ŁUKASZ MÓWI JAK JEST – Kończ Waść, wstydu oszczędź! cz. 1

Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść” – zawodził wokalista grupy Perfect w wielkim przeboju “Niepokonani”. Po prawdzie, sam autor tego frazesu nie do końca postępował podług jednej, ale jakże istotnej zasady wpisanej w jego treść. Jak sami wiecie, Perfect ma się całkiem nieźle, a ich koncerty to festiwal mody geriatrycznej, idealnej na wszelkiej maści imprezy sylwestrowe z odbiornikami telewizyjnymi i koncerty na plaży miejskiej. Za darmo. Ale nie z myślą o Perfect powstał ten tekst, tylko metalowcach. Złych, groźnych i rozczulająco zabawnych. W dzisiejszym odcinku przedstawiam subiektywną listę kapel thrash/deathmetalowych, którym wieloletni staż nie służy najlepiej. Kandydatów do następnej odsłony cyklu wybierzecie wy, do czego gorąco zachęcam. W komentarzu wystarczy napisać nazwę danej grupy. Dzisiaj na ruszt lecą trzy  formacje. Dlaczego trzy? Przecież trzy mnożone przez dwa daje sześć, a jak wiadomo: “666 liczbą Bestii jest!”. A dlaczego akurat thrash i deathmetalowe? Bo thrash i death są spoko, dlatego trzeba się nad nimi czasami poznęcać. Tak dla zasady.

SEPULTURA   Ten brazylijski kwartet zna chyba każdy szanujący się fan muzyki metalowej. Od debiutu plugawego aż do granic rozsądku, po rozchwytywane na całym świecie “Roots”, Brazylijczycy mieli opinię takich, co wiedzą, z której strony kaczka wodę pije. Mnogość stylistycznych wolt wychodziła im na dobre. Gdy po premierze “Chaos A.D” obrazili się na nich fani thrashowej jazdy, pustkę po nich zapełniła znacznie szersza grupa zwolenników ówczesnego styluSepultura grupy. Stylu, który znamy dzisiaj jako groove metal. Co więcej, o trzy lata młodsza następczyni wspomnianego tytułu – “Roots” – zdobyła jeszcze większy poklask wśród słuchaczy. O ile dzisiaj mariaż etnicznych melodii z łupanką nie jest niczym nowym, o tyle w latach 90. przyprawił wielu ortodoksów o palpitacje serca. Takie to było nietypowe. Niestety, zwycięski pochód Sepultury dobiegł końca wraz z odejściem Maxa Cavalery z szeregów kapeli. Strata tego nietuzinkowego kompozytora jest widoczna w zespole  po dziś dzień. Brakujące miejsce za sitkiem wypełnił po nim Derrick Green – amerykański wokalista o posturze bramkarza w wytwornym kasynie. Mimo faktu, że następca Cavalery z pewnością był lepszym technicznie piosenkarzem, brazylijski skład znalazł się na równi pochyłej. Powody tego dwa, i oba powstałe po odejściu Maxa: brak charakterystycznego głosu, ubogie kompozycje. Z tymi problemami Canarinhos zmagają się po dziś dzień. Albo i nie. Obecny szef grupy – gitarzysta Andreas Kisser – uważa, że Sepultura radzi sobie co najmniej bardzo dobrze. Świetnie, panie Kisser, tylko dlaczego skutkuje to brakiem dobrych piosenek? Niedługo minie już 20 lat od momentu, w którym twórczy zastój ekipy z Belo Horizonte okazał się faktem. Po “Roots” Sepultura wydała aż 8 (!) albumów długogrających, lecz żaden z nich nie powala swoim poziomem, ale zastanawia czym innym: brakiem przebojów. Jeżeli jestem w błędzie, a pod wodzą Kissera Brazylijczycy wydali choćby jeden chwytliwy do bólu utwór, czekam na propozycje.

KREATOR  Podobnie, jak Sepultura, Kreator również zapisał się złotymi zgłoskami w księdze thrash metalu. Ekipa od początku działająca pod przewodnictwem Millego Petrozzy była jedną z najsilniejszych, thrashowych załóg nie tylko na KreatorStarym Kontynencie, ale i całej szerokości globu. Klasyczne “Pleasure to Kill” czy “Coma of Souls” po dziś dzień są miodem na uszy dla wielbicieli cięć szybkich i precyzyjnych. Kiedy po pięciu studyjnych płytach wypełnionych thrashem w zawrotnych tempach, nasi zachodni sąsiedzi zmienili kierunek muzycznych poszukiwań, wielu fanów pokazało im środkowy palec. Mimo to, krążki wydane od “Renewal” po wieńczącą sławetny okres w historii Kreator “Endoramę” to kawał dobrej muzyki. Fakt, thrashu nie ma tam za grosz, ale pierwotny industrial, już jak najbardziej. Niemcy czerpali z mocy tego gatunku pełnymi garściami, a szczyt dryfów po jego zakątkach osiągnęli na bardzo udanym “Cause for Conflict”. Wspomniana wcześniej “Endorama” była ukłonem nawet w stronę gotyku, lecz ciekawą ewolucję grupy przystopowały pieniądze. A właściwie ich brak. Kiedy dochody z płyt i pozycje na listach przebojów przestały się zgadzać, Kreator – jak i wiele innych thrashowych hord – musiał przypomnieć sobie o przeszłości. Tak też uczynił, a na skądinąd niezłym “Violent Revolution”, oprócz obłąkańczych thrashowych strzałów, zagościły inspiracje melodyjnym death metalem. Wprawdzie niedługo po premierze płyty mogło wydawać się to niewinnym skokiem w bok, lecz przyszłość pokazała, że na jednorazowym odprysku się nie skończy… Od wydanej w 2005 r. “Enemy of God” Kreator wyjątkowo nieudolnie uskutecznia niezdecydowaną wędrówkę między thrash metalem a szwedzkim melo-deathem w duchu Arch Enemy. Ponadto Mille daje znać o swojej fascynacji europejską odmianą power metalu i jest to nazbyt osobliwe. Dowód na potwierdzenie mojej tezy to tegoroczne wydawnictwo Kreator – “Gods of Violence”. Rzecz tylko dla twardych zawodników.

DEICIDE  “Take me Mephistopheles!” – wykrzykiwał Glen Benton na debiutanckim krążku Deicide. To i masa innych bluźnierczych haseł, którymi pierwsze dzieła formacji są wręcz upstrzone, przeszły do klasyki ekstremalnego metalu. Ekstremalnego w oszalałych dźwiękach i do bólu radykalnym przekazie. Ponadto, sam Benton swoją osobą wzbudzałDeicide zainteresowanie nie tylko zinów i mediów związanych z metalowym podziemiem. Otwarcie deklarowana nienawiść do chrześcijan, rzekoma wiara w szatana i wypalony na czole odwrócony krucyfiks zapewniły mu złą sławę w świecie mainstreamu. Któż by jednak zajmował się takimi drobnostkami, skoro cztery pierwsze wydawnictwa Deicide to pomniki death metalu? W dodatku trwalsze niż  spiż. Odrażające, uderzające między oczy nienawistnym przekazem i… szalenie przebojowe! Mimo to, po wydaniu “Serpents of the Light” skład z Tampy przestał czarować. Czarować pozytywnie. Przełom wieków to dla Deicide chyba najsmutniejszy okres. Ciężko bowiem dopatrywać się w “Isineratehymn” czy “In Torment in Hell” zalet, a co dopiero geniuszu. Później było już lepiej, ale nie oznacza to, że dobrze. Obecnie grupa Bentona jawi się jako byt wypalony twórczo, tworzący jednowymiarowe, raczej nudne krążki. Stawiam piwo każdemu, kto przesłucha „Till Death Do Us Part” od deski do deski bez ziewnięcia!

Łukasz Brzozowski