PIOTR WELTROWSKI – Jesień rządzi się swoimi prawami.

Jeden z najbardziej kontrowersyjnych i wzbudzających skrajne opinie użytkowników wielu niegdyś tętniących życiem forów internetowych. Obecnie zapalony redaktor Noise Magazine i „kreator hipsterskich gustów” (to nie mój tekst – przyp. Brzoza) na stale aktywnej fejsbukowej stronie Są na świecie płyty, o których nie śniło się młodym klerykom. Oto Piotr Weltrowski i gadka o rzeczach ważnych oraz tych głupawych.

Czy Ty, Piotrze, uważasz siebie za osobę kształtującą gust tych 20000 obserwatorów Twojej fejsbukowej strony?

Nie sądzę, aby w dzisiejszych czasach było w ogóle możliwe kształtowanie gustów, przynajmniej w takim zakresie, jak robili to kiedyś ludzie piszący o muzyce. Dziś, kiedy dostęp do muzyki – każdej muzyki – jest powszechny, nie ma miejsca dla demiurgów kształtujących jakiś mityczny zbiorowy gust. Więc nie, nie sądzę, aby kształtował czyjeś gusta. Raczej – i to jak mam dobry dzień i mi akurat wyjdzie jakiś wpis czy tekst – widzę się jako kogoś, kto podaje ludziom narrację do muzyki, którą już znają, albo chociaż takiej, o której słyszeli. Być może pozwalam komuś spojrzeć na muzykę pod innym kątem, zrozumieć jakąś płytę – jeżeli tak się dzieję, to fajnie, że mogę w tym uczestniczyć. Jak nie, to zawsze można się pośmiać z moich drętwych żartów, albo po prostu ze mnie, nie przeszkadza mi to.

Dużo serca wkładasz w swoje wpisy/artykuły na Klerykach i w Noise? A może czasami czujesz się, jakbyś zwyczajnie, niczym rzemieślnik tworzył, bo wypada i głupio nie wspomnieć albo zbliża się deadline, więc czym prędzej trzeba sklecić coś na szybko, by naczelny nie krzyczał?

Na Kleryków zdarza mi się, całkiem często zresztą, wrzucać różne bzdury i napisać coś, choć w gruncie rzeczy nie mam nic do powiedzenia, bo jestem np. po 12 godzinach pracy i mam dość. Z tekstami dla Noise jest inaczej. To nie jest Internet, a ja mam w sobie dużo szacunku dla słowa pisanego i wydrukowanego. Wychodzę więc z założenia, że deadline jest zawsze umowny (śmiech). Łukasz Dunaj chyba już się pogodził z tym, że teksty ode mnie dostaje na 15 minut przed oddaniem do druku. Ale myślę, że rozumie, że lepiej dostać dobry tekst dwa dni po deadline, niż słaby tekst na tydzień przed terminem.

Jesień rządzi się swoimi prawami

Jesień rządzi się swoimi prawami

Ciekawa myśl. Uważasz, że dziennikarze (nie tylko muzyczni) zbyt bardzo dbają o terminy i punktualność, aniżeli faktyczny poziom swoich tekstów?

To chyba kwestia indywidualna. Są różni dziennikarze i różne sposoby pracy nad tekstem. Trudno mi się zresztą porównywać do ludzi, którzy żyją z pisania o muzyce, bo ja żyję z pisania, ale na inne tematy, a muzyką zajmuję się nie w pracy, a po pracy. Jest natomiast inna rzecz, która mnie strasznie irytuje u ludzi piszących o muzyce. Chodzi mi o pisanie o niej w sposób pozbawiony subiektywizmu, takie pseudo-obiektyne powtarzanie komunałów i obiegowych opinii poparte przepisywanie notek prasowych.

Z oczywistych względów nie poproszę o wskazanie konkretnych delikwentów, ale nasuwa mi się inna myśl. Nie sądzisz, że takowi dominują w tych popularniejszych i cieszących się większą poczytnością pismach?

Jestem śmiertelnym wrogiem wielkich kwantyfikatorów. Więc się z tobą nie zgodzę. Takie pisanie to zarówno domena ludzi pracujących w dużych i poczytnych magazynach, jak i amatorów redagujących sobie muzyczne blogi. Przy czym w obu tych światach trafiają się ludzie z doskonałym piórem i sercem do muzyki. A niektórzy łączą te dwa światy, jak np. Bartek Chaciński, chyba najlepszy z działających obecnie w Polsce dziennikarzy muzycznych – pisuje dla Polityki, pisuje też na swoim blogu. Zawsze pisze na poziomie.

A o Marii Konopnickiej co powiesz? W pracy: redaktor naczelny jednego z mazowieckich, lokalnych tygodników, a po pracy: znany już dobrze w metalowym światku bloger. Pomijając żartobliwe komentarze pod jej/jego wpisami, chyba nigdy nie pokusiłeś się o ocenę twórczości.

Lubię Kamila. Bo ja generalnie lubię ludzi z pasją. Lubię też ten jego chałupniczy styl pisania – to udawanie starego dobrego ziniacza w sieci. Niemniej trudno mi brać to jego pisanie na poważnie. Zbyt długo go znam i wiem, że potrafi pisać peany na temat rzeczy, które 10 lat temu mieszał z błotem, udowadniając, że nawet nie stały przy jakiejś trzeciej lidze bawarskiego power metalu. Traktuję jego bloga jako rodzaj reality show – relację na żywo z niekończącego się zrzucania klapek. Stąd zapewne moje ironiczne komentarze pod jego postami. Ironiczne, ale wcale nie złośliwe, bo ja mu w gruncie rzeczy kibicuję. Śmierć klapkom Marii (śmiech).

Powstało w Polsce trochę tych „zine-worship-blogów”. Maria stoi na szczycie i wyznacza trendy w gatunku, czy może jest ktoś lepszy?

Maria ma lekkie pióro i tym wygrywa, ale lepsze rozeznanie w sierści ma np. autor Ktokolwiek słyszał, ktokolwiek zna. Jest też cała masa dobrych fanpejdżów muzycznych, które wychodzą zdecydowanie dalej, gdzie metal pojawia się okazjonalnie. Są Trzy szóstki, jest bardzo fajny Rumuński Spektralizm, jest klasyczne, bardzo okopane w tradycyjnym dziennikarstwie 67 mil. Jest przynajmniej kilkanaście innych wartych polecenia stron. Szukajcie, a znajdziecie.

Wracając do Twojej twórczości – jesteś współautorem Spowiedzi Heretyka (wywiad-rzeka z Adamem „Nergalem” Darskim – przyp. Brzoza). Jak oceniasz tę książkę z perspektywy kilku lat od wydania? Jakich innych artystów postawiłbyś w ogniu swoich pytań celem zrobienia tak obszernej i złożonej rozmowy? A może napisałbyś biografię któregoś z nich?

Z książki, po latach, wciąż jestem zadowolony. To znaczy uważam, że spełniła swój cel i zarazem doskonale się sprzedała. Zresztą przetłumaczono ją już na kilka obcych języków, co też jest miarą sukcesu. Ale warto pamiętać, że to nie była książka pisana z myślą o fanach metalu i maniakach, których interesuje każdy niuans kariery, chodziło raczej o pokazanie człowieka – i tu Nergal okazał się wyjątkowo wdzięcznym obiektem. Czy chciałbym kolejnego muzyka podobnie przepytać? Miałem propozycję dotyczącą jednego, ale odmówiłem, nie chcę dwa razy wchodzić do tej samej rzeki. Jeżeli już, to wolałbym zrobić wywiad rzekę z kimś z zupełnie innego świata, z osobą o skrajnie odmiennych poglądach od moich. Na przykład z takim Terlikowskim (śmiech). Myślę, że to byłoby wyzwanie.

Czy wyszedł w tym roku jakiś album, który wyjątkowo ciebie zaskoczył? Nie chodzi mi o poziom, lecz o ten efekt zaskoczenia. Wiesz, oczy wylatujące z orbit, usta szeroko otwarte (śmiech).

Powiedzmy, że ciężko mnie zaskoczyć, bo jestem już dość leciwy i raczej zblazowany, ale na pewno zaskoczył mnie Bowie swoją ostatnią płytą. Wiesz, masz gościa, który od wieków zaskakuje, ale nawet mimo tego nie spodziewasz się, że dostaniesz aż tak wspaniałą płytę, a jeszcze kilka dni po premierze dostajesz pełen kontekst, z którego wynika, że to świadomy, artystyczny autoportret człowieka, który żegna się w ten sposób ze światem. Coś niewyobrażalnego i nie do powtórzenia. Z zupełnie innej strony, tak bardziej prozaicznie, zaskoczyło mnie szwedzkie Witchcraft, bo postawiłem na nich krzyżyk po poprzedniej płycie, a oni nagrali chyba swój najlepszy album i wrócili w takim stylu, że faktycznie mi gały wywaliło. Ostatnio zaskoczyło mnie hip-hopowe Clipping. – strasznie pojechali po bandzie, bo nagrali coś w rodzaju hip-hopowej space opery, gdzie upchali też masę ambientu, noise czy gospel. I to się trzyma kupy, przy tym jest naprawdę mocno transgresywne muzycznie. Przy kilku fragmentach tej płyty też zaliczyłem opad szczeny. No i zaskoczyło mnie kilka koncertów. Po raz któryś już totalnie zmielił mi mózg Merkabah, na którego nową płytę bardzo czekam, podobnie zmasakrowało mnie na żywo Lotto (zresztą ich ostatnia płyta jest FENOMENALNA). No i jeszcze Lonker See – ci nagrali świetny album, ale to, co zaczęli grać już kilka miesięcy po jego nagraniu, nowe numery, to… tak, to był totalny kosmos.

A nowy Cave w końcu siadł, czy dalej rozczarowanie?

Nie chcę tej płyty oceniać w takich kategoriach. Mam wrażenie, że ktoś zrobił Cave’owi krzywdę namawiając go – być może w dobrej wierze – do tak szybkiego – praktycznie od razu po tragicznej śmierci syna – nagrania tego krążka i jeszcze zrobienia z tego filmu. Rozumiem, że to jest forma terapii, ale też nie za bardzo mam ochotę cieszyć się piosenkami, które ktoś nagrywa, aby zagłuszyć ból. Poczekam na jego kolejny krążek.kleryk-2

A teraz wracamy do metalu. Dobra, nie do końca: dlaczego „Square Hammer” tfu, a reszta ep-ki Popestar formacji Ghost mniam?

Nie powinieneś brać na poważnie internetowych przekomarzanek. Ale faktycznie, większość coverów robi mi bardziej niż nowy autorski numer Ghost. Po prostu wolę, jak ten zespół idzie w kierunku takiego szlachetnego AOR w klimatach Blue Oyster Cult, a nie jak zbliża się do dość topornego heavy metalu. No i w coverach jest mniej tego metalu.

Wyżej wspominałeś, że wyzwaniem byłby dla ciebie wywiad-rzeka z Terlikowskim. A jakie inne wyzwania na drodze dziennikarstwa muzycznego stawia przed sobą Piotr Weltrowski?

Powiem ci szczerze, że staram się głównie bawić pisząc o muzyce, bo wyzwań mam aż nazbyt wiele w normalnej pracy, dzięki której mogę sobie te wszystkie płyty kupować i biegać na koncerty.

Arachnophobia wydaje wznowienie „Vae Victis” Twojego byłego projektu December’s Fire. Krzysztof Słyż mówił, że długo trzeba było ciebie namawiać. Co zadecydowało o twoim przełamaniu się i udzieleniu zgody na remastering?

Szczerze? Marudzenie Krzyśka (śmiech). Ja nie miałem i nie mam przekonania, że to pozycja, której należy się reedycja. Zresztą już wcześniej odrzuciłem kilka podobnych propozycji, ale Kyniu chodził za mną, podpytywał, zachęcał – nie to, że jakoś natarczywie, nie na kolanach, raczej tak miło, z serduchem na dłoni – i w końcu skapitulowałem. Chce wydać? Niech wyda.

Czyli, jak rozumiem, gdybyś mógł powrócić do lat 90., to już tego krążka byś nie wydał?

Ależ nie, wydałbym, zrobiłbym też większość głupich rzeczy, które wtedy zrobiłem. Na tym polega cała zabawa i bycie młodym.

Jak oceniłbyś ten album, gdyby w DZISIEJSZYCH czasach wydał go inny artysta?

Żaden ARTYSTA by takiego gówna nie wydał (śmiech). A tak serio, to strasznie śmieszą mnie ludzie – a choroba ta dotyka wielu takich, którzy sobie tam 20 lat temu coś muzykowali i teraz nagle odkrywają, że jest sto osób, którym się to podobało – którzy starają się przekonywać wszystkich, że ich demo z 94, trzy numery nagrane na jamnika u ciotki w piwnicy, to był jakiś niebotyczny strzał i w zasadzie to gdyby nie fakt, że urodzili się w Polsce, to byliby dziś co najmniej jak Morbid Angel… Te wszystkie stare demówki, płyty, to wszystko ma swój klimat, ale na tej samej zasadzie, jak klimat mają eksponaty w muzeum. I ja tak traktuję swoje muzyczne dzieci sprzed dwóch dekad. Wiesz, byłem trzy lata temu w dawnym Helvete w Oslo, tam dziś nadal jest zajebisty sklep płytowy i muzeum black metalu zarazem. I to naprawdę miłe, że wśród eksponatów znalazłem też swoją demówkę. Fajnie – pomyślałem – wszystko jest na swoim miejscu. W muzeum.

Dobrze, Piotrze – jaki jest absolutnie największy hicior roku 2016 i dlaczego akurat Blackstar (śmiech)?

„Blackstar” to oczywiście wspaniała piosenka, ale jakbym miał wybrać jakąś, która mi naprawdę wybiła zęby w tym roku, to bym wybrał albo „Beginning” z ostatniego krążka New Model Army, albo też numer tytułowy z płyty „Las” zespołu Kristen. Choć to może kwestia tego, że gadamy jesienią, a jesień rządzi się swoimi prawami.

Rozmawiał Łukasz Brzozowski

Zdjęcia: archiwum Piotra Weltrowskiego