MATEUSZ TORZECKI – Okładka to wyzwanie

Okładki potrafią bawić, potrafią straszyć, wywoływać zachwyt, a także obrzydzenie. Chociaż zazwyczaj stoją w cieniu, są ważną częścią każdego albumu. Czy mogą być narzędziem buntu? Jaki wpływ ma na nie XX-wieczne malarstwo? Jaki jest klucz do zrobienia kultowej okładki? Na te i kilka innych pytań odpowiada Mateusz Torzecki, autor wydanej w roku ubiegłym książki pt. „Okładki płyt. Rzecz o wizualnym uniwersum albumów muzycznych”.

Często zdarza ci się kupić album tylko ze względu na okładkę?

Tylko w przypadku, kiedy okładka jest naprawdę ciekawa i inspirująca. Wiem jednak, że dzisiaj już mało kto działa w podobny sposób. Dzięki portalom streamingowym czy YouTube muzykę można sprawdzić w zasadzie nawet w sklepie, tuż przed kupnem, więc niewiele osób ryzykuje. Mnie również kilka lat temu zdarzało się to częściej.

W książce pisałeś o funkcji reklamowej okładki. Czy ona – właśnie przez to, że dziś każdy może sobie płytę przed kupnem sprawdzić – nie traci na znaczeniu?

To nie jest tak, że funkcje, o których pisałem, zostały nadane i nie mają prawa ewoluować. Myślę, że funkcja reklamowa jest dziś nawet ważniejsza niż kiedyś. Obecnie okładka jako projekt musi iść trochę dalej. Przedstawienie wizualne, które widzimy na okładce, musi zaistnieć w przestrzeni portalu społecznościowego, reklamy internetowej, a także – co dotyczy głównie wielkich gwiazd, w przestrzeni miejskiej np. na bilbordach, plakatach etc . Pojawia się pytanie, w jaki sposób przedstawić okładkę, aby ten album sprzedać, w jaki sposób zainteresować odbiorcę. W tym roku zespół Pet Shop Boys, za którym prywatnie nie przepadam, wydał album „Super”, na którym Mark Farrow zaprojektował zwykłą kropkę z napisem tytułowym, i ta kropka pojawiła się w kilku wybranych metropoliach. Tak naprawdę początkowo nikt nie wiedział, o co chodzi. Tutaj pojawia się kolejne wyzwanie dla artystów – aby zaintrygować odbiorcę nawet przed premierą albumu. Zwykły przechodzień, który w życiu nie słyszał o Pet Shop Boys mógł się takim billboardem zainteresować i następnie kupić płytę. Twórcy okładek mają więc naprawdę trudne zadanie. Być może nawet trudniejsze niż jeszcze dekadę, czy dwie dekady temu?screenhunter_2493-sep-20-14-22

Okładki lądują też na koszulkach, bluzach, kubkach…

Muzycy chętnie tworzą różnego rodzaju gadżety, ponieważ zarabiają głównie na koncertach, a podczas koncertów mogą je sprzedać. Zdarzały się jednak okładki, po których nikt się nie spodziewał, że mogą odnieść sukces – chociażby słynne „Unknown Pleasures”. Tworząc tę okładkę nikt nie oczekiwał, że stanie się ona bardzo popularnym wzorem na t-shircie, a dzisiaj w każdym większym mieście idąc ulicą można spotkać młodego człowieka w koszulce z Joy Division. Ale takich przykładów jest więcej – „British Steel” Judas Priest, czy „Born Again” Black Sabbath, która jest tak brzydka, że aż fantastyczna.

Z czego wynika fakt, że okładki płyt muzycznych są tak ważną częścią całego konceptu, a okładki książek, czy plakaty filmowe w mniejszym stopniu?

Mogę z tym stwierdzeniem zgodzić się tylko po części. Okładki płyt są najmłodsze. Okładki książek i plakaty filmowe istnieją na rynku znacznie dłużej i też mają znaczenie. Weźmy na przykład S.Neila Fujitę, który zaprojektował obwoluty do „Ojca Chrzestnego”, czy „Z zimną krwią”. Coppola był tak zachwycony jego pracą, że trafiła ona później na wszystkie plakaty filmowe przy okazji premiery „Ojca Chrzestnego” liternictwo z okładki jest powtarzane po dzień dzisiejszy praktycznie na każdym kolejnym wydaniu DVD czy BR. Podobnie w przypadku okładki „Psychozy” Roberta Blocha, której autorem był Tony Palladino – obwoluta ta wyznaczyła trend na lata dla wielu książkowych thrillerów. Wydaje mi się, że dopiero teraz, kiedy okładki płyt w formie fizycznej często są nam „odbierane” tj. upraszczane do małego kwadratu na ekranie smartfona, okładki zyskują należytą uwagę i przez to może pojawić się mylne wrażenie, że obwoluty książek czy filmów są mniej istotne.

Ale nie wyobrażam sobie sytuacji, w której „Unknown Pleasures” wychodzi we wznowieniu z zupełnie inną okładką, a weźmy przykład pierwszy z brzegu – „Przygody Dobrego Wojaka Szwejka” są dostępne na polskim rynku z przynajmniej pięcioma różnymi okładkami.

Jasne, w przypadku albumów muzycznych to zjawisko nie jest tak powszechne, ale też się zdarza. Np. „British Steel”, o którym wspominałem. Wydanie na 30. rocznicę ukazania się krążka jest znacznie zmienione – żyletka jest zakrwawiona, co wypacza zamysł profesora Szaybo –autora projektu. Kraftwerk wznawiając swoje albumy wymienił okładki kompletnie. Moim zdaniem na lepsze, bo zostały one uproszczone i lepiej oddają charakter muzyki.screenhunter_2492-sep-20-14-21

Okładki, które tworzono z myślą o winylach są twoim zdaniem ciekawsze i lepsze? One dawały na pewno więcej przestrzeni.

Musimy spojrzeć na to, w jaki sposób projektowanie okładek się zmieniało. Zaczęło się od Alexa Steinweissa, który w latach 40. wymyślił coś takiego jak okładka płyty. Jeśli popatrzymy potem na lata 50. i 60. to zauważymy, że rozwój był bardzo szybki. Czy one były lepsze? W każdej dekadzie okładki były inne; dostosowane do muzyki i mody, która akurat była popularna lub zyskiwała na popularności. Mogę zaryzykować twierdzenie, że od połowy lat 70. okładki były coraz bardziej przemyślane. Wtedy tworzyli już artyści, dla których projektowanie okładek stało się jedynym zajęciem. Zajmowali się tylko tą dziedziną sztuki i mieli własny, rozpoznawalny styl. Mniej więcej od tego momentu zaczęto też okładki traktować poważnie.

W jednym z wywiadów stwierdziłeś, że praca nad książką pozwoliła zrozumieć XX-wieczne malarstwo. W jaki sposób?

Nie ma stylu malarskiego, który nie znalazłby swojego odzwierciedlenia na okładkach płyt. Na przykład Storm Torgherson, który współpracował m.in. z Pink Floyd był totalnie zafascynowany malarstwem Rene Magritte’a i w jego twórczości widzimy kilka niemalże plagiatów dzieł tego belgijskiego surrealisty. Weźmy też debiut The Stone Roses – to oczywiste nawiązanie do Jacksona Pollocka. I to nie jest tak, że te inspiracje przemijają. W tym roku miała premierę płyta Milesa Davisa z Robertem Glasperem, gdzie okładka i wszystkie materiały promocyjne nawiązywały do twórczości Jean Micheala Basquiata. Inna sprawa, że najwięksi też tworzyli okładki, chociażby Andy Warhol czy Damien Hirst, który zaprojektował obwolutę do „I’m With You” Red Hot Chilli Peppers.  Okładka dla współczesnego artysty jest bardzo atrakcyjnym medium. Gdy pokażą swoje dzieło sztuki, zamykają je w galerii, a kiedy zamykają je w galerii, zobaczą je tylko nieliczni. Kiedy więc taki Damien Hirst robi okładkę dla Red Hot Chilli Peppers, ma świadomość, że dzieło trafi do domów, powiedzmy, 2 milionów ludzi, a przynajmniej drugie tyle natknie się na nie w Internecie. Darmowa reklama, nawet jeżeli większość osób nie będzie wiedziała, że to on jest autorem tej okładki. Tak więc okładka jako medium pozwala często projektantowi dotrzeć do ogromnej grupy ludzi. Dla zespołu zaś zatrudnienie znanego artysty jest nobilitujące.

Okładka to wyzwanie

Okładka to wyzwanie

Może też wbić się dzięki niej do kanonu popkultury. Napisałeś w książce, że powodzenie okładki do „Unknown Pleasures” wynika z faktu, iż można ją dowolnie interpretować. Zastanawiam się, czy właśnie to nie jest klucz do zrobienie kultowej obwoluty. Banan Warhola na debiutanckim albumie The Velvet Underground, czy „Abbey Road” również pozostawiają spore pole do interpretacji.

Nie pozostaje mi nic innego jak tylko się zgodzić. Sygnał pulsaru na okładce „Unknown Pleasures” jest na tyle uniwersalny i pozostawia tyle pola dla wyobraźni, że może zaciekawić nawet człowieka, który na co dzień nie słucha tego rodzaju muzyki. Oryginał był wydrukowany specjalnym teksturowanym papierze o lekko chropowatej fakturze. Na wydanych w ubiegłym roku wznowieniach powrócono do tego konceptu. Sam sygnał pulsaru zajmuje tam niewielką przestrzeń na samym środku – to na tyle minimalistyczny projekt, że broni się cały czas i nawet za 30, albo 40 lat on nadal będzie wyglądał dobrze i na winylu, i na CD, i na komputerze. To naprawdę trudna sztuka, bo na przykład okładka „Sierżanta Pieprza” Beatlesów, chociaż jest fantastyczna, zupełnie nie broni się w dzisiejszych czasach. Nie łatwo jest stworzyć taką pracę, która przetrwa wszystkie zmiany nośników i cyfryzację.

Okładka do „Unknown Pleasures” wyglądałaby dobrze nawet na kasecie.

Otóż to. Można ją kadrować na różne sposoby, a i tak nie zmieni swojego charakteru. Przerażające jest tylko to, na jakiej liczbie wszelkiej maści gadżetów ten symbol był już powtarzany. Doszło do tego, ponieważ zdjęcie z Encyklopedii Astronomii można replikować dowolnie, nie ma praktycznie praw autorskich. Jestem ciekaw ile osób, które taki gadżet posiada, wie naprawdę, skąd on się wziął.screenhunter_2489-sep-20-14-12

Myśli pan, że okładki miały jakiś wpływ na przemiany społeczne w USA w latach 60.? W książce wspominasz o czarnoskórych jazzmanach.

To bardzo złożony temat. Spójrzmy na przykład kiedy po raz pierwszy czarnoskóra aktorka otrzymała Oscara za pierwszoplanową rolę – była to Halle Berry w roku 2002. Niektóre rzeczy na okładkach widać, one niejednokrotnie były nacechowane ideologicznie. Trzymając się walki o równouprawnienie osób czarnoskórych, możemy spojrzeć na okładki grupy The Roots, a konkretnie na album „Things Fall Apart”, gdzie pokazują, co działo się w latach m.in. w 60. W USA. Twórcy, którzy reprezentują mniejszości – czy to etniczne, czy seksualne – niejednokrotnie dają temu wyraz na obwolutach. Przy czym sporo zależy tutaj od gatunku muzycznego.

Możemy zaobserwować jakieś przejawy buntu w przypadku bardziej współczesnych okładek?

Najprostszy przykład to muzyka ekstremalna czy punkowa, gdzie często różne polityczne odwołania są widoczne. W tym roku głośno było też np. o grupie Big Cyc, tu mamy bardzo świeży tego przykład, a mianowicie album „Czarne Słońce Narodu”, na którego okładce widnieje podobizna tego, a nie innego polityka. Oczywiście, Big Cyc nie był pierwszy – na przykład brytyjska grupa Crass bardzo chętnie na swoich obwolutach wykorzystywała w sposób pejoratywny wizerunek Margaret Tatcher. Mamy też mnóstwo zespołów black i death metalowych, które na okładkach łamią strefę sacrum, często w sposób obrazoburczy.

Co sądzisz o cenzurowaniu okładek? Jakby nie patrzeć, jest to ingerencja w cały koncept, który artysta zaplanował.

Chociaż wydaje nam się, że jako społeczeństwo widzieliśmy już wszystko i nic nie jest nas w stanie zadziwić, to jednak duże wytwórnie płytowe starają się działać tak, aby nikogo nie obrazić. Pamiętajmy, że okładki są widoczne na półkach sklepowych i różni odbiorcy mogą na nie trafić, a niektórych pewnego rodzaju przedstawienia wizualne mogą szokować. Cenzura zaczęła się już w latach 60. i trwa po dziś dzień. Na dobrą sprawę zależy to od wytwórni, z którą mamy do czynienia – im bardziej jest ona mainstreamowa, tym mniej rzeczy przejdzie. Nie ma co kombinować z obwolutą płyty Adele, to zbyt duże ryzyko. Ta płyta jest dedykowana zarówno do starszego, jak i młodszego odbiorcy i okładka ma być dla każdego z nich bezpieczna.

A może to się niedługo zmieni? Sklepy płytowe powoli odchodzą w zapomnienie.

Sprzedaż przenosi się do Internetu. Spójrzmy na przykład jak działa GAD Records czy Instant Classic – albumy Merkabah, Starej Rzeki, czy Lotto sprzedają się bardzo dobrze, tłoczone są małe nakłady dla niemal stałej grupy odbiorców. Wytwórnie takie nie zarabiają wiele, ale prowadzone są przez prawdziwych pasjonatów.  Większość młodych ludzi słucha dzisiaj muzyki z YouTube’a, albo portali streamingowych. Fizyczny nośnik jest im zupełnie niepotrzebny – chcą posłuchać jakiejś płyty to włączają komputer, tyle. Co przeraża mnie bardziej to fakt, że bardzo często ludzie słuchają muzyki na wbudowanych w laptopa głośniczkach. Niektóre pełnoletnie osoby w życiu nie słyszały, jakie możliwości daje płyta winylowa czy kompaktowa podłączona pod dobry sprzęt. W przypadku słuchania muzyki na laptopowych głośnikach, jakikolwiek remastering, nawet ten najlepszy traci sens.

Rafał Księżyk poruszył podobną kwestię w jednym z wywiadów, który z nim przeprowadzono – otóż zastanawiał się, jak powszechność formatu MP3 wpłynie na brzmienie muzyki za kilkanaście lat.

Myślę, że już wpłynęła, spójrzmy tylko na tzw. „loudness war”. Płyty w ten sposób zrobione brzmią bardzo efektownie, ale ludzkie ucho po dwóch, trzech utworach obojętnieje, ponieważ brakuje selektywności brzmienia. Na jednym z uniwersytetów w USA wykładowca przeprowadził banalne badanie. Co roku puszczał swoim studentom płytę winylową, kompaktową i MP3, a następnie pytał, który rodzaj dźwięku jest dla nich najbardziej atrakcyjny. O ile zazwyczaj wygrywał winyl bądź kompakt, tak od paru lat zawsze wygrywa MP3, ponieważ to właśnie z tym formatem młodzi ludzie są osłuchani.  Jeden przykład – głośna płyta „The Epic” Kamasiego Washingtona. Proszę mi uwierzyć, że wszystkie osoby, które słuchały tego albumu przez komputer, bądź na kiepskiej jakości słuchawkach, nigdy go tak naprawdę nie słyszały. On brzmi zupełnie inaczej, kiedy puszczany jest przez 2, a najlepiej 4 głośniki podłączone do wzmacniacza. Mam więc bardzo duże wątpliwości czytając dzisiaj recenzje płyt, szczególnie kiedy ukazują się one na tydzień lub dwa przed premierą.screenhunter_2491-sep-20-14-20

W jakim kierunku to teraz pójdzie? Nie ulega wątpliwości, że fizyczny nośnik stał się gadżetem. Czy wobec tego coraz popularniejsze staną się modne ostatnio boxy? One na półce wyglądają bardzo ładnie.

Te wydawnictwa mają wzbudzać pożądanie. To kolejny efekt kryzysu sprzedażowego, przy czym należy pamiętać, że pakowanie płyt w boxy miało miejsce nawet w latach 70. Nie jestem przeciwnikiem tego typu dzieł – niech stoją sobie na półce i cieszą nasze oczy. Spójrzmy na przykład na Forina, który tworzy dla wykonawców hip-hopowych – on tworzy ciekawe opakowania płyt, również dlatego, że chce docenić odbiorców tego typu muzyki, ponieważ to jedna z niewielu grup fanowskich, która kupuje fizyczne nośniki. To zupełne przeciwieństwo np. popu, tam słuchacze takiej potrzeby jeszcze nie mają.

Podobają ci się okładki w 3D?

Ta tendencja zaczyna się powoli kończyć. Do okładki w 3D trzeba dołożyć okulary itd., dodatkowo około 12 % ludzi nie widzi tego trójwymiarowego efektu i ja do tych 12% procent należę, więc mnie takie zabiegi nie są w stanie zachwycić. Muszę jednak przyznać, że np. okładka ostatniego albumu grupy Tool była bardzo ciekawa.

Reasumując – jak widzisz przyszłość okładek?

Myślę, że popularny będzie minimalizm, o którym wspominaliśmy. Tego typu okładki zdobią teraz okładki największych gwiazdy pokroju Beyonce, Kanye Westa czy Eda Sheerana. W muzyce alternatywnej jest podobnie by wspomnieć tylko o ostatnich wydawnictwach Swans, Nicka Cave’a czy grupy Garbage. Owe projekty to bardzo proste przedstawienia wizualne , które sprowadzają się często do pokazania jednej litery, jednego napisu, albo po prostu samej tylko barwy. Minimalistyczne okładki mają ten plus, że będą wyglądać dobrze w każdym formacie – i na winylu, i na kompakcie, i w formie cyfrowej. O tym właśnie projektanci muszą myśleć i w tym kierunku powinni pójść. „Kropką nad i” powinien stać się też rodzaj papieru, na którym okładki będą drukowane – czy będzie on matowy, czy będzie się świecił, ekologiczny, satynowany, teksturowy. Fakturą papieru bardzo dużo można wygrać i wielu młodych grafików zaczyna mieć tego świadomość.

Rozmawiał Paweł Drabarek

Zdjęcie: Aneta Goraj