MARIA KONOPNICKA – Czas herosów minął

Najpopularniejszy metalowy blogger w kraju nad Wisłą. Istny maniak szeroko pojętej (ale tej dobrej…) muzyki z naciskiem na dźwięki drażniące uszy. Posiadacz płyt winylowych, kompaktowych i kaset. Ilu? Tego dokładnie nawet on sam nie wie, ale spokojnie można liczyć je w tysiącach. Maria Konopnicka to postać fascynująca. Postanowiłem więc z owym panem pogadać. Właściwie to mało gadałem, robił to Maria. Robił, robiła? Sam się w tym gubię… Tym niemniej zachęcam do lektury.

Czujesz się buntownikiem?

Nie. I z perspektywy czasu myślę, że chyba nigdy się nim nie byłem – nawet jeśli przez moment w wieku lat nastu wydawało mi się, że się buntuję. Jako młody człowiek czułem w sobie gniew i irytację ludzką głupotą. Dziś się mocno dystansuję i rzeczy, wobec których mógłbym się buntować po prostu omijam.

Irytacja wobec ludzkości wzrosła, a może zmalała? Stałeś się na to zobojętniały?

Złość to zemsta na własnym zdrowiu za głupotę innych. Staram się hołdować tej maksymie. Poza tym z wiekiem staję się coraz bardziej zdystansowany i staram się nie oceniać innych. A nawet gdy ich oceniam to zwykle tego nie werbalizuję.

Czy jesteś jedną z osób, które dają ujście swojej złości przy zatapianiu się w dźwięki ulubionych (bądź też jakichkolwiek innych) kapel?

Zdecydowanie nie. Muzyka towarzyszy mi codziennie, od kilku do kilkunastu godzin i proponuje na tyle szeroki wachlarz emocji, że odnajduję się w nich bez względu na humor i nastrój danej chwili. Ten muzyczny świat jest dla mnie jednak pewną oazą, czymś co jest elementem codzienności, ale jednocześnie funkcjonuje gdzieś obok i pozwala od rzeczywistości się odseparować – nieraz, by dać ujście określonym emocjom, innym razem by podładować akumulatory i pomóc temu zewnętrznemu światu się przeciwstawić.M3

Jak wiadomo jesteś twórcą dosyć popularnego bloga o metalu. Głównie w tych ekstremalnych odmianach. Jak oceniłbyś kondycję black lub death metalu porównując czasy dzisiejsze z latami 80/90.?

Do lat osiemdziesiątych trudno mi się odnosić, ponieważ na poważnie zacząłem słuchać muzyki metalowej dopiero w 1990 roku. Oceniam pewnie tak jak wszyscy – wówczas death metal, a później black metal były gatunkami świeżymi. Niemal każdy zespół i każda płyta wnosiły coś nowego. Dziś wciąż ukazuje się wiele dobrych płyt, ale ich twórcom trudniej uciec od porównań i analogii z tym co zrobiono przed laty. Nie należę jednak do maruderów, którzy twierdzą, że wszystko co najlepsze już nagrano i nie ma sensu śledzić nowość. Wciąż czuję ekscytację włączając nowe albumy i wciąż potrafię cieszyć się muzyką – nawet tą, która nie grzeszy oryginalnością. Od czasu do czasu pojawiają się jednak prawdziwe perełki, które być może za 20 lat zostaną uznane klasykami.

Potrafiłbyś takowe przytoczyć?

Z tych nagranych w ciągu ostatnich dziesięciu lat – CELTIC FROST – „Monotheist”, FUNERAL MIST – „Maranatha”, DEATHSPELL OMEGA – „Fas – Ite, Maledicti, in Ignem Aeternum”. Z death metalu obiecujące debiuty wydały SWALLOWED czy, w tym roku BLOOD INCANTATION. Poza tym, wielu starym zespołom forma wcale nie słabnie. Nagrywają płyty nie gorsze niż te, które już przeszły do historii. Jedynym problemem może być słuchacz, który ma dziś tak szeroki wybór, że często nie jest w stanie skupić na dłużej uwagi na danej płycie i należycie jej docenić. ACCEPT, OVERKILL, ANTHRAX, SATAN, NAPALM DEATH – te zespoły wciąż nagrywają świetne płyty, które jeśli nie przejdą do historii to tylko przez ignorancję słuchaczy, a nie niedostatki jakościowe. Dziś w dobie internetu i dostępu do tanich technologii, paradoksalnie zespołom jest trudniej zaistnieć niż kiedyś. A te, które nawet zaistnieją, bardzo szybko gasną bo przepływ informacji jest coraz szybszy, a słuchacz coraz mniej skoncentrowany i wierny.

No właśnie, czy ty uważasz ten okrutny i podły Internet za zmorę dzisiejszej sceny czy też nie?

Są pewnie wady i zalety. Jako słuchacz słucham muzyki z płyt, które kupuję tak samo jak kupowałem w latach 90. Internet w większym stopniu służy mi do komunikacji niż jako źródło muzyki. Kiedyś zespołom było trudno zdobyć kontrakt z wytwórnią, ale gdy się to udało to mieli szansę zaistnieć i odnieść sukces. Dziś dzięki Internetowi teoretycznie wszyscy mają takie same szanse, ale w praktyce nikomu nie udaje się przykuć uwagi słuchacza na dłużej. W czasach gdy rządziły wielkie wytwórnie i MTV – utwory były powtarzane, wręcz wbijane słuchaczom do głowy. Po usłyszeniu jakiegoś utworu 20-30 razy słuchacz szedł do sklepu i kupował płytę. Dziś mało kto słucha czegokolwiek 20-30 razy, bo nawał muzyki jest tak ogromny, a zespołów tak nieprzebrane ilości, że nikt nie jest w stanie wszystkiego ogarnąć. Na skutek tego nastąpiło rozdrobnienie – ludzie słuchają różnej muzyki, różnych zespołów. Ten tort, który dzielony był kiedyś na kilka czy kilkanaście kawałków dziś podzielony jest na miliony porcji tak małych, że nikt nie jest w stanie się nimi najeść. Ale może to dobrze, bo artysta głodny to artysta płodny? Mam jednak wrażenie, że dziś muzyki słucha się bardziej powierzchownie. Ten muzyczny dobrobyt doprowadził do przesytu, zniechęcenia i ignorancji.

Jako dziennikarz z zawodu i osoba bacznie obserwująca polską scenę metalową – co powiesz o dziennikarstwie muzycznym w naszym pięknym kraju?

Większość tzw. muzycznych dziennikarzy, których poznałem to hobbyści – ludzie, którzy parają się pisaniem o muzyce po pracy. Jest kilku – nazwijmy to – zawodowych dziennikarzy muzycznych, ale ich zwykle nie da się czytać. Czasami mam wrażenie, że większość z nich tylko dlatego zajmuje się muzycznym dziennikarstwem bo bardzo tego chce. To co robią, albo jest zaledwie poprawne, albo po prostu mierne. Lubię styl Jarosława Szubrychta, choć bywa, że merytorycznie jego teksty wołają o pomstę do nieba. Z przyjemnością czytam teksty Rafała Monastyrskiego, lubię swobodę i polot literacki Macieja Krzywińskiego, bardzo solidne i rozsądne pióro prezentuje Maciej Malinowski. Chętnie czytam też teksty Barnaby Siegela.

Nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. Może gdyby rynek był większy, a stawki za pisanie wyższe to i poziom tekstów by się poprawił? Inna sprawa, że zawód dziennikarza – nie tylko  tego muzycznego, jest dziś trochę zawodem ginącym. W dobie Internetu ludzie mają dostęp do wszystkich informacji, na wszystkim się znają i o wszystkim wiedzą najlepiej. Dziennikarz przestał być autorytetem – kimś kto przybliża czytelnikowi nieznany świat. Sam pamiętam jak z wypiekami na twarzy w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych czytałem teksty w Metal Hammerze czy Thrashem All. Ci ludzie pisali o płytach, których nikt nie słyszał i rozmawiali z muzykami, których nikt nie widział. Jeśli wówczas muzycy byli dla mnie bogami, to dziennikarze jawili się się przynajmniej jako herosi. Dziś już ta magia się ulotniła. Każdy może jednym kliknięciem włączyć opisywaną płytę, albo wybrać się na koncert ulubionego zespołu. Czytanie o rzeczach, które ma się na wyciągnięcie ręki nie jest już tak zajmujące.

Czas herosów minął

Czas herosów minął

Czyli dziennikarze muzyczni już nie są potrzebni?

Myślę, że przeciętnemu odbiorcy muzyki coraz mniej. Ludzie mają do dyspozycji różne fora muzyczne i media społecznościowe, które zwykle zaspakajają ich głód czytania o muzyce. Z drugiej strony gdy widzę jak dużo osób odwiedza moją stronę internetową to przekonuję się o tym, że jakiś głód czytania jest. Tyle, że chyba niekoniecznie takiego poważnego z dziennikarskim zadęciem, ale raczej luźnego, trochę humorystycznego i wyrazistego. Zresztą mam wrażenie, że moje teksty  najczęściej nie są czytane przez „przeciętnych słuchaczy”, ale ludzi, który mają na punkcie muzyki fioła. A to mnie cieszy, bo myśl o tym, że nie jestem odosobniony w swoim muzycznym szaleństwie jest bardzo krzepiąca.

Czy gdybyś po dziś dzień był aktywnym userem forum Masterful Magazine, Twój blog nie ujrzałby światła dziennego?

Trudno powiedzieć. Masteful pewnie w jakiś sposób zaspakajał mój głód pisania, ale było to zdecydowanie inne pisanie. Irytowało mnie wówczas, że na forum w założeniu poświęconym muzyce metalowej ludzie często ten metal wyśmiewają, faworyzując inne gatunki.  Wielokrotnie próbowano zestawiać odmienne muzyczne światy postponując muzykę metalową. Trochę dla przekory zacząłem się temu przeciwstawiać, tworząc wizerunek twardogłowej metalowej Marii, nie sięgającej po zespoły, których nie ujęto w metal-archives. Oczywiście, była to pewna kreacja, forma zabawy, która z czasem przybrała różne formy i spowodowała, że chyba tyle samo osób Marię polubiło co znienawidziło. Lubię o muzyce pisać, ale lubię też o niej czytać – gdyby Masterful był dziś w tej samej kondycji co 10 lat temu to kto wie – może dziś mojego bloga by nie było? Samo pisanie sprawia mi frajdę, ale lubię też poznawać opinie innych osób i zawsze z zainteresowaniem śledzę wpisy pod moimi tekstami. Często dzięki nim czegoś się uczę i poznaję nowe rzeczy. Bez tego sprzężenia zwrotnego chyba szybciej bym się wypalił.

Akurat Masterful jest jednym z tych niewielu for o muzyce, które trzyma się wyjątkowo dobrze, mimo oczywistego faktu, że wszystko masz przecież na Facebooku, nie sądzisz?

Nie, nie trzyma się dobrze, choć nie wykluczone, że na innych forach jest jeszcze gorzej. Tego nie wiem. Wiem, że forum Masteful jeszcze 10 lat temu było naprawdę świętym miejscem, w którym spotykali się prawdziwi muzyczni pasjonaci, potrafiący na dodatek dobrze o muzyce pisać i dzielić się nią z innymi. Myślę, że nie tylko dla mnie – to forum było kopalnią informacji. Gdy odbywał się jakiś koncert to następnego dnia znajdowało się w temacie kilkanaście lub kilkadziesiąt relacji z jego przebiegu, z równą uwagą przerabiało się wszystkie ważne klasyczne zespoły jak i płytowe nowości. Stopniowo jednak część osób zaczęła z forum odchodzić, a na ich miejsce zaczynali pojawiać się nowi. Brak elementarnej moderacji forum sprawił, że w kolejnych latach proporcje pomiędzy merytorycznymi wpisami a trollowaniem (które przecież wcześniej też było fajne i bawiło do łez) zostały niebezpiecznie zachwiane. Wcześniej nawet jeśli dochodziło do ostrych dyskusji i chamskich docinek to były one dość humorystyczne i inteligentne. Później gdzieś ten humor się ulotnił, dyskusje stały się mało zabawne, toporne, a czasami wręcz prymitywne. Postanowiłem odpuścić sobie pisanie, bo po odejściu kolejnych osób nie było już prawie z kim pisać. Wielu użytkowników Masterfula poznałem osobiście i cały czas utrzymujemy dość bliskie relacje – dziś zaglądam na forum sporadycznie. Niestety gdy znajduję coś ciekawego, są to zwykle wpisy sprzed ok. 10 lat. Sama formuła forum bardzo mi odpowiadała – perspektywa rozmawiania o muzyce z ludźmi, którzy żyją nią tak sam jak ja – jest zdecydowanie ciekawsza niż „przemawianie” do ludzi na Facebooku i zbieranie lajków.

Gdzie leży przyszłość metalu? W nieustannym poszukiwaniu nowego czy konsekwentnym kultywowaniu staroci?

Ja nawet nie potrafię przewidzieć sześciu liczb, które padną w najbliższym losowaniu Lotto, a co dopiero przyszłości metalu. Nie mam pojęcia. Kiedyś wydawało mi się, że w przyszłości metal będzie śmiało adoptował inne gatunki muzyki. Ekstremalne formy wyrazy wyobrażałem sobie jako połączenie death metalu z intensywnym techno. Rewolucyjne wydawały mi się płyty DODHEIMSGARD, SATYRICON, THRONS. Gdy słuchałem splitu THORNS z EMPEROR wydawało mi się, że to jest metal XXI wieku. Tymczasem żyjemy w czasach, w których nie ma żadnych trendów. Kiedyś królujące heavy zostało wyparte przez popularność thrashu, a ten ustąpił pola death metalowi. Po drodze był jeszcze grunge, który flanelową czapką przykrył te bardziej popularne odmiany metalu. Z czeluści undergoundu wypełzł black metal by ogrzać się w świetle mainstreamu. Wydawało się, że później przyjdzie coś nowego. A tu nie. Okazało się, że zamiast nowego przyszło stare. Powstawali z grobów wszyscy. Dziś na ulicach mijają się fani różnych gatunków metalu i nikogo to nie dziwi. Gdy w 1994 roku zobaczyliśmy na ulicy gościa w koszulce RAGE to pokazywaliśmy go sobie z kumplem palcami. To był szok! Dziś nic nie szokuje – nawet wspólny koncert RAGE i nie wiem… URGEHAL. Wszystko się wymieszało, także dzięki temu, że w dobie Internetu fani mogą dotrzeć do różnej muzyki, nie tylko tej która jest aktualnie promowana w mediach.

Nie wyobrażam sobie przyszłości metalu. Nie potrafię niczego przewidzieć. Jeszcze niedawno thrash metal wydawał mi się gatunkiem konającym, a w roku 2016 nagrano w nim tyle świeżych i ekscytujących płyt, że chyba przyćmił wszystkie inne podgatunki metalu. Jeszcze kilka lat temu byłem zachwycony sceną black metalową – zespoły takie jak FUNERAL MIST, DEATHSPELL OMEGA, KATHARSIS, ANTAEUS wyniosły tę muzykę na jeszcze wyższy poziom. Teraz mam wrażenie, że black metal przeżywa lekką zadyszkę. Owszem, wciąż wychodzą świetne płyty, ale nie czuję już tej świeżości, tego szoku estetycznego. Death metal podąża dwutorowo – z jednej strony wciąż nagrywa się płyty coraz bardziej techniczne, z drugiej sięga do esencji gatunku. Nagrywa się wiele płyt, które niby nie wnoszą niczego nowego, ale jednocześnie prezentują bardzo wysoki poziom.

Może przyszłość metalu właśnie w tym tkwi? Kto powiedział, że ten gatunek musi się rozwijać żeby przetrwać? Seks ludzie też uprawiają od wielu lat, w z grubsza ten sam sposób, a przecież nie przestał ich cieszyć. Może podobnie będzie z metalem? Będziemy słuchać wciąż powracających wariacji na temat tego co już kiedyś było, ale jednocześnie będzie to nam sprawiało radość? No bo co nowego jest w ostatnim krążku PROTECTOR? Niby nic, ale jak pięknie gra…

Jakie NIEmetalowe krążki zawładnęły Marią Konopnicką w bieżącym roku?

Nie było ich mało. Przede wszystkim zachwyciłem się MAGMĄ i zacząłem powoli penetrować Zeuhl. Moimi wielkimi odkryciami są też UNIVERS ZERO, ART ZOYD, PRESENT. Wróciłem też do kilku płyt, które mam w kolekcji od lat – przeżyłem kolejną, jeszcze głębszą fascynację MATANĄ ROBERTS czy FIRE! ORCHESTRA. Wchodzę coraz śmielej w jazz poznając dokonania DAVISA, COLTRANE’A, HANCOCKA, COLEMANA, BRAXTONA, MINGUSA. Jestem pod ogromnym wrażeniem BROTZMANNA. Z polskich tegorocznych płyt bardzo podoba mi się album „Dźwięki ukryte” nagrany w składzie Jachna/Mazurkiewicz/Buhl – bardzo żałuję, że nie mogłem być na koncercie gdy grali w Warszawie. W tym jazzie ja dopiero raczkuję – czuję się podobnie jak na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy wchodziłem w death metal. Płyty znów są dla mnie wyzwaniem, odkrywam je, uczę się je rozumieć, daję im się wciągnąć i ponieść. Ten świat dźwięków jest tajemniczy, fascynujący, i piękny, ale bywa też mroczny i przerażający. Podobnie jak metal, jazz bywa brutalny i agresywny.

I tak jak w przypadku metalu byłem zafascynowany różnorodnością tej muzyki tak samo mam dziś z jazzem, którego różnorodność wciąż odkrywam. Uzupełniłem też w tym roku dyskografię CAN i z innej beczki – późniejsze, teoretycznie słabsze płyty TALKING HEAD. Kupiłem wreszcie na CD WIRE – „Pink Flag”. Miałem kiedyś na kasecie i nie słuchałem od lat. Zacieram ręce na myśl, że lada dzień sobie do niej wrócę.M2

Masz w planach wydanie własnego zine’a. Byłbyś w stanie przybliżyć szczegóły?

Cały czas formy mojej okołomuzycznej grafomanii ewoluują. Zaczęło się od trochę żartobliwych wpisów na forum, później już poważniejszych, ale też zupełnie niezobowiązujących tekstów na Facebooku. Zdaję się, że akurat pisałem sporo o szwedzkim death metalu – opisałem około 60 zespołów i ktoś skomentował, że szkoda takich tekstów na portal społecznościowy, bo jakby były na jakimś blogu to można by do nich wrócić i byłyby bardziej namacalne. Z czasem odzywały się do mnie różne portale i magazyny proponując współpracę. Niezłego kopa dał mi heavyrock.eu. Gdy opublikowali trochę moich tekstów, gwałtownie wzrosła liczba ludzi, którzy polubili mój profil. Pojawiało się coraz więcej głosów namawiających do stworzenia bloga. Taki powstał i funkcjonował przez pół roku. Z niedowierzaniem spostrzegłem, że przy regularnym pisaniu miesięcznie notuje nawet do 40 tys. odsłon. Dzięki temu nawiązałem sporo fajnych kontaktów – jeden z moich czytelników zaoferował stworzenie bardziej profesjonalnej strony. Facet zupełnie bezinteresownie odwalił mnóstwo dobrej roboty tworząc od podstaw bardziej funkcjonalną, przejrzystą i efektowniej wyglądającą stronę. Okazało się, że z przyczyn technicznych trudno będzie ją podpiąć pod nazwę mariakonopnicka.pl więc spontanicznie stworzyłem domenę musicamok.pl

No i tu dochodzimy do odpowiedzi na Twoje pytanie. Gdy okazało się, że czyta mnie całkiem sporo osób to zaczęli się zgłaszać inni miłośnicy pisania o muzyce proponując swoje teksty. Najpierw powstał pomysł zrobienia zina – później jednak zdecydowałem, że podziałamy publikując na stronce musicamok.pl i jak jakieś grono ciekawych i pełnych zapału ludzi się wykrystalizuje, to przejdziemy także na wersję papierową. Aktualnie jestem zaangażowany w tyle różnych rzeczy, że nie chcę brać na barki całego ciężaru wydawania zina czy czasopisma. Wbrew pozorom – oprócz słuchania muzyki i blogowania mam w miarę normalną pracę, rodzinę i rozgrzebane pisanie dwóch nowych książek. Do tego dochodzą jeszcze treningi i różne inne, mniej lub bardziej trywialne czynności bezwzględnie wypełniające czas. Powstania zina więc nie przekreślam, ale chcę dać trochę czasu by okrzepł pomysł i skład redakcyjny.

Rozmawiał Łukasz Brzozowski

Zdjęcia: archiwum mariakonopnicka.pl