MUZYCZNA MAPA – Wyziewy z krainy Canarinhos cz. 1

Niedocenienie: czy nie jest to największe przekleństwo w świecie sztuki szeroko pojętej? Z przyczyn oczywistych daruję sobie przytaczanie monumentalnych fresków, rzeźb, albo wzbogaconych wielorakimi ornamentami malowideł. Z chęcią za to pogadam o metalu, bom prosty chłopak z Krainy Tysiąca Jezior. Łatwo dostrzec, jakie rejony na naszej planecie cieszą się największą estymą i wzięciem wśród metalowej braci. Anglicy zawsze będą kochani. Oni to wszystko wymyślili. Amerykanie zagrali już multum rzeczy, a dalej wymieniani są jednym tchem pośród najlepszych. Szwedzi posiadają prawdopodobnie najpotężniejszą, death metalową scenę świata, Norwegowie black metalową, a Niemcy – mimo niezaprzeczalnej groteskowości – thrashową i power metalową. A co z Brazylią? Ok, każdy kuc, niezaznajomiony z etykietą, możliwościami mydła, szamponu oraz sztućców kojarzy Sepulturę. Ale obdarta z całego swojego etosu i pierwotnej magii Sepultura to jedynie drobna cząstka wyziewów z krainy Canarinhos.

A owa stanowiła siedlisko metalu najbrutalniejszego, chorobliwie plugawego i nieskażonego żadnymi toksycznymi trendami. Zdaję sobie sprawę, jak pretensjonalnie mogą brzmieć te słowa, lecz średnio przykładam do tego wagę. Prawdopodobnie tak, jak protoplaści południowo-amerykańskiego podziemia – Vulcano. Ci nieokrzesani – naówczas – młodzieńcy kuli istny rój chaotycznych dźwięków już od roku 1981! A zaczęli z pełnej pary, z nogą zaciśniętą na gazie. Debiutancki krążek tychże, „Bloody Vengeance”, już od szybkiego spojrzenia na okładkę zwiastuje piekło w pełnej tego słowa krasie. Mordercze tempa, wielokrotnie gubiony rytm i odrażająco zezwierzęciałe wokale złożyły się na 23 (!) minuty beztrosko niszczącej wszystko na swojej drodze łupaniny, która po dziś dzień figuruje niezwykle wysoko w annałach brazylijskiej sieczki. Zniżka formy nie ominęła niepokornych bluźnierców. Trzeci długograj, „Who Are the True”, rozczarował niskim poziomem kompozycji i transformacją stylistyczną hołdującą bardziej garażowemu rockowi, niźli metalowi o czarciej dynamice. Później wydali jeszcze „Ratrace” i w blasku pochodni (wiecie, tylko one świecą w podziemnych jaskiniach) zeszli ze sceny, by w 2004 nań wrócić z przyjemnym „Tales from the Black Book” i łoić ku chwale Rogatego po dziś dzień.vulcano

Nieco smutniejszy los spotkał absolutnych mistrzów bezpardonowej mieszanki black/thrash/death metalu – Sarcofago. Ci dżentelmeni także w tańcu się nie pieprzyli. Otwierające wrota piekieł „INRI” nie dość, że pionierskie w black metalu, to na dodatek okropnie kruszące wszystko w swoim zasięgu po dziś dzień. Wagner z kumplami spłodzili sowitą porcję nieludzko piorunujących melodii. Klasyki pokroju „Satanic Lust” tudzież „Ready to Fuck” dalej stanowią dosadny cios obuchem między oczy młodocianych adeptów undergroundu. Dwa lata później przyłożyli dojrzalszym, rozbudowanym „Rotting”, by następnie zaskoczyć wszystkich eklektycznym, melodyjnym „The Laws of Scourge”, na fali którego trafili nawet do „Headbangers Ball”, gdzie Vanessa Warwick przepytywała wyraźnie nieśmiałego, dukającego łamaną angielszczyzną Antichrista. W 1994 panowie spłodzili czysto deathmetalowe „Hate”, a na pożegnanie wyjałowione „Worst”. Sarcofago nie istnieje już od 16 lat, a Wagner wiedzie spokojny żywot jako wykładowca na jednym z uniwersytetów w Belo Horizonte.sarcofago

Ich mili koleżkowie z hordy o nazwie Attomica po wielu perturbacjach trzymają się na scenie po dziś dzień. Zaczęli nieopatrzonym nazwą krążkiem gromiącym wszelkie gatunkowe konwenanse, gdzie wartką rzeką spowitej samymi bezeceństwami smoły swobodnie przepływał morderczy thrash, nieco naiwny black metal pierwszej fali, a gdzieś w tle blastował sobie sążnisty death metal. Jakież musiał wywoływać zdziwienie następujący po nim „Limits of Insanity”. Materiał okraszony wpływami Metalliki, dosyć toporny, momentami uderzający w techniczne terytoria. A na dokładkę opatulony wokalami brzmiącymi jak wyjątkowo nieudolna kopia Kinga Diamonda. Na całe szczęście, w przeciągu kilku lat panowie zdążyli wyhodować do szpiku kości brutalny „Disturbing the Nooise”, który może obdarty z blackowej ornamentyki, aczkolwiek szybki, dynamiczny, napędzany skocznymi zagrywkami i zwyczajnie gniewny. Taki, jaki thrash powinien być. W kontekście całej dyskografii aż głupio wspominać o wydanym cztery wiosny temu „IV”. Brzmiącemu jak „thrash metal songs generator”.attomica

Tak, to właśnie wyżej wymienione formacje – w opinii niżej podpisanego – gromiły najlepiej pośród całej zgrai brazylijskich wyrobników. Głupio zapominać oczywiście o plującym jadem na lewo i prawo Holocausto, obskurnym do szpiku kości Exterminator, przepięknie smagających Mutilator do kompletu z Korzus lub też wyjątkowo perwersyjnym Sextrash. Cały ten wywód stanowi dosłownie garstkę nieopisanej ohydy i brzydoty sceny brazylijskiej. Zatem – w dobie internetu i powszechnego dostępu do muzyki – w te pędy radzę nakładać słuchawki i chłonąć morze kultu. Ugh!

Łukasz Brzozowski