PODSUMOWANIE 2016 – Było, minęło…

Komu to potrzebne? To pytanie powraca jak mantra  pod koniec mijającego ewentualnie na początku nowego roku. Przyznam, że też czasem się nad tym zastanawiam, bo zestawienie płytowych sensacji zebranych przez dwanaście miesięcy jest dla mnie synonimem największej krzywdy robionej muzyce. Bo to przecież żadna olimpiada, zawody w byciu lepszym, ale emocje, sztuka itp. Banał, ale prawdziwy. To co dla jednego jest bezsensownym łomotem dla innych będzie sztuką najwyższych lotów. Subiektywizm aż kipi a bolesne i większości nieudane próby obiektywnego spojrzenia na temat, w zderzeniu z wąskimi ramami, ograniczającymi się do kilku/kilkunastu płyt, skutecznie temperują zapędy czy zachwyty. Ale skoro już do tego doszło – bo zapewne dojść musiało – prezentujemy głosem dziennikarzy naszego portalu to co w minionym roku było najciekawsze. Zupełnie subiektywnie, stronniczo i konformistycznie…

ŁUKASZ BRZOZOWSKI Jak na tych łamach kilkukrotnie podkreślałem, rok 2016 udanym był pod względem wydawnictw wielorakich. Raz po raz swym blaskiem poprawiały mój nastrój, bądź wprawiały w konsternację. Oto pięć najlepszych. Stylistyczny wachlarz raczej jednolity, aczkolwiek daleki od babrania się w monotonii:

Destroyer 666 – Wildfire W swojej recenzji kolejnego albumu australijskich bluźnierców napisałem, że mimo niepowetowanej doń sympatii, nigdy nie należałem do zagorzałych fanów formacji. „Wildfire” z pewnością nie odmieni ogólnej opinii odnośnie D666, jako swoistego kolektywu, aczkolwiek sama publikacja nie miała sobie równych w przeciągu ostatnich 12. miesięcy. Jest szybko, beztrosko i bezczelnie do przodu. Znalazło się także odrobina miejsca dla bombastycznego patosu – mimo że dawkowanego obficie, na całe szczęście lokującego się daleko od groteski.

Katatonia – The Fall of Hearts Obecność „The Fall of Hearts” w muzycznym podsumowaniu 2016 niżej podpisanego była chyba jedną z najoczywistych rzeczy.TPC Przecież Katatonię bezgranicznie miłuję od długiego już czasu, co z pewnością przekłada się na ogromny subiektywizm tego sądu. Mimo to, dziesiątego długograja Szwedów poleciłbym każdemu wielbicielowi – jakkolwiek głupio to nie zabrzmi – kunsztownego metalu. Ale jeśliście źle nastawieni do instrumentalnych ekwilibrystyk, nie obawiajcie się. Te przepiękne melodie i tak was zahipnotyzują.

Them Pulp Criminals – Lucifer Is Love Krakowskie country, słowiański neo-folk, dark americana w nadwiślańskim sznycie. Z jednej strony książkowe przykładu oksymoronów, a z drugiej idealny opis debiutanckiego albumu Them Pulp Criminals. Mimo pochodzenia autorów, „Lucifer Is Love” ani na chwilę nie razi śmiesznością, czy też zgubnym przeszczepieniem amerykańskiej frywolności na polski grunt. Świetny baryton Tymoteusza, opatrzony perfekcyjnym akcentem, wyśmienicie zazębia się z kompozycjami Igora, które kipią aż od wpływów King Dude, Johnny’ego Casha, czy nawet… Nicka Cave’a!

Haken – Affinity  Nie znoszę tzw. metalu progresywnego, który progresywny może i jest, ale chyba tylko z nazwy. Brytyjscy obsesjonaci gatunku stanowią jednak pewien wyjątek. Zarówno na nieco naiwnych materiałach z początków kariery („Aquarius”, „Visions”), jak i oświeconym „The Mountain”. „Affinity” stanowi osiągniętą przez sekstet stylistyczną stabilizację i opanowanie w pełni własnego stylu, o którym nie mówi się już jako podróbce Dream Theater. Czwarta płyta Brytyjczyków swobodnie wznosi się na falach progresywnych oceanów, bez sinusoidalnych lotów, niczym na poprzedniczce. Są melodie, fajne riffy i wokal, który w końcu dobija do rejestrów znośniejszych niż te, które osiągały nimfy wodne.

Ragehammer – The Hammer Doctrine Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaargh! Ugh! Bleh! Tak, te onomatopeje najczęściej towarzyszą ludziom w momencie bolesnych obstrukcji, tudzież odbywania piekielnych tortur. Oprócz tego, przepięknie oddają stan rzeczy zaprezentowany na debiucie Ragehammer. Niby black/thrash, niby nieco wtórny, niby oklepany, ale kipi gniewem, jak nic. I dumam tylko, czy to za sprawą diabelskich riffów, będących thrashową inkarnacją Impaled Nazarene, czy może znowu swoje zrobił Tymek (znowu on…). Ten koleś nie bawi się w półśrodki. Jak już ryknie, módlcie się, by nie wyszedł z waszego odtwarzacza celem spuszczenia srogiego wpierdolu. Po każdorazowej lekturze „The Hammer Doctrine”, kończę nabuzowany, że aż thrash… To znaczy strach!

Wydarzenie roku: Ubiegły rok był równie ciekawy pod względem dziwnych wydarzeń. Zarówno muzycznych, jak i tych, które z muzyką za wiele wspólnego nie mają. Najciekawszym z nich spokojnie mianuję śmierć George’a Michaela. Może nie znaczył on dla mnie więcej, niż nic, lecz w pełni pokazał, jak dobra okazuje się determinacja. Setki tysięcy lat śpiewał o ostanich świętach, i wyszło, że faktycznie doczekał się swoich ostatnich. Brawo, George, brawo.

Koncert roku: Katatonia, Agent Fresco, Vola – 04.10.16, B90, Gdańsk Po pamiętnym koncercie Soulfly w Gdyni doszedłem do wniosku, że dobrze jest, gdy wszyscy muzycy kapeli dysponują dobrą technika. W ten zaduszny sierpniowy wieczór na scenie ujrzałem menela z rekwizytem gitary przewieszonym przez szyję, a obok niego dwóch sprawnych instrumentalistów. O „perkusiście” na tej osobliwej sztuce nie wspomnę… Tym bardziej w kontekście dobrej muzyki ucieszył październikowy koncert Katatonii na deskach B90. Perfekcyjnie odegrane szlagiery idealnie zespoliły się z równie entuzjastycznie odebranymi nowymi kawałkami. Palce lizać.r

PAWEŁ DRABAREK

Alcest – Kodama Alcest przestał grać metal i poszedł w szugejzy. W sumie to już wcześniej, ale „Kodama” to kwintesencja tego ich pójścia w szugejzy i chyba szczytowy moment. Zdecydowali się teraz powrócić w pewnym stopniu do korzeni, dzięki czemu mamy tu trochę blastów, trochę post-metalowych odlotów i szybszych temp. Podoba mi się ten trans i specyficzna, nadmuchana atmosfera. Najlepszy krążek w dorobku Francuzów.

Virus – Memento Collider Lubię, kiedy w muzyce jest dużo przestrzeni. Na „Memento Collider” rolę główną gra sekcja rytmiczna, podczas gdy gitary rzucają jedynie krótkie kleksy. Kojarzy mi się to trochę z Can, trochę z Bauhaus, a trochę z Talking Heads. Brzmienie nie jest tak przybrudzone jak na poprzednich płytach, i generalnie, jakoś niewiele tu metalu. Mnie się podoba.

Hexvessel – When We Are Death Jesteśmy w Finlandii, gdzieś na łonie natury. Muszę przyznać, że trochę o tej płycie zapomniałem, bo wyszła na początku roku, ale dziś do niej wróciłem i cóż… Kapitalna sprawa. Hit na hicie. Niby nie traktuje się ich jako kapela retro rockowa, a przecież jak najbardziej by do takiej szufladki pasowali. Mało tego, zjadają jakieś 90 procent tego typu zespołów jednym utworem. I wybaczam panu wokaliście Grave Pleasueres, czyli nieudaną kontynuację Beastmilk. „When We Are Death” jest melancholijne, psychodeliczne i ujmujące niewinnością. Kojarzy mi się ze specyficznym zapachem kadzidełek palonych podczas koncertu. Bardzo udanego, swoją drogą.

Yorkston/Thorne/Khan – Everything Sacred Ma ta płyta trzy elementy, dzięki którym można ją pokochać. Przepyszna praca basu pana Thorne’a, sarangi Khana oraz trans. „Everything Sacred” to folkowo – jazzowy album, na którym Brytyjczycy spotykają Hindusa i porywają nas w niczym nie skrępowany lot przypominający momentami strumień świadomości. Wszystko rozwija się bardzo leniwie, a muzyka ma generalnie medytacyjny charakter. Niewątpliwe instrumentem kluczowym jest tutaj wspominane wcześniej sarangi, dzięki któremu płyta zyskuje niepowtarzalny charakter.

Furia – Guido Josh Homme miał swoją pustynię, Dave Wyndord kosmos, a Nihil ma familioki, hałdy i kominy. „Guido” to kwintesencja tego, czym jest Furia. Płyta nagrywana w kopalni, po części improwizowana i to właśnie ta druga połowa podoba mi się bardziej. „Łączka” to jeden z moich ulubionych numerów poprzedniego roku. Transowy, mroczny utwór, jakiego wcześniej w dyskografii Furii nie było. Ep-ka przeszła trochę bez echa, stojąc w cieniu świetnego longpleja „Księżyc Milczy Luty”. Moim zdaniem niesłusznie.

New Model Army – Winter  Nie wiem na czym polega fenomen New Model Army, ale pomimo upływu lat nadal mają w sobie tego rebelianckiego ducha, który pozwala im wydawać co chwila strzały takie, że klękajcie narody. Jak do tej pory nie zaliczyli żadnej wpadki i „Winter” również nią nie jest. Składniki dobrze znacie: refreny, jakie potrafią pisać tylko oni, bezpieczna dawka patosu, troszkę buntu, a to wszystko napędzane folkowo-punkową motoryką. Niby nic nowego, ale po raz kolejny zażarło. Płyta inna niż poprzednia. Eksperymenty ustąpiły miejsca graniu, do którego nas przyzwyczaili. A Sullivan jak zęba nie miał, tak nie ma.

Oranssi Pazuzu – Värähtelijä No lubię hipsterski black metal, co zrobić. Szczególnie taki, jak ten, który proponuje Oranssi Pazuzu – transowy, zeschizowany, błądzący gdzieś po ciemnych, fińskich lasach. Troszkę mi się ta muzyka wydaje klaustrofobiczna – to znaczy jest to raczej ciężki, psychodeliczny trip, bardzo mroczny. Jakieś podróże po jaskiniach, tego typu sprawy. W każdym razie Oranssi Pazuzu zrobiło trochę szału w podziemiu i nie ma się co dziwić, bo psychodeliczny black metal (tak sobie nazwijmy to, co grają Finowie) zdaje się być kierunkiem, w którym coraz więcej kapel będzie podążać. Aha, jeśli przegapiliście IEmarcową trasę po Polsce, możecie zobaczyć Oranssi w maju, wraz z Cobalt i Entropią. Zaleca się.

Innercity Ensemble – III Ten rok, przynajmniej w polskiej muzyce, upłynął pod znakiem transu. Znaleźć go mogliśmy na wszystkich najlepszych płytach, a więc na „III” także. Innercity Ensemble proponuje nam na swojej kolejnej płycie intensywne, egzotyczne rytmy, wycieczki do Afryki i na Bliski Wschód a także dziwny rodzaj napięcia, jakby to wszystko miało za moment eksplodować. Szczególnie potężnie brzmi ta muzyka na żywo, kiedy doświadczasz tego dźwięku niemalże fizycznie.

Iggy Pop – Post Pop Depression W roku 2016 Iggy Pop czaił się wszędzie, niewiele brakowało a wyskakiwałby nawet z lodówki. Był film Jarmusha, trasa koncertowa, DVD z owej trasy, ogólny splendor no i ostatecznie rzecz najważniejsza, który całe to zainteresowanie napędziła – „Post Pop Depression”. W mojej opinii, być może jestem w niej odosobniony, najlepszy krążek Popa od „New Values”. Iggy i Josh w sposób oczywisty nawiązują tutaj do pierwszych solowych albumów frontmana The Stooges, tych nagranych z Davidem Bowie, nadając jednocześnie tym utworom troszkę kalifornijskiego posmaku. To prawdopodobnie ostatnie dzieło w dorobku Iggy’ego. Żegna się ze światem, tym muzycznym, równie mocno, jak się z nim przywitał.

David Bowie – Blackstar Miejsce pierwsze – David Bowie. Być może to okoliczności wydanie tej płyty przesądziły o umieszczeniu jej na szczycie podium, trudno powiedzieć, niemniej jednak nadal gdy jej słucham niejednokrotnie przechodzą mnie ciarki. I szczerze mówiąc nie bardzo mam pomysł co mógłbym napisać, aby nie powtarzać tego, co już setki razy przeczytaliście. David Bowie wielkim artystą był. I tyle.

Koncert: Zbyt wiele ich nie widziałem, bo raczej nie jestem typem, który jeździ za muzykami po całej Polsce, więc poza kilkoma wyjątkami ograniczałem się do koncertów poznańskich. Największe wrażenie zrobił na mnie występ Innercity Ensemble w Klubie Dragon. Kameralna atmosfera, malutka salka, a na niej może z 30 osób i „III” odegrana w całości. Można było odlecieć i to bez wspomagaczy.

Wydarzenie: Śmierć i nowa, a zarazem ostatnia płyta Davida Bowiego. Wydaje się, że Bowie to wszystko dokładnie zaplanował. Nowy album, który ukazuje się w dniu 69. urodzin, a dwa dni później koniec… Bowie wiedział co się święci, i wiedział, że tą płytą żegna się ze światem. Wysyłał sygnały, które potrafiliśmy zinterpretować dopiero po 11 stycznia. To był dopiero początek roku, w którym kostucha zebrała swoje żniwo. Oczywiście teraz będzie coraz gorzej. Musimy powoli przyzwyczajać się do myśli, że niektórzy artyści, nawet ci, którzy – jak się wydaje – są z nami od zawsze, lada moment odejdą. Rok 2016 był dopiero początkiem.blackstar-album-800x800

BARTOSZ CIEŚLAK Z wiekiem dochodzę do wniosku, że operowanie podsumowaniami roku to nienajlepszy przekrój jabłka zwanego muzyką. Przy obecnej dostępności wszystkiego tak naprawdę coraz mniejsze znaczenie ma czy coś wyszło w zeszłym roku, a może dwa lata temu, i jakie były najlepsze albumy 2006 roku. Jeśli nawet ktoś stwierdzi, że 2016 był „słaby”, to muzyki z lat poprzednich jest tyle, że można ją odkrywać przez kolejne lata. Po co więc podsumowujemy rok? Dla hecy, oczywiście. Aby popatrzeć na te listy, porównać je, pociśnieniować się o to co lepsze, wreszcie uzupełnić braki, bo zawsze się coś przeoczy. Naiwne przeświadczenie, że kogoś interesuje mój „top ten roku” wynika z tego, że mnie interesują cudze. Autorski, spójny z indywidualnym gustem zestaw zawsze jest ciekawszy niż jakieś tam uśrednione rankingi z portali zrzeszających tysiące użytkowników. Nic kompletnie z takich liczb nie wynika. 2016 był dla mnie rokiem muzycznie „dobrym”, bo nie przypominam sobie takiego, który byłby „zły”. Zawsze jest coś godnego uwagi – nieważne, czy w ciągu 12 miesięcy wyszło pięć czy pięćdziesiąt świetnych płyt. Nie mam określonego pułapu ilościowego, powyżej którego kończy się rok słaby a zaczyna dobry, to bzdura. Nigdy nie brakowało mi niczego poza czasem na słuchanie wszystkiego, na co mam ochotę.

Moja dycha wygląda następująco: 1. Lotto – Elite Feline 2. David Bowie – Blackstar 3. So Slow – Nomads 4. Bölzer – Hero 5. Antaeus –Ufonaut Condemnation 6. Furia – Księżyc Milczy Luty 7. The Dog – The Devil Comes Out At Night  8. Entropia – Ufonaut 9. Neurosis – Fires Within Fires 10. Pro8l3m – Pro8l3m

Gdyby dziesiątka miała dwadzieścia miejsc, zmieściłyby się i The Body, i Oranssi Pazuzu, i New Model Army, i Cat’s Eyes, i Jachna/Mazurkiewicz/Buhl… Jutro ta dziesiątka mogłaby teoretycznie wyglądać zupełnie inaczej. Dziś jestem przekonany, że te dziesięć wydawnictw przetrwa ze mną lata.

Koncerty Jak zdarta płyta powtarzam, że najlepsze koncerty to te, na które wjazd kosztuje tyle, co paczka fajek. To pewne uogólnienie, ale w ostatnich miesiącach (latach) największe wrażenie robią na mnie recitale wykonawców, którzy są u szczytu formy. To zazwyczaj oznacza kapele młode, jurne, bo młodość to energia i kreatywność. Oczywiście to też nie jest reguła, czego dowiodły mi fenomenalne występy Mobb Deep, Faust i New Model Army, ale najchętniej zaglądałem do miejsc, w których grała muzyka, a nie symfonie sentymentów. Föllakzoid, Lonker See, Syny, Lotto, So Slow, Calm The Fire, The Dead Goats, Furia, In Twilight’s Embrace, Entropia, Ampacity, Merkabah, Echoes of Yul. Te zespoły wyciągały mnie z domu. Warto było.

III. 03.01.2016 Tu miała się pojawić się jakaś ogólna refleksja, ale uległa zaoraniu klawiszem „delete”. W takim dniu jak dziś i tak nic nie ma znaczenia. W swoim felietonie w Noise Magazine kolega Weltrowski wskazał, jak fantastycznie jednoczą się w potrzebie ci, których łączy muzyka, i chyba wolę pozostać przy tej, jakże cennej refleksji. Bo to rzeczywiście niebywałe, jak coś tak w gruncie rzeczy błahego i nieistotnego jak muzyka buduje więzi emocjonalne między nie znającymi się ludźmi. Dotyczy to nie tylko relacji idol na Olimpie kontra fan na ziemi, ale nas wszystkich – planktonu słuchaczy, których wiąże wspólna pasja, bez której nigdy byśmy się nawzajem nie poznali. Miłości nie buduje ani wielka polityka, ani wzniosłe ideologiczne pierdolenie. Buduje ją taka bzdura jak brzdąkanie na gitarze i darcie mordy do mikrofonu. Tu ludzie jednoczą się, i to nie po to, aby razem porzucać kamieniami. A tam gdzie jest miłość, jest i nadzieja. O tym chcę dziś myśleć.moon-107-furia-ksiezyc-1400px

MICHAŁ FRYGA

Aluk Todolo – Voix. Gdybyśmy z jakichś względów chcieli odbyć krótką przechadzkę po piekle, „Voix” stanowiłby świetną ścieżkę dźwiękową pod ten niecodzienny spacer. Muzyka Aluk Todolo przypomina mi nieco poezję Rimbauda – jest równie nieoczywista, pełna symboliki i bluźniercza. Nie powinno to zresztą dziwić, bowiem paryskie trio świetnie łączy mrok i ciężar muzyki metalowej z nieograniczoną ekspresją kraut rocka. To bardzo duszna płyta, mglista, sprawiająca wrażenie w pełni improwizowanej i nieskrępowanej. Nawet jeśli poprzedni album, „Occult Rock”, może i był ciut lepszy, czy tak naprawdę ma to aż tak duże znaczenie?

Furia – Księżyc milczy luty. W poprzednim roku Furia była przyćmiona przez święcącą tryumfy na wszelkich polach Mgłę, lecz laur najważniejszej polskiej płyty black metalowej A.D. 2016 bezsprzecznie należy się „Księżyc milczy luty”. Zresztą, tegoroczne wydawnictwo Furii to chyba najlepszy krążek w ich dotychczasowej karierze. Być może zahaczający niebezpiecznie o hipsterkę i hajpowany w równym stopniu co twórczość pewnej zakapturzonej bandy, jednak w parze z popularnością idzie najwyższa jakość. Nihil wraz z kolegami nagrali album z jednej strony bardzo chwytliwy, z drugiej natomiast wcale nie aż tak łatwy i przede wszystkim bardzo nieoczywisty. To wciąż mroczny, ekstremalny metal, podany jednak w sposób na tyle nowatorski, że hejtowanie dla zasady nie ma w ogóle sensu.

Hail Spirit Noir – Mayhem In Blue. Kolejna płyta lawirująca na skraju black metalu. Greckie trio swoją propozycję przyprawia olbrzymią dawką szaleństwa i groteski, owija wszystko w niesamowicie chwytliwe melodie i dorzuca kilka szczypt progresywnego (w dobrym znaczeniu tego słowa) zacięcia. W kategorii najbardziej zaskakujących płyt, zdecydowanie najlepsza pozycja w tym roku.

Inquisition – Bloodshed Across The Empyrean Altar Beyond The Celestial Zenith. Póki co lawirowaliśmy raczej po awangardowych obrzeżach black metalu, teraz zbliżamy się jednak do płyty, której największą zaletą nie są eksperymentatorskie zapędy, lecz przywiązanie i szacunek do najbardziej bluźnierczych wydawnictw w historii gatunku. Kolumbijscy weterani black metalu właściwie nie nagrali w swojej karierze słabej płyty, jednakże – co ciekawe – od paru lat notują stopniową zwyżkę formy. Tegoroczna propozycja Inquisition jest tego dobitnym potwierdzeniem. „Bloodshed…” nie trafi na Pitchforka, Inquisition nie wystąpią na Primaverze, a na ich koncerty nie przyjdą chłopcy w zbyt ciasnych spodniach. To surowy, bluźnierczy album, na którym każdy dźwięk jest gwoździem wbijanym w nadgarstek Jezusa, a mimo to… bardzo chwytliwym – oczywiście jak na kanony gatunku.

Niechęć – Niechęć. Być może Niechęć niezupełnie pasuje do reszty towarzystwa, niemniej nawet taki kuc jak ja jest w stanie docenić ten album. Nieważne, czy chłopaki grają przejmujące utwory w stylu „Metanolu” i „Krwi”, czy też decydują się na znacznie bardziej szalone odjazdy – w oby wydaniach brzmią autentycznie i przekonywująco, a przy tym bardzo naturalnie. Najbardziej jednak podoba mi się, że ten album jest bezsprzecznie emocjonalny – jeśli jakimś cudem, słysząc krzyk saksofonu w „Krwi”, nie pękło Wam serce, musicie być wyjątkowo zimnymi skurwielami.

Oathbreaker – Rheia. Ta płyta to jeden z nielicznych momentów, kiedy post-metal wstaje z kolan. Gatunek, który wydawałoby się jest wyeksploatowany do cna,The Body udało się pociągnąć jeszcze parę centymetrów dalej. Oathbreaker śmiało czerpie z black metalu, nie boi się odpłynąć w niemal balladowe songi, fenomenalnie operuje zarówno ciszą, jak i hałasem. No i oczywiście Caro Tanghe – nie oszukujmy się, Oathbreaker to w co najmniej w siedemdziesięciu procentach ona. Ekspresja na poziomie nieosiągalnym dla większości.

Oranssi Pazuzu – Värähtelijä. Podobnie, jak w przypadku Aluk Todolo, chodzi mniej więcej o mariaż rocka psychodelicznego z black metalem, przy czym proporcje są tym razem wyraźniej przesunięte w kierunku tego drugiego. Prawdę mówiąc, twórczość Oranssi Pazuzu to w dużym uproszczeniu typowo metalowe partie wokalne położone na krautowe gitary, jednak dzięki umiejętności Finów do kreowania cholernie mrocznego, a przy tym bardzo psychodelicznego klimatu, całość po prostu żre.

The Body – No One Deserves Happiness. Artwork tegorocznego albumu The Body zdecydowanie nie zachęca do zakupu krążka, jednak jak to się mówi – nie oceniaj książki po okładce. „No One Deserves Happiness” to materiał zdecydowanie inny od pełnego nienawiści „I Shall Die Here” czy też od ostatnich kolaboracji duetu. Zespół jakby… złagodniał – aczkolwiek bardzo ciężko przechodzi mi to przez klawiaturę, zwłaszcza, że wciąż podstawę muzyki Amerykanów stanowią obłędne partie wokalne i otulająca całość noise’owa mgła. Tym razem dorzucili jednak do tego znacznie więcej przestrzeni, wzbogacili album o piękne kobiece wokale i pozostawili dużo więcej miejsca melodiom. To chyba najbrzydsza, a przy tym jedna z najpiękniejszych płyt, jakie kiedykolwiek słyszałem.

Wormrot – Voices. Tego albumu po prostu nie mogło zabraknąć. W przeciwieństwie do bardzo hajpowanego w tym roku „You Will Never Be One Of Us” Nails, Wormrot poszli zupełnie inną drogą. Zamiast oswajać swoje brzmienie, poszli w maksymalną surówkę. Z jednej strony kipią typową dla grindcore’a agresją i wkurwieniem, a z drugiej potrafią między szarpane riffy i świniaki wpleść black metalowe tremola. Teoretycznie, logiki w tym nie ma w ogóle, w praktyce wyszedł im fenomenalny album. Po prostu.

VRTRA – My Bones Hold A Stillness. Przy okazji – debiut roku i największe odkrycie. Sam nie wiem, co aż tak bardzo oczarowało mnie na tym krążku… Możliwe, że to po prostu połączenie nowoczesności z totalnym old schoolem, słyszalne chociażby w wycieczkach w stronę starego, dobrego doom deathu. To właśnie ten charakterystyczny wisielczy klimat, odległy jednak od nurtu suicidal, jest czymś, co wyróżnia VRTRA na scenie black metalowej. Podobnie, jak talent do pisania świetnych riffów i kreowania atmosfery tyleż brudnej i surowej, co epickiej.

Wydarzenie. Niestety, rok 2016 okazał się o tyle skurwielem, że próbując wyróżnić najważniejsze wydarzenie, zmuszeni jesteśmy pochylić się nad czyimś grobem. Nie chcę tutaj stopniować, czyja śmierć była bardziej istotna, bo to przecież kompletnie bez znaczenia. Odeszli wielcy artyści, bo tak trzeba nazwać zarówno muzycznego kameleona Bowiego, ojca wszystkich smutnych pieśniarzy Cohena, twórców znanych i nuconych przez każdego hitów – Prince’a i George’a Michaela, wreszcie tak trzeba powiedzieć o Gregu Lake’u i Keithie Emersonie (mam nadzieję że dobrze odmieniłem ; ) ), członków najważniejszych dla rocka progresywnego grup, jakimi niewątpliwie były King Crimson i Emerson, Lake & Palmer. Nie możemy też zapominać o Piotrze Grudzińskim z Riverside… To oczywiście ci – z punktu widzenia naszego portalu – najważniejsi i najbardziej rozpoznawalni. Cholernie źle, że ich śmierć kładzie się wyraźnym cieniem nad mijającym rokiem.

Koncert. Wybór jednego, najlepszego czy najważniejszego koncertu w całym roku też jest dla mnie cholernie trudny. Przede wszystkim nie chodzę na tzw. duże koncerty, wybierając przede wszystkim mniejsze, klubowe sztuki, a jedynym względnie dużym wydarzeniem muzycznym, w którym uczestniczyłem był Off Festival. I… Zdecyduję się chyba na występ właśnie z katowickiego festiwalu. Mówię tutaj o Lightning Bolt. Przede wszystkim był to gig, na który cholernie czekałem, bez mała odliczając do jego rozpoczęcia. Amerykanie udowodnili, że można grać zajebiste koncerty na każdej scenie, o każdej godzinie i właściwie bez żadnej oprawy wizualnej. Pokazali, że tak naprawdę chodzi o serce do grania, energię i hałas. O mnóstwo hałasu. Dokładnie tyle wystarczy, żeby zagrać naprawdę świetny rockowy koncert. Z drugiej strony, na bardzo długo zapamiętam bardzo intymny i właściwie też stosunkowo kameralny występ Matta Elliotta w Firleju, który był całkowitym przeciwieństwem koncertu Lightning Bolt – cichy, osobisty, pełen emocji i szczerości. Dwa zupełnie odmienne muzyczne światy, ale spojone przez to, co tak naprawdę jest najważniejsze. Przez pasję.g

AREK LERCH No tak… Boli mnie wszystko, kiedy zastanawiam się, co było a czego nie. Tym bardziej, że miniony rok był w moim przypadku takim ciągiem świadomości, niekończącą się kawalkadą kolejnych, liczonych w setkach płyt, recenzji i wywiadów, czasami zaczynałem się w tym gubić, i kiedy dzisiaj spoglądam na to, co się wydarzyło, mam mętlik w głowie. Było szybko, było dużo, może i za dużo, ciąg informacji i kolejne płyty. Ale przecież nie będę narzekał na klęskę urodzaju, bo takie są już te współczesne czasy, że dzięki technologii mamy do czynienia z tak zmasowanym zalewem dóbr kultury, że więcej czasu spędzamy na odsiewaniu ziaren od plew niż na realnym delektowaniu się sztuką. W szerszym wymiarze miniony rok upłynął na większym niż zwykle rozbratem z metalem. Hałaśliwe klimaty jakoś mnie nie ruszyły i nawet wbrew zachwytom bliższych i dalszych kolegów po piórze jakoś nie mogłem się przekonać do kucowatych załóg. Może i tu rządzi głupawy przypadek, bo najbardziej przypadł mi chyba do gustu nowy Testament – klasyczny do bólu, niezmanierowany i bazujący na starych dobrych wzorcach. Szybko, do przodu i z zajebistym gruwem. Jeśli już pojawiał się hałas, to z zupełnie innej mańki, bo przecież taki True Widow to gruz jak cholera, choć pisany przez pryzmat uwielbienia do shoegaze. Z tym gatunkiem mam zresztą romans od jakiegoś czasu i choć tu i ówdzie traktują te moje fascynacje z przymrużeniem oka, nie mogę przejść obojętnie obok takich płyt jak „Sentimentale Jugend”, „Do Not Dissappear”, „Tired of Tomorrow” „Kodama”, „Grandfeathered” czy „Mindfullness”. Jawi mi się ta muzyka najlepszym sposobem na obcowanie z hałasem, podanym w inny, dla niektórych totalnie niestrawny sposób. Jeśli miałbym jednak uchwycić główny wątek minionego roku, byłaby to w moim przypadku dominacja jazzu. Co ciekawe, gatunek ten najwyraźniej wyszedł ze swojej jazzforumowej niszy, wywalił stare garnitury na śmietnik i z zainteresowaniem łypie okiem w stronę alternatywy. Wyszedł z tego prawdziwy wstrząs, którego beneficjentem była krakowska stajnia Instant Classic, zaliczająca najciekawsze, objawieniowe wynalazki – od „Dźwięków Ukrytych” począwszy, na LAM i „Lesie” skończywszy. A po drodze była jeszcze genialna płyta Lotto, która alternatywny trans zmieszała z jazzem w sposób dotychczas niespotykany i niesamowityPreoccupations aplauz wywołała. Wszystko wskazuje że dobra passa tej wytwórni trwa nadal, bo właśnie okazało się, że laureatem Paszportów Polityki jest nie kto inny jak Wacław Zimpel (min. LAM). Jeśli miałbym w przypadku jazzu wyjść poza nadwiślańskie progi, wskażę równie udaną, eksperymentalną płytę Nils Petter Molvaer – „Buoyancy”. W Bydgoszczy zarządził Rafał Gorzycki, Pink Freud pokazał jak grać kawałki Autechre, a The Bad Plus kowery. Z kolei Niechęć uczyła, jak połączyć rocka z jazzem. Jazz to jednak nie wszystko. Jest rap. Tak, nie przewidzieliście się, szczekanie może mieść sens. Poczynając od Synów a kończąc na Fiszu, choć trudno „Drony” rozpatrywać w kategoriach muzyki szczekanej. Dużo fajnego działo się postpunkowej niszy, gdzie zarządził Schröttersburg, świetnie radzi sobie The Shipyard. Hołubiony przeze mnie VietCong zmienił nazwę, i jako Preoccupations wydał rewelacyjną, ale kompletnie przemilczaną/niezauważoną płytę, sam nie wiem, czemu tak się stało… Jak zwykle nie może obejść się bez elektroniki, począwszy od tej eksperymentalnej w stylu Gaap Kvlt po taneczną, prezentowaną przez mroczny album Anohni (po kilku miesiącach smakuje jeszcze lepiej niż w dniu premiery…), a w polskim wydaniu, przez Skinny.  Mało było z kolei fajnych, godnych uwagi płyt z noise, no chyba że za takowy uznamy jesiennego „Jelenia”.  Dobrze radziło sobie stare dobre indie z Suede i Eliot Sumner (też mało kto o tej płycie wspomina, może dlatego, że wyszła w styczniu?) na czele, a w mroźne dni nadal pięknie przynudza Tindersticks  Na krajowym podwórku wrażenie zrobiły Mordy, K-Essence… Chciałbym tu dorzucić Hoszpital, ale ich nowa płyta nadal pozostaje dla mnie niewiadomą, być może dopiero w tym roku ją rozgryzę… Kto mnie zna, zada w tym momencie pytanie – a Swans?! No tak… „The Glowing Man”… Gira na zawsze, ale w związku z tym, że postanowił zburzyć to co budował przez ostatnie lata, przyjmuję postawę wyczekującą, tym samym traktując ostatnią płytę jako, hmmm, pożegnanie. I nadal uważam, że jednak The Seer” pozostaje na szczycie… Działeczka punkowa? Ok, tu wymienię dwie płyty, które zostaną ze mną na dłużej – „Vile Life” Government Flu oraz „Dancer” Cocaine Piss. Dość… To przecież tylko niewielki wycinek, lista za parę miesięcy będzie wyglądać inaczej i pewnie jak zwykle nie wymieniłem wielu dobrych płyt a na pewno przekroczyłem narzucone limity, co – mam nadzieję – zostanie mi przez kolegów wybaczone… Wydarzenia – chyba nie będę tu oryginalny – czarny kosiarz siał zniszczenie, jednak konkluzja, która gdzieś tam się w głowie pojawiła, brzmi: odchodzą wielkie ikony, ale jakoś nie widać nikogo, kto mógłby je zastąpić… A koncerty… cóż, widziałem w tym roku mało, zdecydowanie wolę sytuacje, kiedy za jednym razem zaliczam większą ilość, zatem niech będzie OFF.

I tyle. Z ulgą „odhaczamy” obowiązek, machamy ostatecznie szesnastemu, niech spoczywa w pokoju. Przed nami nowe…

Sumowali: Łukasz Brzozowski/Paweł Drabarek/Bartosz Cieślak/Michał Fryga/Arek Lerch