ŁUKASZ MÓWI JAK JEST – Wrogowie Rzeczywistości

Zdań kilka o tym, dlaczego z każdym kolejnym rokiem podążanie własnymi ścieżkami w hermetycznym świecie metalu przynosi owocne skutki.

“Renewal” Kreator, “Host” Paradise Lost, “Heritage” Opeth, “Nation” Sepultura, “Diabolus in Musica” Slayer, “Cold Lake” Celtic Frost… To wszystko z pozoru złe płyty. Złe, bo złe i już. Fani się obrazili za kolosalne zmiany, więc materiał nawet w drobnym procencie nie ma szans na bycie dobrym. Osobiście, jedną z tych płyt kocham (“Host”), jeszcze jedną220px-metals_not_dead bardzo lubię, a do pozostałych nie jestem w stanie się przekonać. Nie ciskam w te pozycje serią nienawistnych gromów, zwyczajnie dalekie są moim upodobaniom, a brak emocjonalnych więzi z kapelami za nie odpowiedzialnymi tylko ułatwia błogą obojętność. W tym przypadku rodzi się jednak pytanie, dlaczego metalowcy są tak tępymi indywiduami, że gatunkowa odmienność jest w stanie przesłonić im faktyczne walory artystyczne płyty? Co fani Opeth widzą złego we wspomnianym “Heritage”. Wprawdzie nie lubię usypiania, ale wlokące się ślamazarnie “Still Life” wcale nie tak daleko leży od najbardziej wyklętego materiału Szwedów. Wielbicielce Opeth uskarżają się na brak growlingu, ale wielu z nich chciało częstszej eksploracji wokalnych rejonów niezwiązanych z wymiotowaniem. Zresztą, posłuchajcie koncertu Bloodbath z festiwalu Bloodstock w 2011. Wtedy zrozumiecie, dlaczego z ulgą powinni odetchnąć ci, którzy zadowolili się brakiem ryku na trzech ostatnich propozycjach skandynawskiego kwintetu. Czy tam sekstetu…

Ale miało być o pozytywach. W tym celu warto przenieść się do naszej pięknej Polski. Black metal niby za bardzo hipsterski, za dużo nakryć głowy i inne tego typu brednie, aż tu nagle wpada nowa Furia i nieomal wszyscy, niczym jeden mąż prawią: Świetne! Ślązacy przełamali gatunkowe konwenanse w sposób nietypowy, ale na tyle przekonujący, że nawet ciężka do strawienia warstwa liryczna nie przeszkodziła malkontentom w docenieniu dzieła. Nazwanie Furii piewcami awangardy może być stwierdzeniem nieco na wyrost, lecz ci “zakapturzeni” raczej się doń nie umywają. Tak, tak, post-black metalowe perturbacje i pseudo-psychodeliczne łamańce to na chwilę obecną żadne tam innowacje. Ot, przemielona przez wielu moda, coś, jak thrash w latach 80. W tym rzecz, że thrash pewnego razu spadł do głębokiego podziemia, by powrócić w groteskowo-przerażającej formie. “Hipsterski” black metal może czekać los jeszcze okrutniejszy. Już tłumaczę dlaczego: pamiętacie Dimmu Borgir albo Cradle of Filth? Kiedyś rewolucja, dzisiaj abominacja porównywalna do tej powstałej przy odrodzeniu heavy/power metalu pod koniec ubiegłego tysiąclecia.metal

Nawet w takim death metalu, gdzie prochu już nikt chyba nie wymyśli, gnieżdżą się kapele stroniące zarówno od przesadnej ekwilibrystyki, jak i cmentarnych wyziewów. Takie Ulcerate chociażby. Od samych początków cholernie specyficzny kawał muzyki. Tam połamany rytm, jeszcze gdzie indziej chore zagrywki, mnóstwo dusznej atmosfery, tchnące grobowym powiewem szorstkie brzmienie, a ludzie to kupują. Ich ostatnie dzieło, “Shrines of Paralysis”, szturmowo okupiło czołowe pozycje w podsumowaniach roku i wysokie noty w recenzjach. Nie ulegli żadnej z mód, a można rzec, że zwyciężyli. Zresztą, w tym metalu nigdy rozgłosu nie zdobywała moda. Mam na myśli dzieła epokowe, a nie sezonowe rewelacje dla spragnionych ekstremy małolatów zapatrzonych w Behemoth. Czy takie Cannibal Corpse czy Morbid Angel podążały za trendami? Nie, same je wyznaczały. A można bez problemu stwierdzić, że są już nieśmiertelne. Ci pierwsi w horrendalnie wyolbrzymionym przez siebie pojęciu śmierci osiągnęli poziom kultowy. Skąd te wszystkie, brutal death metalowe czerpią inspiracje, jak nie od Kanibali? A Morbidzi? Każdy, kto próbuje w śmiercionośne łupnie “po amerykancku”, zapatrzony jest w ekipę Azagthotha, jak w obrazek. Bo wielcy sami kreują, nie ulegają.

A że w dzisiejszych czasach uciekanie znanym schematom jest mile widziane, aż prosi się młodzież o próbowanie wymyślenia własnego ja. Pan Manuel Gagneux posłuchał i spreparował “Devil Is Fine”, jedną z rewelacji na rynku black metalowym A.D. 2016. Wystarczy chcieć, słuchacze docenią. Może po pewnym czasie, ale docenią.

Rozważał Łukasz Brzozowski