PODSUMOWANIE 2011 – to, co naprawdę dobre

Podsumowania roku mają to do siebie, że szybko się dezaktualizują w miarę nadrabiania zaległości, bo przecież nie sposób wszystko należycie poznać, jeśli te dwanaście miesięcy musi zmieścić jeszcze życie osobiste i zawodowe. Nie traktujcie więc tego tekstu nie wiadomo jak serio, poczytajcie co tam ciekawego wyszło – może się zgodzicie, może nie, a może coś przeoczyliście? Zamiast bić pianę o to kto lepszy – Morbid Angel czy „Lulu”, lepiej poszukać tego, co naprawdę dobre, ale mniej się rzuca w oczy.

10. DEATH GRIPS – Exmilitary

Eksperymentalny bedroom-lo-fi hip-hop? Czyżby rapowy odpowiednik Furze? Raczej schizofreniczna wariacja na temat ojców założycieli gatunku rozpisana na wrzaskliwe wokale, bity ze starego modelu Alesis i sample poskładane jak wychodek z nieoheblowanych desek. Żaden ze mnie eloziom, więc nie mam pojęcia jak ten album został przyjęty w zakapturzonych kręgach, nie wydaje mi się też, żeby z perspektywy dziejów był to nie wiadomo jak przełomowy materiał. Ot, bardzo odpowiada mi taka garażowa surowizna, pewne niedopracowanie przykryte potężną ekspresją i wręcz wczesnoindustrialne podejście do tematu produkcji i masteringu. Razem z dziwactwem zwanym Wugazi była to najciekawsza rzecz, jaka dotarła do mnie w ubiegłym roku z rejonów około hiphopowych.

9. CORRUPTED – Garten der Unbewusstheit

Zmiana klimatu – i od razu skok w mrok. Corrupted nigdy raczej nie celowali w gusta polskich fanów j-rocka (tak to się chyba nazywa), ale na „Garten…” sięgnęli szczytów nieprzystępności, z których zastępy brodatych sludge’owców jawią się jako relaksujące boysbandy. Nie jest to raczej płyta, którą odpalicie sobie po ciężkim dniu w pracy w ramach wieczornego relaksu, ale odrobina transgresji w muzyce nie zaszkodzi. Zwłaszcza, jeśli nowy (świetny) album Encoffination nie zaspokoił niedosytu po ostatnich, srogo rozmemłanych produkcjach Esoteric.

8. GRAVEYARD – Hisingen Blues

Walka o prymat w kategorii najlepszego rockowego wymiatacza anno 2011 rozegrała się między debiutem Turbowolf a drugim albumem Graveyard. Uznaniowo stwierdzam nieznaczną wyższość Cmentarza, za najlepiej ekshumowane zwłoki wczesnego Led Zeppelin. Retro-granie na „Hisingen Blues” brzmi jak wyciągnięte wprost z lat 70., i wszystko jest tu doskonałe – soulowy sznyt wokalny, bluesowe zagrywki, upalone solówki i nawet Morricone’owe akcenty tu i ówdzie… Przy czym nie ma ani jednego powodu, byście ignorowali wąsaczy z Turbowolf. W towarzystwie Jacka Danielsa i baterii piw te płyty doskonale funkcjonują w formie płodozmianu.

7. CRAFT – Void

Zespołów  łupiących „pod Darkthrone” jest tysiąc pincet, bo każdemu się wydaje, że skoro to taka formalnie prosta muzyka, to każdy może ją zagrać bez większych problemów. Będę się upierał, że kapel, które utrafiły w sedno estetyki z widełek „A Blaze in the Northern Sky” – „Plaguewielder” jest może z dziesięć na całym świecie. Dosłownie. Craft to perełka w morzu gówna; na pozór pingwinowaty tribute-band jakich wiele, ale jak nikt inny zbliżyli się do lodowatej, trupiej atmosfery tamtych płyt. Ten właśnie niewerbalny pierwiastek (oraz wysokie ceny ich płyt na Allegro) czynią z „Void” zjawisko wyjątkowe, którego zastępy Sargeistów, Avskych i innych Szronów nie skopiują choćby aplikowali sobie śnieg dożylnie.

6. AMEBIX – Sonic Mass

Jakkolwiek pod wieloma względami daleko tej płycie do doskonałości, polubiłem ją taką, jaka jest. „Sonic Mass” wieńczy jeden z nielicznych powrotów, który faktycznie ma sens. Zbyt łatwo byłoby braciom Miller oprzeć się na rozrośniętej legendzie i zachowawczo rozbabrać mroczne, crustowe riffy. Zamiast tego, nagrali płytę poszukującą, chwilami bardzo stonowaną, niekiedy chybioną, ale przez cały czas szczerą i bardzo pokorną, co brzmi może nieco dziwnie… Na tej mszy, zamiast celebrować siebie, Amebix celebrują muzykę, która pomimo całej sterylności produkcji i pewnego zapatrzenia w Killing Joke, zachowała „ludzki” pierwiastek i charakter bardzo autorskiej wypowiedzi.

5. MASTODON – The Hunter

Gdyby dzień premiery tej płyty wypadł tydzień temu, nie byłoby szans, by znalazła się ona w tym podsumowaniu. Po pierwszych odsłuchach „The Hunter” odsądziłem Mastodon od czci i wiary, złorzecząc na małomiasteczkowe melodie, prowincjonalne zaśpiewy i penisowy attitude wymiataczy dekady, którzy przehandlowali potencjał za srebrniki rockowego banału. Po kilkunastu przesłuchaniach odkryłem drugie dno Myśliwego, które polega na braku drugiego dna. Mastodon pretensjonalny i artystowski mógłby szybko podzielić los swego imiennika, a złotym środkiem okazało się wyluzowanie wiadomych mięśni i nagranie barwnego, pozytywnego albumu skrzącego się melodiami i energią. Amerykanie dawno odrobili lekcje z historii rocka, od Rush i Yes po przyjazne brzmienia lat 80., tym razem odparowali cały patos i pozostawili chwytające za serce (i nie tylko) refreny i ogólną przebojowość. Nie da się nie lubić.

4. MITOCHONDRION – Parasignosis

Death metal jako taki miał się w roku 2011 rewelacyjnie. Nie chodzi mi bynajmniej o ekscentryczny wybryk Morbid Angel, cyborgowaty Decapitated czy trzydziesty ósmy hucznie anonsowany powrót Vader do formy. Najlepsze wyziewy wylazły z piwnic mniej lub bardziej głębokich. Doskonałe płyty wydali Ulcerate, Execration, Morbus Chron, Sonne Adam, Disma, Encoffination, Azarath, Vanhelgd, a i weterani z Necrophagii, Deceased i Autopsy powodów do wstydu nie mają. Mitochondrion o tyle wyskakuje ponad resztę, że opierając się na dość oczywistych wzorcach zaczerpniętych przede wszystkim z Incantation, zbudowali własną, nawiedzoną wizję tej muzyki. Jeśli ciągle nikt nie wymyślił terminu „religijny death metal”, to ja chętnie zastrzegę sobie prawa autorskie.

3. LEVIATHAN – True Traitor, True Whore

Kurwa kurwie łba nie urwie, zdrajcę zdrajca chwyci za jajca. Wrest wie już, że życie to dziwka, a jego muzyka podażą za stanem umysłu. Na „Massive Conspiracy…” nurkował w otchłań w poszukiwaniu Cthulhu, tym razem inhalujemy zapchaną rurę kanalizacyjną, kąpiemy się w rynsztoku i jedziemy na tygodniowe all-inclusive do miejskiej noclegowni. Nie tylko muzycznie i brzmieniowo jest to mój osobisty wzorzec współczesnego oblicza black metalu, to także muzyka, za którą stoją autentyczne emocje, odległe od nieco wyświechtanego „religijnego” fanatyzmu.

2. TOM WAITS – Bad As Me

Zgodzę się, że nie jest to album w żaden sposób wyjątkowy ani na skalę muzyki, ani nawet w dorobku dziadka Toma. „Bad As Me” to po prostu wyczekiwana przez siedem lat kolejna porcja znakomitych piosenek w niepodrabialnym waitsowym stylu, i jako taki sprawił mi ten album więcej radości niż większość głośniejszych premier tego roku. Na nic dziennikarski (phi!) obiektywizm, kiedy fanowskie serce drży na dźwięk chrypy starszego pana, któremu na emeryturę nie spieszno, i całe szczęście. Waits nie wymyślił się na nowo, ale nie znajdziecie na „Bad As Me” ani pół zapchajdziury, kawałka ewidentnie gorszego czy tekstu słabszego niż pozostałe.

1. PJ HARVEY – Let England Shake

Ta płyta jest wyjątkowa z kilku powodów. Po pierwsze, ostatecznie ugruntowuje ona pozycję PJ Harvey jako artystki, którą zestawić można już chyba tylko z Dylanem (nie tym z „Beverly Hills 90210”, wy metalowcy wy…). Po drugie, inni muzycy na tym etapie kariery nagrywają już co najwyżej materiały „przyzwoite”, „słuchalne” bądź „niezłe”, tymczasem Polly kolejny raz przeskakuje samą siebie. Po trzecie, takie albumy powstają raz na kilka lat, i za parę dekad „Let England Shake” z pewnością będzie postrzegany jako lustro swojej epoki, niepokojąca płyta na niepokojące czasy. Po czwarte, nie słyszałem w tym roku albumu, który niósłby z sobą tak druzgocący ładunek emocjonalny, tak wielką wartość artystyczną i taki ciężar tematyczny… Uff, powiało patosem, ale trudno mi na chłodno podejść do płyty, którą emocjonuję się tak samo, jak zaraz po jej premierze. I całkiem serio uważam, że „The Glorious Land” to „Masters of War” XXI wieku, a „Let England Shake” to rockowy odpowiednik „Komu Bije Dzwon”. W roku 2012 życzymy sobie pokoju na świecie koncertu PJ w Polsce, najlepiej na Wybrzeżu.

Bartosz Cieślak