ONE ZMIENIŁY NASZE ŻYCIE – odcinek III  „Nie taki thrash sthrashny”

Jest coś żenującego w wychwalaniu papierowych zinów na łamach internetowego portalu muzycznego. Wierzę jednak, że matuzalemowy wiek i wrośnięta w osobowość poza oldschoolowca mogą usprawiedliwić wypisywanie różnych głupot w ramach osobistych refleksji.

Dzisiejsze podziemie mocno się przewartościowało i nie stanowi już raczej punktu wybicia w kierunku dalszego rozwoju ani też sita odcedzającego zjawiska wartościowe od wtórnych, nieciekawych kapel. Naturalną koleją rzeczy prasa podziemna (…no, bądźmy sprawiedliwi – większa jej część) również objęła kurs defensywny wobec zmieniającego się świata, osadzając się tam, gdzie skończył tape-trading, czyli na pozycji zaklinacza rzeczywistości. Współczesny edytor zina przypomina często krzyżówkę Amisza z chorym na wściekliznę szopem praczem i czasem aż trudno uwierzyć, że takie klejone, kserowane zeszyciki były kiedyś najlepszym źródłem informacji o znakomitych zespołach pomijanych przez główny nurt. Tak, bardzo lubię ziny, chętnie wracam do tych z osobistych zbiorów i w miarę możliwości (oraz mimo zastrzeżeń) przeglądam te, które wychodzą obecnie. Dobry pismak zawsze znajdzie jeszcze jeden świetny zespół, a którym nie przeczytasz na forum.

Bodaj pierwszym (przyjmijmy że na pewno, choć pamięć mogła mnie zawieść…) zinem, jaki własnoręcznie zakupiłem był drugi numer „Sthrashna Thrashka’zine”. Co ciekawe, nabyłem go w sklepie muzycznym prowadzonym przez pewnego dość znanego wówczas tu i ówdzie muzyka, brata swojej dużo bardziej, dużo szerzej i po dziś dzień znanej siostry… takie historie, ha! Ochłońmy po tej dawce adrenaliny i przekartkujmy ten cenny artefakt polskiego undergroundu. Dzieło Piotrka Popiela i współpracowników aspirowało chyba do miana magazynu, o czym świadczy nie tylko prężący się z okładki Litza, wówczas jeszcze gitarzysta Acid Drinkers. W środku, obok typowo podziemnych nazw, na równych prawach funkcjonowały wywiady z tzw. „gwiazdami”. Znany skądinąd i do dziś czynny dziennikarsko Paweł Domino (uszanowanie!) odpytał za kulisami koncertów Dave’a Lombardo, Tompę Lindberga, Johnny’ego Hedlunda i kilku innych, mniej lub bardziej wygadanych osobników… I fajnie, ale najciekawsze są jednak wywiady z zespołami undergroundowymi i edytorami zinów. Z perspektywy czasu czyta się to doprawdy przezabawnie. Cezar z Christ Agony opowiada, że tylko ciemność doprowadzi do światła. Marcin z „Mutilated’zine” lubi po szkole wyskoczyć na towarki, a potem wrócić do domu i do nocy pisać listy. Peter cieszy się, że Vader opuścił Earache Records i nie może się doczekać, aż „De Profundis” wypuści inna, lepsza wytwórnia (ten wywiad już wówczas był mocno przeterminowany). Lider Cryptic Tales niespecjalnie lubi black metal, bo większość kapel brzmi tak samo. Poza elementami folklorystycznymi są też teksty znakomite, jak wywiad z edytorem „Cursed’zine” czy Szymonem z Tenebris. Plus, oczywiście, moc recenzji wydawnictw oficjalnych i podziemnych. Jak to w zinach.

„Sthrashna Thrashka” miała swój charakter. Można się czepiać tego rozdarcia między sceną oficjalną a podziemną i raczkujących aspiracji do bycia profesjonalnym magazynem, ale nie rzutuje to jakoś szczególnie na odbiór całości. Mocnym punktem jest natomiast skrajnie subiektywne podejście do doboru zespołów. Wokół szalał black metal, który na stronach tego zina jest właściwie nieobecny, z wyjątkiem wspomnianego Christ Agony. Piotrek Popiel ewidentnie skłaniał się ku „klimatycznym” odmianom metalu, całkiem wtedy popularnym, i ku zespołom thrashowym, a te z kolei łatwego życia nie miały. I takie właśnie powinny być ziny – warto o tym pamiętać zwłaszcza dziś, gdy edytorzy skupiają się na przeskakiwaniu się nawzajem w wyścigu o to, kto bardziej kocha i wspiera podziemie, a łamy ich pism wypełniają wywiady przeprowadzane z sobą nawzajem i rozmowy z pięcioma-sześcioma „obowiązkowymi” zespołami. Wszystko to w manierze poklepywania się po plecach i szlochania za przeszłością. „Sthrashna” wypada z perspektywy czasu – i tamtego, i obecnego – bardzo nonkonformistycznie i wyraziście, i to mimo nieobecności pasów z nabojami na marginesach.

Jeśli nawet dziś wiele rzeczy wygląda pociesznie, to w 1997 praktycznie nauczyłem się „Sthrashnej Thrashki” na pamięć i z wypiekami na gładkich jeszcze licach rozpocząłem zagrzebywanie się w metalowym podziemiu, wcześniej znanym mi z okazjonalnych publikacji w prasie oficjalnej. A potem było już z górki.

Bartosz Cieślak