PLASTIK III  – Po co ci tyle tych płyt?

Nadszedł czas, abym i ja popłakał nad grobem płyty kompaktowej i rozliczył się z mojego długiego związku z tym nośnikiem. O śmierci „cedeka” pisało już wielu, ale postaram się ugryźć temat od nieco innej strony niż zrobili to we wcześniejszych odsłonach Plastiku panowie Czajkowski i Lerch. Zapalam więc w myślach znicz, składam na zimnej płycie nieistniejącego grobowca wieniec z napisem „Ostatnie pożegnanie (było miło)” i zastanawiam się, czy powinienem w tym momencie uronić łzę, czy raczej ucieszyć się, że cały ten pieprzony plastik trafia w końcu do piachu.

A pamiętacie jaki słodki był z niego bobas? Moje pokolenie muzykę poznawało najpierw z płyt winylowych, a później z wszechobecnych kaset, których wyższość na wspomnianymi płytami polegała głównie na tym, że były mniejsze. Trochę szumiały i często się wkręcały w trybiki magnetofonów, ale łatwiej było je transportować, no i można było na nich nagrywać. Już wtedy w krajach kapitalistycznych trąbiono, że kopiowanie na kasety „zabija muzykę”, co później skutecznie reanimowano w odniesieniu do plików mp3. U nas jednak nikt się takimi rzeczami nie przejmował, więc mogliśmy bez żadnych oporów moralnych zaopatrywać się we wszelkie możliwe nowinki wrzucane na rynek przez gigantów fonografii w rodzaju Taktu czy innego MG. A potem pojawiły się płyty kompaktowe, symbol luksusu i „najlepszego z możliwych” dźwięku. No i ta wygoda w wyborze kawałków – nie trzeba było przewijać (kaseta), ani przenosić ramienia (winyl), wystarczył pilocik w ręku. Szkoda tylko, że cena takiego nośnika była kilkakrotnie wyższa niż kasety z tą samą zawartością. Trzeba więc było jakoś zmusić ludzi do przerzucenia się na „lepszy” kawałek plastiku, dlatego dużo się mówiło o wspomnianej wyżej jakości dźwięku, kuszono elektronicznymi bajerami w odtwarzaczach i wreszcie stosowano najbardziej przeze mnie znienawidzoną sztuczkę, czyli zamieszczano na płycie CD o jeden utwór więcej. To wszystko sprawiło, że płyty winylowe trafiły w końcu do kartonów trzymanych w ciemnych kątach sklepów muzycznych, a kasety do koszy z wyprzedażami. Idealnym dla producentów kompaktów scenariuszem było, gdy ktoś zamieniał całą swoją pieczołowicie tworzoną kolekcję kaset na płyty CD, płacąc de facto dwa razy za to samo, w imię jakości i wygody. Czego się nie robi z miłości do muzyki?

 po co tyle tych płyt?

po co tyle tych płyt?

I tu docieramy do sedna sprawy i znanej wszystkim przyczyny śmierci naszego bohatera. W chwili, gdy dostęp do Internetu i plików z muzyką stał się praktycznie nieograniczony, a ona sama przestała być nierozerwalnie związana z fizycznym nośnikiem, zniknęła konieczność zastawiania półek kilogramami plastiku. Zdali sobie z tego sprawę wszyscy, tylko nie barany mojego pokroju. Przez lata przyzwyczailiśmy się bowiem do tego, że aby mieć dostęp do nowej muzyki, trzeba było zdobyć „magiczny” krążek. Długie godziny spędzane w sklepach muzycznych, pieczołowite przeglądanie (drukowanych jeszcze wtedy) katalogów sprzedaży wysyłkowej i wreszcie wydawanie całej posiadanej gotówki na plastik. Pół biedy, gdy młodzik wydał pieniądze przekazane przez mamę na komitet rodzicielski na nową kasetę Vader. Gorzej, gdy dziesięć lat później zamiast kupić dziecku nowe buciki lub załatać dziurę w dachu zamówił sobie paczkę z dwudziestoma płytami, których nie zdążył nawet odfoliować przed nadejściem kolejnej takiej paki. Nałóg słuchania zawsze w jakiś sposób łączył się z nałogiem kupowania i dla wielu z nas tak już zostało. Co zatem dał nam Internet? Możliwość kupowania na serwisach aukcyjnych, poznawania z pomocą mp3 nowych rzeczy, które warto by było kupić (bo fajne) i pisania na forach muzycznych, na których pochwalić się mogliśmy kto ile kupił w danym miesiącu i opieprzyć tych, którzy nie kupują, tylko kradną muzykę z sieci.

I tak, uparcie wypierając ze świadomości myśl, że cały ten plastik nie jest już niezbędnym pośrednikiem pomiędzy nami a muzyką, zrobilDIGITAL CAMERAiśmy z nośnika wartość nadrzędną. Niektórzy przesiedli się na winyl, bo jeśli już kupować przedmioty, to najlepiej te najbardziej okazałe. Inni zaczęli kupować dla idei wspierania artystów i drobnych przedsiębiorców, aby poczuć się małymi mecenasami sztuki i lojalnymi członkami tak zwanej sceny. Jeszcze inni chcieli zbudować swoją pozycję w świecie miłośników muzyki z pomocą tego, co ustawili sobie na półkach. A byli też i tacy, co chcieli po prostu spełnić swoje młodzieńcze marzenia o posiadaniu płyt, które dawniej były poza ich zasięgiem finansowym. I w ten sposób, wspólnymi siłami, opóźniliśmy nieco zgon płyty kompaktowej. Ale nie oszukujmy się, to trwało tylko chwilę. Ona już dawno zdechła.

No bo przecież banałem jest to, że o ile sama muzyka może w naszym życiu pełnić rolę ważną, o tyle fizyczny nośnik to tylko przedmiot, którego posiadanie może nam sprawiać jakąś tam radość, ale samej muzyki nie uczyni ani głębszą, ani bardziej ekscytującą. Kolekcjoner płyt różni się od kolekcjonera znaczków tylko tym, że jego mania zbieractwa łączy się czasem z przyjemnością płynąca z używania kolekcjonowanych przedmiotów. Ale łączyć się wcale nie musi. W całym tym wywodzie nie chodzi jednak o to, aby podważyć sens płacenia za muzykę (bo jak by nie patrzeć jej tworzenie wymaga mniejszych lub większych nakładów finansowych), a jedynie o to, by uświadomić sobie, że wszystko ma swój czas i miejsce. Można na chwilę ożywić trupa siłą sentymentów (halo winyl, siemasz kaseta!), ale fetor rozkładu i tak prędzej czy później uderzy nas w nozdrza. Gdy za kilka bądź kilkanaście lat nasze pokolenie zmuszone będzie większą część swojej gotówki wydawać na wizyty u lekarzy i leki, wszystkie te plastiki trafią na strychy i do piwnic, gdzie ich miejsce. Spoczywaj zatem w pokoju, płyto kompaktowa. Niech twoja powierzchnia będzie zawsze wolna od rysek i odcisków palców, a promienie anielskich laserów niech rozgrzewają ją na bezkresnych polach plastikowego raju.

Michał Spryszak