MUZYKA NIE – NASZYCH CZASÓW

We współczesnym świecie ogarniętym konsumpcyjnym szaleństwem również muzyka została sprowadzona praktycznie do tej samej rangi, co wylewające się z hipermarketowych półek produkty. Chcemy mieć do wszystkiego łatwy i niczym nieograniczony dostęp. Jakość schodzi na dalszy plan. Liczą się tylko kolejne gigabajty, którymi pęcznieją twarde dyski naszych supernowoczesnych komputerów. Zadziwiające jest to, że w tak niesprzyjających ambitnej sztuce (również muzyce) okolicznościach, co jakiś czasu pojawiają się płyty, o których powiedzieć można, że nie pasują do tej bajki…

 

Mądre głowy orzekły, że nagrywanie tradycyjnych płyt straciło już sens. Podobno duża liczba odbiorców muzyki nie jest w stanie jednorazowo przesłuchać czterdziestu minut dźwięków a przecież tyle przeciętnie trwa pełno-wymiarowy LP. Jeśli już słuchamy, to najczęściej robimy to wyrywkowo, szybko i przy okazji. Autobus. Tramwaj. Metro. W XXI-wieku tak wyglądają miejsca, w których kontemplujemy i przeżywamy muzykę. Mimo to, jakby na przekór światu pędzącemu na złamanie karku, przeciw tej czasem obezwładniającej ofensywie pseudokulturalnego fast-foodu ciągle istnieją (pojawiają się nowe) zespoły, które są w stanie zmusić świat, by wyhamował. W ostatnim czasie zdarzyło mi się to co najmniej kilka razy. Chcąc nie chcąc, po prostu musiałem odłożyć inne sprawy na później i kilka wieczorów poświęcić na swoisty rytuał, nauczyć się na nowo tylko słuchać. Fotel. Słuchawki. Ulubiony drink. Otoczka, mimo tego, że jest jedynie dodatkiem, także jest ważna. Zatopić się w „Yellow&Green” z poczuciem skupienia na dźwięku, chłonąć każdy akord, smakować rozpływające się na wielu płaszczyznach riffy… Bezcenne. Jednak, by w pełni móc przeżywać muzykę, potrzebne nam będą jeszcze dźwięki z najwyższej półki do, której hipermarketowa ciżba najczęściej nie dosięga. Dźwięki oraz odwaga, by pokazać światu, terminom, telefonom wyprostowany palec i tylko słuchać… a z głośników niech płyną „Oro: Opus Primum”, „This Time It’s Personal”…

Jedną z takich wybijających z reżimowego rytmu płyt jest właśnie wspomniany już wyżej album p.t. „Yellow&Green”. Porażająca porcja muzyki, którą można chłonąć niczym przed laty, gdy fani psychodelicznego rocka zatapiali się na długie godziny w pokręconych, muzycznych wizjach Grateful Dead czy Iron Butterfly. Oprócz wartości czysto muzycznej album ten ma dla mnie o wiele większe znaczenie. Twórcy tych dźwięków pokazują, że czasami warto po prostu stanąć i pogrążyć się we własnych myślach. Pozwolić światu płynąć gdzieś obok i zatopić się w swoim, wewnętrznym rytmie…

Nie mam złudzeń i wiem, że nawet czytając te słowa niewiele osób dotrze do końca. Bo jakże to tak, niby jest o muzyce, ale tak naprawdę odszedłem od niej już dość daleko. Nawet (pewnie złośliwie…) nie podałem konkretnych nazw zespołów, którymi można by „poszpanować” przed „kolegami” na forum… Jednak mam także taką cichą nadzieję, że – mimo wszystko – w swoim, na nowo odkrytym świecie przeżywania muzyki nie jestem sam. Skoro są Twórcy, muszą też znaleźć się Odbiorcy, szukający czegoś więcej, ale też potrafiący dać coś od siebie…

 Wiesław Czajkowski