknego, minimalistycznego ambientu bez banału i efekciarstwa.

Krzysztof Gordziej (Tehace) Carcass „Surgical Steel” – czyli operacja na żywym organizmie w jedenastu…. no powiedzmy trzynastu cięciach skalpela.

Miało być bez porównań, ale jeśli napiszę, że nowy album to dla mnie naturalna kontynuacja „Necroticism – Descanting the Insalubrious” (1991) oraz „Heartwork” (1993) i że to czego niektórym zabrakło na „Swansong” (1996) znajdzie na „Surgical Steel” to chyba zostanie mi to wybaczone, wszakże odnoszę się do własnej tradycji opisywanego zespołu.

Cięcie 1 –„1985” – no nie wyobrażam sobie lepszego tytułu, ta liczba dla tego zespołu to jak synonim początku. No i te charakterystyczne harmonie – ciary na plecach po prostu. Ostatni album 17 lat temu? Dlaczego?! Ale jednak wrócili, fakt – bez Amotta, ale ten już raz odchodził z Carcass. Ponadto, po powstaniu „Reek of Putrefaction” (1988) dostał od Steera propozycję dołączenia do zespołu, z czego nie skorzystał. Po usłyszeniu „Symphonies of Sickness” (1989) zmienił całkowicie zdanie… co się działo później – wiadomo. Na „Swansong” niektórym brakuje drapieżnych tekstów, co do muzyki jednak uważam, że jest wybitna jak zwykle i nie dopuszczam jakiejkolwiek polemiki. Co do tekstów carcastycznych, geneza związana ze słownikiem pielęgniarskim siostry Walkera jest powszechnie znana. Jeff powiedział kiedyś na ten temat: „To miało – być bardziej – inteligentne – choć to może niewłaściwe słowo – albo bardziej fachowe? Sam nie wiem. Powiedzmy bardziej naukowe, niż slogany w stylu zaraz cię zabiję’ rodem ze slasherów czy innych horrorów. (…) a ja zdaje się srałem wtedy wyżej niż siedziałem, uważając, że powinniśmy śpiewać o czymś bardziej poważnym.” (patrz: „Wybierając Śmierć”, Albert Mudrian). Podsumowując – konwencja tekstów wróciła, ale nie przywiązywałbym do tego przesadnej uwagi. Wstęp zakończony, jedziemy dalej.

Cięcie 2 – „Thrasher’s Abattoir” Muzycznie podoba mi się, że Daniel Wilding w swoich oldschoolowych blastach oddaje charakter gry Kena Owena, który jednak pozostaje dobrym duchem zespołu, mimo, że nie jest w stanie grać jak przed nieszczęsnym wylewem. Drugi, bezwzględnie konieczny element gry Carcass to te szalone, melodyjne sola Billa i na koniec psychopatyczne wrzaski Jeffa. Cytując refren: „Brzydzimy się hipsterami i pozerami, zapraszamy do thrasherskiej rzeźni, umieraj… czas na śmierć… śmierć w bólu”. Ja jestem zachwycony.

Cięcie 3 – „Cadaver Pouch Conveyor System””. Różowa mgła przy worku na zwłoki mnie urzekła. Zmiany tempa i doskonałe wyczucie aranżacyjnych. Wspaniały galop w zwrotkach i fenomenalne zwolnienie na tradycyjnie już kopiącą dupę solówkę. Gitary prowadza ciągły dialog. Panie Amott, nie tęsknię i życzę powodzenia w innych projektach.

Cięcie 4 – „A Congealed Clot of Blood” – cięcie konieczne, aby pozbyć się skrzepu krwi, skrzepu niesionego przez wszelkich fundamentalistów niewolących umysły. Wolny groove, nie mogę przestać kiwać głową. Gdy już myślisz, że wolniej się nie da, zaczyna się to charakterystyczne sleyerowskie (nie umiem tego inaczej nazwać) zwolnienie znane ze starszych albumów Carcass, przechodzące w kolejne orientalne solo, których nigdy dość… i znowu groove.

Cięcie 5 – „The Master Butcher’s Apron”. Tutaj blasty-blasty i jadą – jadą od początku. Śliczne harmoniczne gitary w drugiej zwrotce i przyspieszenie wprowadzające do kolejnego groove’a. Znów mi się gęba śmieje i zaciskają zęby naprzemiennie. Dalej kolejne zwolnienia, harmonie i dysharmonie na przemian. Znów wizyta w rzeźni… ciarki mi tylko przechodzą gdy myślę, że my wszyscy żyjemy w tej rzeźni codziennie.

Cięcie 6 – „Noncompliance to ASTM F 899-12 Standard”. Fenomenalny, egzotyczny wstęp, kojarzy mi się tak jakoś nie wiedzieć czemu japońsko, a dalej już szybkie uderzenie i poszukiwanie niezgodności normalizacyjnych. Japoński test jakości stali chirurgicznej – tak bym to określił. Dalej średnie tempa, wszystko na miejscu. No i zacne kończące (tak od 2/3) Carcasszwolnienie z kolejną genialną solówką. To co najlepsze w starej szkole.

Cięcie 7 – „The Granulating Dark Satanic Mills”. Ciemne, szatańskie młyny mielą w znakomitej granulacji. Piosenka drogi, rytmiczność tego numeru sprawia, że w aucie można go najlepiej docenić. Powiało starym thrashem i czymś, co dla własnych potrzeb nazywam black’n’rollem.

Cięcie 8 „Unfit for Human Consumption””. Dalej w uścisku black’n’rolla. Zaraz głowa mi odpadnie od moszowania i potoczy się po podłodze, może ktoś to jednak skonsumuje. Tak od 2:20 mamy kolejną „„poleczkę”” a od 3:08 solidny blast, nie jakieś oszukaństwo w stylu gravity. Kończymy znowu b’n’r-lem. Jesteśmy tym co jemy – to fakt i tym czego słuchamy również.

Cięcie 9 – „316L Grade Surgical Steel”. Ten numer to taki klasyk, że w zasadzie nie wiem na co zwrócić szczególną uwagę. Główna melodia to najwyższej klasy stal chirurgiczna. Wszystko tu jest na miejscu.

Cięcie 10 – „Captive Bolt Pistol”. Pierwszy pokazany masowej publice numer z tego albumu. Konkretny wałek z dużo ilością blastów i fantastyczną solówką. To, co najbardziej charakterystyczne w tym numerze to legato od 2:10 do 2:30. To jedno z tych zagrań, za które jako gitarzysta z zazdrości mógłbym zabić.

Cięcie 11 – „Mount of Execution”. Przynoszące ciary gitary akustyczne, przechodzące w fantastyczne rozwinięcie z slidem na basie. Znowu groove, który złamie mi kark. Niesłychanie melodyczny i płynący numer – filingowy, piękny. I ten slide na końcu…. Ta płyta miażdży jakością aranżu i melodiami. To, jak nakręca emocję od 4:40 prosi się o zawał serca. Dzwonię po karetkę. A od 6:24 to takie drylowanie wiertarką dla pewności.

Na dobicie w drodze na OIOM dwa ekstra cięcia:.

Cięcie 12 (dla wybranych) – „Intensive Battery Brooding”. Ci co lubią „Swansong” i „Heartwork” nie powinni pominąć tego numeru. Wolno i z najwolniejszym groovem na całym albumie. Niebieski paw zaczyna od 3:30, całkiem przyjemnie szarżować.

Seppuku 13 po japońsku – „A Wraith in the Apparatus“. Genialny numer pełen niepokoju, który narasta. Znowu znakomicie wymyślony i zagrany. Zdecydowanie to nie odrzut z sesji. Zazdroszczę tym Japończykom specjalnego traktowania. Na szczęście, mamy Internet i dostęp do tych specjalnych wersji jest dziś łatwiejszy niż 17 lat temu gdy Carcass wydawał swoją poprzednią płytę.

Ta płyta nie jest sterylna i radykalnie odmienna od tego co się zaczęło w głowach nastolatków w 1985. Jest dojrzała, ale mocna jak kiedyś. Nie oczekujmy od 50-latków środków wyrazu zbliżonych do tych, których używali 20-latkowie, bo to obraziłoby cały pakiet zdobytego przez nich doświadczenia. Życzę im tylko, aby w odróżnieniu od „Reikaos”” Dissection, nie był to ich ostatni album. Póki co delektuję się kolejnym cięciem tego mega intensywnego albumu.

Vulture (Vmusicnonstop, Masterful Magazine, 7 Gates) Satyricon „Satyricon”. Pamiętam, że w latach 90. traktowałem Satyricon trochę z przymrużeniem oka. Nie połknąłem haczyka zarzuconego przez firmę ze Skały i nie padłem na kolana, gdy listonosz przyniósł mi do domu „Nemesis Divina”. Ot , takie przaśne granie,wtedy na tapecie był Emperor, Mayhem który wrócił z zaświatów z nowym składem, niewiele mnie wówczas obchodziło to co Satyr i Frost mieli do zaproponowania… A dzisiaj, jak widać, życie potrafi być bardzo przewrotne, pełne niespodzianek. Już od „Rebel Extravaganza” ten zespół z impetem wdarł się do ekstraklasy i z każdym kolejnym wydawnictwem tylko umacniał swoją pozycję, jednocześnie udowadniając iż szacunek i zainteresowanie jakim się cieszy nie są dziełem przypadku. Po znakomitym „The Age of Nero” i promującej ten album trasie koncertowej w obozie Satyricon zapanowała cisza… W prasie pojawiały się jakieś strzępy informacji, Satyr wspominał o wypaleniu, utyskiwał na morderczą rutynę, która zabija jakąkolwiek kreatywność i spala mózg na popiół… Kilkuletnia przerwa okazała się wspaniałym rozwiązaniem, zespół okrzepł, bogatszy o nowe doświadczenia zebrał nowe pomysły i nagrał najbardziej odważny krążek w swojej karierze. Oczywiście, gdzieś tam na obrzeżach metalowego podwórka słychać było jakieś pojękiwania o rzekomej komercjalizacji, nieudolnych próbach wbicia się w mainstream, ale podobne rewelacje pojawiają się zawsze, gdy jakikolwiek zespół wychodzi choć odrobinę poza swoją strefę bezpieczeństwa, mało kto bierze to na serio – dylematy nastoletnich metalowców, ot co.

Dwójka Norwegów obrała bardzo śmiały kurs, uderzyli bardziej w hardrockową nutę i w kilku utworach zaserwowali niemalże pop/rocSatyriconkowe aranżacje, co oczywiście nie jest żadnym zarzutem, bo kompozycje tylko na tym zyskały, pękają w szwach od ciekawych riffów, detali i przede wszystkim melodii. Kto by się spodziewał, że ten zespół nagra taki utwór jak „Phoenix”? Uderzają tutaj w zupełnie inny klimat,dla nich to jest z pewnością nowe terytorium, idą totalnie pod prąd, dokładnie jak wówczas gdy w dobie zainteresowania black metalem z parapetami i innymi bajerami oni przyłożyli między oczy wściekłą „Rebel Extravaganza”. Naprawdę piękna sprawa, płyta mimo pozornej prostoty jest bardzo wymagająca i uderza w słuchacza z całą siłą dopiero za którymś tam razem. Ktoś mógłby powiedzieć,że zespół złagodniał, stracił charakter – otóż nic bardziej mylnego; dozują agresję w bardzo umiejętny sposób, wpuszczają do swojej muzyki mnóstwo atmosfery, takich jesiennych, schyłkowych klimatów. Naprawdę trzeba mieć jaja, żeby wypiąć się na oczekiwania metalowego świata i grać to co w sercu gra a nie to, co dyktuje koniunktura. Zrobili to z klasą, poszli bardzo do przodu nie zapominając jednocześnie o swoich korzeniach.

Chciałbym równocześnie wspomnieć o zjawiskowej oprawie graficznej i towarzyszącej jej sesji zdjęciowej. Widzimy normalnych facetów w średnim wieku, żadnego zadęcia, ot stoją sobie gdzieś na granicy lasu, w oddali świeci słońce, żyją swoją pasją, miłością do muzyki, wychylają jednego drinka i leci Bathory, sięgają po drugiego i z głośników wylewa się już Johnny Cash albo Sisters of Mercy. Nie jest to oczywiście bezpośrednia muzyczna analogia, bardziej znak czasów, komunikat, który obwieszcza nam, że dawni blackmetalowcy wyzbyli się już lata temu kompleksów, porzucili schematy, szuflady, nalepki, z optymizmem patrzą w przyszłość i chcą po prostu pisać świetną muzykę. I to mi się podoba, wolę taką płytę, niż Fenrizowe polecanki które (najczęściej, choć nie zawsze) ni c nie wnoszą i podejmują się w dość kulawy i nieudolny sposób reaktywacji trupów z epoki, której już nie ma.

Cierpliwie wysłuchali: Michał Spryszak, Adam Drzewucki, Bartosz Cieślak, Wiesław Czajkowski i Grzegorz Pindor