MOONLIGHT – Kalpa Taru (Metal Mind Productions)

Komentując z redakcyjnym kolegą albumy ukazujące się w ramach retro-cyklu, ten (kolega) swoim zwyczajem, wyśmiewając się z moich muzycznych upodobań, rzucił: a może zrecenzujesz „Kalpa Taru”? Pomysł niedorzeczny, zważywszy na rzeczowo-męski przekrój dotychczas prezentowanych tu wydawnictw i niekwestionowane (?) przeterminowanie gotyckiego metalu. Zwykło się mówić, że muzyka broni się tym, jak się starzeje, bo przecież lepiej obcować z albumem ponadczasowym, niż przelotną ciekawostką. „Kalpa Taru” przekracza doraźność, nie zawierając muzyki ponadczasowej i „uniwersalnych i dziś treści”. Po prostu jest cały czas ze mną od dwudziestu lat i to jest ważne.

Debiut szczecińskiego Moonlight jest wydawnictwem wyjątkowym, z czym muszę się zgodzić (ekhm…). Wydany na początku drugiej połowy lat 90, gdzie różne nurty muzyki metalowej i około metalowej lubiły mieszać się czasami w sposób bardzo dosłowny, gdy zacne metalowe bandy zrzucały z siebie żelastwo zachłystując się swoją lekkością, Depeche Mode i Sisters Of Mercy, Moonlight wydawał się nie mieć tak skonkretyzowanego pomysłu na siebie, będąc na etapie wydawania swojego długogrającego debiutu. Na tak konsekwentny eksperyment było za wcześnie, ale w tych eklektycznych czasach (a które nie są?) paradoksalnie, wpisał się w progresywno-awangardowy ruch, grając tak, jakby nie mógł zdecydować się do końca co i jak. Choć na pierwszy plan przebijał się wyraźnie gotyk niesiony niemierzalną popularnością Artrosis, zespół lubił popsuć wszystkim zabawę jakimś wyłamującym się z konwencji fragmentem.

Moonlight

Dla mnie kluczem do zrozumienia wielkości debiutu Moonlight była swoista bezwstydność twórcza i wykonawcza jej muzyków. Żaden z nich nie ukrywał na „Kalpa Taru” swoich fascynacji muzycznych. Andrzej Kutys wpatrzony w gitary rytmiczne na „Czarnym Albumie” Metalliki, Paweł Gotłas aspirujący do pozycji Pilichowskiego czy ukrywający jazzowe patenty Tomasz Wieczorek – wszyscy oni jakimś cudem nie sabotowali klasycznych i gotyckich podkładów klawiszowych Daniela Potasza. Dzięki wypadkowej tych talentów i ostentacyjności w ich okazywaniu powstał album bardzo różnorodny i wielobarwny z dominantą „bólu istnienia” (bo rolą poety jest cierpieć). Końcowy, ekstatyczny fragment „Mszy” czy średniowieczny wręcz „Belibaste” pokazują twórczą odwagę zespołu w eksploracji nietypowych dla gatunku aranżacji. Zespół żongluje stylistykami (thrash, muzyka dawna, rytmiczny funk) i nawet jeśli zdarza mu się wziąć naraz za dużo piłeczek, to porażka jest przynajmniej spektakularna.Z sentymentem...

Rozprawiam się wciąż z wykonaniami wokalnymi Mai Konarskiej, nie mogąc zdobyć się na ostateczny osąd co do ich jakości. Poczytuję to za wartość, nad istnieniem której mogę deliberować przez kolejne dwadzieścia lat. Dzisiaj jednak uznaję pewne niedoskonałości wokalne Konarskiej za atut. Jakby nie zważając na własne ograniczenia wokalne, mocno otwiera się na interpretację tekstu, ubierając go w ciekawe melodie. Raz efekt jest dyskusyjny („Zbrodnia i kara”), innym razem nabieram przekonania, że tylko Maja mogła wykrzesać z danego fragmentu odpowiednią emocjonalność („Exstaza milczenia”, „Cisza przed burzą”) – delikatną i jednocześnie przejmującą. Pretensjonalne miejscami teksty rażą infantylnością albo lekko wydumanym finałem („Jak ryby”), ale gdy jest mi niewesoło, znajduję w ich wzniosłości jakieś przyjemne obrazoburstwo („Boże, zabrałeś ją (…) ty po prostu lubisz to”). Uszy mówią pas, gdy słyszę zaśpiewy w stylu Anji Orthodox („Zmierzch”) albo drobny fałsz w skądinąd pięknej, lekko jazzującej linii wokalnej („Msza”). Wiem jednak, że obcuję z istotą żywą, omylną, a przez to bardziej interesującą, niż idealnie ustawione panny na auto-tune.M live

„Kalpa Taru” nie zestarzał się, bo już wtedy trącił myszką. Obfity pogłos, nieco plastikowe brzmienia klawiszy i echa popularności Closterkeller – wydawało mi się, że w przeddzień wydania „One Second” Paradise Lost tego rodzaju zabiegi były wyrazem braku orientacji w terenie. Bez względu jednak na rzeczywiste intencje twórców albumu, Moonlight dał temu niewrażliwemu światu kilka wielkiej urody piosenek. A że ten „się pomylił”, jak śpiewa pewna utalentowana polska wokalistka i nie docenił należycie tej płyty…

Kuba Kolan

Zdjęcia: materiały archiwalne