PLASTIK II – Gdzie dwóch się bije, tam winyl korzysta

Kolega Czajkowski rozpoczął mowę żałobną na temat kompakta a zakończył zadumą nad kondycją i jakością muzyki, bo to właśnie przez nią kupowanie kompaktów staje się coraz bardziej bez sensu. Natłok produktów nikomu nie służy. Moja historia rozpoczyna się w momencie, kiedy podczas wizyty EMPiK-u jakiś tydzień temu szanowna żona ze zdziwieniem zapytała – „a ty żadnej płyty nie kupujesz?”. Zostałem bez słowa, nie tyle ze względu na dramatyzm sytuacji a raczej z powodu usilnej próby przypomnienia sobie, kiedy ostatnio kupiłem kompakt.

To prawda. Nowoczesność w domu i zagrodzie zmieniła układ sił, wprowadzając na rynek rozwiązania, które zrewolucjonizowały postrzeganie muzyki. Sprowadzenie jej do funkcji typowo użytkowej, poprzez popularyzację formatu mp3, spowodowało, że popularna w minionej dekadzie opcja kolekcjonerska zupełnie przestała mieć znaczenie w doborze, wiedzy i traktowaniu muzycznych nośników. Zmienił się jednak przede wszystkim nasz mental.

Kilka lat temu, kiedy pierwszy raz odpaliłem iPoda, czułem się jak kurwa, bo przez długi czas krzyżowałem każdego, kto nie korzystał z tradycyjnego nośnika, odsądzałem od czci i wiary mptrójkowców, wyzywając od złodziei i głupków. Dzisiaj sam jestem głupkiem. Jednak nie o ocenę postawy moralnej tu chodzi; zastanawiam się raczej, w jakim miejscu tej rewolty jesteśmy? Na początku, czy gdzieś w środku? Dzisiejszy układ sił jest finałem cyfrowej rewolucji?? Nie, na pewno nie – jednak dzisiaj trudno stwierdzić, jaki będzie kolejny rozdział tej bajki, ze względu na szybkość postępujących zmian. Dzisiejszy rozdział tej zabawy zwie się – WINYL.

To jest właśnie, szanowni państwo, niecodzienny zwycięzca nierównego pojedynku między srebrnym krążkiem a mp3. Tym trzecim, korzystającym z wojenki jest winyl. Wielka, nieporęczna czarna płyta, nagle, niepostrzeżenie zmieniła się w znaczącego udziałowca rynku. Ba, kiedy wejdziemy do pierwszego lepszego sklepu muzycznego w Berlinie, okaże się, że to nie udziałowiec, ale główny rozgrywający. Zamiast kompaktów mamy winyle, ich dominację w każdej formie – kolorowe, przeźroczyste, w każdym formacie, od singli po 180 gramowe LP. Czy możliwe jest, że to właśnie winyl a nie mp3 zostanie zwycięzcą? Już został. Wkradł się jak złodziej do mojego domu. To prawda, okazało się, że sam stałem się dumnym posiadaczem gramofonu i choć nadal uważam, że największą wadą winyla są gabaryty (raczej na kieszonkowe odtwarzacze nie ma co liczyć…), odkryłem też inną, czysto ekonomiczną zaletę. Otóż kiedyś kompakty kupowałem często bez sensu i hurtowo – faktycznie zdarzało się nie raz, że po jednym przesłuchaniu lądowały gdzieś w kącie. Dzisiaj, osłuchawszy najpierw muzę w postaci mp3, na zakup winyla decyduję się w momencie, kiedy wiem, że to jest TEN album. Tym samym na półce pojawiają się rzeczy absolutne, od „The Seer” aż po „Meteora”. Zapomniałem o przewożeniu naręczy CD’s, zamiast tego mam iPoda a w domu, cóż, krążki – czarne, srebrne i zielone. Okazuje się, że problem CD przestał istnieć. Owszem, nadal jest i raczej nie wróżę mu zbyt szybkiej śmierci, choć jego znaczenie zaczyna być dzisiaj podobne temu jakie miała kaseta jakieś 10 – 11 lat temu. Była dodatkiem do CD. I tu znowu muszę odwołać się do mojego sentymentu, bo kiedy wreszcie uporałem się z beznadziejną miłością do kompakta (choć w sercu i na półkach raczej pozostanie aż do śmierci – mojej lub jego…) i znalazłem sobie nową rozrywkę: okazało się, że leżące gdzieś w kącie sterty kaset w naturalny sposób wróciły do łask! Do tego stopnia, że w sprowadzanym z jedynego słusznego kraju samochodzie zażyczyłem sobie musowo odtwarzacza kaset. I teraz z wielką radością wracam do wielu płyt, które posiadam tylko na taśmie. I które niejednokrotnie okazują się być całkiem niezłymi rarytasami. No i pluję sobie jedynie w brodę, że kiedyś, na fali „kompakto – euforii” sprzedałem część taśmowej kolekcji. Wielka szkoda…

Dochodzę do wniosku, że tak naprawdę nie chodzi tu o rozwój technologii. Nie chodzi nawet o nadmiar, sugerowany przez red. Czajkowskiego. Nie chodzi o to, że jakość muzyki jest bardzo różna i często dyskusyjna. Chodzi o nasz mental. O przywiązanie, o sentyment do konkretnego nośnika. Każdy ma swoje zdanie i od niego zależy los tych wszystkich elektronicznych zabawek, które zdominowały nasz świat. Zmiany, jakich doświadczyliśmy przez ostatnią dekadę na pewno wpłynęły na rynek muzyczny. Na pewno determinują w dużej mierze to, co na niego trafia i w jakiej formie. Na pewno pokazują stopień zaangażowania zespołów, z których jedne proponują premiery na bandcampie (nowa moda) a inne w pocie czoła nadal tłuką kompakty, winyle a nawet kasety (nowa moda#2). Tak, tak – kasety. To ci dopiero rarytas.

W ten sposób dochodzimy do punktu wyjścia i konkluzji, że nic tak naprawdę nie jest pewne; mody powracają, stary sprzęt wyrzucany na śmieci okazuje się brylantem, iPhone4 jest gorszy niż iPhone 5 kupowane na wyprzedażach za bezcen tłocznie winyli osiągają dzisiaj astronomiczne ceny a fani muzyki… jak zwykle są podzieleni. Na hispterów i normalsów, na dziwaków z naręczami czarnych krążków i fanatyków walkmana.  I dzięki opatrzności za te wesołe czasy. Może jutro okaże się, że największym rarytasem zostanie magnetofon szpulowy?

Arek Lerch