PŁYTY JESIENNE vol.1: MANES – How The World Came To An End (Candlelight)

Ja wiem, że jesień bywa czasem wredną suką. Bo przecież pada. Bo jest szaro, zimno i ciemno. A czasem jeszcze jakieś choróbsko się przypałęta, albo inna mała klątwa. Taki już urok tej pory roku, ale zamiast kląć pod nosem i nerwowo tłamsić palcami kolejnego wilgotnego papierosa, warto chyba spróbować się z tą jesienią zaprzyjaźnić i być może wytargać ją za tę jej mokrą czuprynę z pomarańczowo-brązowych liści. Ot tak, dla hecy. Albo zupełnie na serio.

I tak, w ramach oswajania jesieni, dobrze jest przypomnieć sobie o płytach, które z tą porą roku i właściwym jej nastrojem idealnie korespondują. O, taki Manes na przykład. Dziwny to zespół, bo przecież zaczynali od zimnego jak serce Królowej Śniegu black metalu, a tutaj, na wydanej w 2007 roku „How The World Came To An End”, taki klops. Czemu klops? No bo żaden ortodoksyjny black metalowiec tego nie wytrzyma. Ładne to takie i smutne trochę, ale nie smutkiem Lucyfera wygnanego z niebios, który wydaje z siebie smoczy ryk i ciska piorunami, tylko takim pospolitym, codziennym smutkiem szarego obywatela, który częściej myśli o własnym nosie niż o złowrogim, czarnym kosmosie. Co prawda w tytule jest mowa o końcu świata, ale czy jest to świat duży, czy kieszonkowy, to już tylko czort raczy wiedzieć. W każdym razie słuchając tej muzyki w wyobraźni widzę raczej ciemne ulice jakiegoś opuszczonego miasta, niż spektakularny, hollywoodzki Armagedon.

Kilka lat temu przypałętał się do mnie ten Manes niczym zmoczony deszczem, brudny, bezpański pies. Taki, który idzie za tobą nie rozumiejąc, że wcale nie masz ochoty zabrać go ze sobą do domu. Ale idzie ten uparty kundel i nawet nie szczeka, tylko tak patrzy za tobą tym swoim wzrokiem kundla. Nie smutnym, tylko takim trochę głupim. I po latach łapiesz się na tym, że ten kundel stał się stałym rezydentem twojego salonu, że w swojej misce ma lepsze jedzenie niż ty na swoim talerzu, a jego sierść jest na każdym kęsie chleba, który wkładasz do ust. A dziś jest to już piękna, wypielęgnowana sierść, bo w końcu nie po to płacisz psiemu fryzjerowi, żeby pies gubił sierść brzydką albo brudną.

W zasadzie nigdy nie zastanawiałem się nad tym, czy jest to muzyka elektroniczna, rockowa, czy eksperymentalna. Bo to po prostu ładne piosenki, których nie trzeba na siłę do żadnej szufladki upychać. Dziwne, że nie razi mnie w ogóle specyficzna maniera wokalisty. Ma chłop talent, więc może sobie „manierzyć”. Ale na nim się to wszystko nie kończy, bo są tu też niespodzianki. Na chłopski rozum wydawałoby się, że gościnny udział jakiegoś rapera wszystko tutaj spieprzy i runie ta bajka jak domek z kart… ale, paradoksalnie, francuskojęzyczne rymy to jeden z najmocniejszych fragmentów tej płyty. I nawet tak tanie chwyty jak odgłosy deszczu są tu stosowane z taką klasą, że i największy cynik na chwilę zamyka mordę.

Prześladuje mnie ostatnio taka myśl, że cała ta szeroko pojęta sztuka jest tylko bladym odbiciem życia i dlatego może nie warto jej poświęcać aż tak wiele uwagi. A jednak przy płytach takich jak „How The World Came To An End”, która przecież obiektywnie rzecz biorąc nie jest żadnym kamieniem milowym w historii muzyki, uświadamiam sobie, że chyba do końca nie mam racji. I dobrze, bo czasem lubię jej nie mieć. I choć naiwnym jest ten, kto wierzy, że uda mu się oswoić jesień, to jednak, patrząc na nią przez pryzmat takiej muzyki, trudno jej nie lubić.

Michał Spryszak