ŁUKASZ MÓWI JAK JEST – Raj zdobyty

1 września 2017 – ten dzień pozornie nie będzie niczym specjalnym dla statystycznego obywatela planety Ziemia. Tylko pozornie. Dla mnie i mi podobnych będzie – tego dnia ze łzami w oczach powitamy rozpoczęcie kolejnego już roku szkolnego. Cały świat zaś ze smutkiem spojrzy dokładnie 78 lat wstecz, kiedy to rozpoczął się największy jak dotąd konflikt zbrojny w dziejach ludzkości – II Wojna Światowa. Oprócz tych niewątpliwie ciekawych wydarzeń, miejsce będzie miało jeszcze jedno (chyba najbardziej optymistyczne): premiera piętnastego krążka Paradise Lost. “Medusa” – bo tak go zatytułowano – ma być kolejnym skokiem w świat sentymentów i swobodnym lotem do czasów świetności klimatycznego mariażu doom i death metalu. Nadciągająca premiera nie daje spać zagorzałym fanom Paradise Lost, gdyż kontynuuje rozpoczętą już na “Paradise Lost” wycieczkę Brytyjczyków po krainie dźwięków, które wyniosły ich na sceny wielkich festiwali i koncertowe hale. Mimo to, warto pamiętać o płytach kwintetu z Halifax powstałych w latach 1997-2002 – gremialnie znienawidzonych przez wielbicieli i recenzentów. Dlatego też – z czystej przekory – prezentuję subiektywną listę czterech najlepszych utworów z “wyklętych” krążków Paradise Lost.

“Something Real” (z płyty “Believe in Nothing”): “Believe in Nothing” to chyba jedyna płyta Paradise Lost, która może nie podobać się żadnej z zaciekłych grup słuchaczy formacji. Szalikowców death-doomowych początków zespołu oraz jego nieco późniejszego wcielenia może odstręczać nachalna przebojowość materiału, a fanów elektronicznej odsłony kapeli mógłby skonfundować rockowy charakter “Believe in Nothing”. Mimo tego, stanowczo warto zapoznać się z ósmym długogrającym wydawnictwem Paradise Lost. Wypełniają je w dużej mierze bezpretensjonalne, pop-rockowe hity, które z łatwością mogłyby zagościć na falach wielu stacji radiowych. Ich przebojowa struktura, w połączeniu z typową dla zespołu melodyką, nie powinna umknąć uwadze wielbicielom lżejszych odmian rocka. Przykładem tego “Something Real” – utwór swobodnie budowany oszczędną partią gitary w zwrotce do spółki z subtelną współpracą sampli. W późniejszej części skumulowane emocje wybuchają w podniośle skonstruowanym refrenie, a całość wieńczy zmyślna solówka Grega Mackintosha. Jeśliście spragnieni niezbyt wymagających, lecz przykuwających uwagę utworów, ten (jak i reszta “Believe in Nothing”) jest wręcz dla was stworzony.Believe

“Year of Summer” (z płyty “Host”): Nie przesadzę twierdząc, że “Host” już w momencie premiery stał się najbardziej znienawidzoną propozycją z obozu Paradise Lost. Kolosalne zmiany w stylistyce zespołu podyktowała już jego poprzedniczka, “One Second”. Po utrzymanym w estetyce gotyckiego metalu “Draconian Times”, jego dwa lata młodsza następczyni przyniosła kompozycje stojące w rozkroku między rockiem a synth-popem. Jednak to nie ona była najbardziej rewolucyjną w karierze Paradise Lost. To właśnie “Host” ostatecznie podzielił fanów grupy. Nie powinno to dziwić w kontekście jego zawartości: w całości elektroniczny, chłodny, tradycyjne partie gitar zastąpiono dźwiękowymi plamami, a żywą perkusję automatem. Utworem reprezentatywnym dla całego materiału jest niewątpliwie “Year of Summer” – depresyjny manifest rozpaczy i bezradności Nicka Holmesa po utracie ojca. Skłaniające do przemyśleń liryki otacza zgrabna linia kojących partii gitar naprzemiennie z transowym beatem oraz syntezatorowymi wtrąceniami. Gwarantuję wam, że jeżeli jeszcze nie płakaliście przy muzyce, to “Year of Summer” prędko ów stan zmieni.Host

“Symbol of Life” (z płyty “Symbol of Life”): “Symbol of Life” przez niemal wszystkich fanów Paradise Lost jest zaliczane do eksperymentalnego oblicza grupy. Osobiście, śmiem się z tym nie zgodzić. Rzeczony krążek był pierwszym, zdecydowanym krokiem zespołu w stronę powrotu do korzeni. Utwory formujące płytę były definitywnie metalowe, często przypominające dźwięki z okresu “Draconian Times”, a jedynym łącznikiem z synth-popowymi materiałami były bogato eksponowane brzmienia klawiszy. Nawet Nick Holmes częściej decydował się na krzyk, niż czysty wokal. Mimo to, moim ulubionym fragmentem tej płyty jest utwór tytułowy – mający najwięcej wspólnego z “wyklętą” erą Paradise Lost. Niepokojąca narracja w zwrotce – budowana przez śpiew Holmesa, subtelne akordy Mackintosha i niemal plemienny, perkusyjny rytm – w jednej chwili gaśnie po nadejściu monumentalnego refrenu. On oraz końcowa sekwencja piosenki, to jedyne momenty “Symbol of Life” (mowa o utworze – przyp. red.) , gdzie daje znać o sobie ciężka partia gitary Grega. Poza tym: jest to niewątpliwy hit, który zakorzeni się w waszych głowach szybciej, niż Łukasz Jakóbiak w zwizualizowanym studio “u Ellen”.Symbol of Life

“Another Day” (z płyty “One Second”): Jak już wspomniałem przy “Year of Summer”, to właśnie “One Second” była płytą, która wyznaczyła kierunek swojej młodszej koleżanki o tytule “Host”. Napisałem “wyznaczyła”, a nie “rozpoczęła”, gdyż oba albumy trochę się różnią. “One Second” to bardzo radykalna wolta po “Draconian Times”, ale wciąż nie tak radykalna jak “Host”. Fakt, wprawdzie już na tym krążku w ponadnormatywnych ilościach zagościły klawisze, a same utwory miały z metalem tyle wspólnego, co Kazik Staszewski z Mercedesami. W odróżnieniu od “Host”, na “One Second” wciąż mieliśmy do czynienia z żywym instrumentarium, a atmosfera płyty była – długo dumałem, czy aby na pewno użyć tego słowa – weselsza. Rockowe hity, które okupują tracklistę krążka spokojnie zmusiłyby nawet zawodowych podpieraczy ścian na imprezach do tańca. Chaotycznego, ale jednak. Jednym z takich przebojów jest “Another Day” – od początku budzący skojarzenia z co bardziej radiowymi utworami Faith No More. Zwrotka napędzana zwiewną, iście Spruance’owską partią gitary, już prowokuje do nucenia chwytliwej melodii, ale to dopiero szalenie wciągający refren skrada całe show. Czego tam nie ma! Holmes udający Pattona, szykowny riff, zapamiętywalny perkusyjny beat. Istne cudo.One Second

I to właśnie dlatego powinniście wszystkich tych czterech cudów uważnie wysłuchać. A jak oswoicie się z nimi, to pora na całe płyty.

Łukasz Brzozowski