ŁUKASZ MÓWI JAK JEST – Co z tym thrashem?

Poniższy tekst może zawierać kontrowersyjne treści nt. jednej z najpiękniejszych odmian metalu oraz sporą dawkę szkalowania młodych artystów. Jeśli jesteś długowłosym młodzieńcem z kataną zasraną naszywkami, nie kontynuuj lektury.

Co by wam oszczędzić lania wody, wątki uczuciowe przedstawię na samym początku: kocham thrash metal. Kocham thrash metal, jak diabli. Jestem absolutnie bezgranicznym fanem niemal wszystkich gatunkowych scen prosperujących prężnie w latach 80. Perfekcyjne Bay Area, skażony punkowym wygarem Nowy Jork, uroczo kwadratowe Niemcy, bestialską do szpiku kości Brazylię, czy też kompletnie nieprzewidywalną Kanadę. Co więcej, uśmiecham się litościwie przy wypluwanych z prędkością światła kocopołach o nagłym spadku poziomu „gatunkowości” wraz z nadejściem ery grunge. Bo sęk w tym, że wówczas thrash uległ znacznym zmianom, by w końcu nie mieć zbyt dużo wspólnego z zakorzenioną w NWOBHM i hardcore punku, pierwotną wersją swojej muzycznej tożsamości. Ale daleki jestem od głoszenia tez, jakoby poziom muzyki z pasją uprawianej przez długowłosych młodzieńców w dżinsowych kurtkach, uległ nagłemu obniżeniu. Czy upstrzone eksperymentami, charakterne jak nic innego „Grin” Coroner jest krążkiem słabym? Czy nafaszerowane buńczucznym duchem hc/punka „Independent” Sacred Reich to mierna płyta? A co z modelowo bujającym „Distortion” niedocenianego Forbidden? Przykłady mogę mnożyć na potęgę, ale zamiast bezcelowej gloryfikacji thrashu, od razu posunę się do jego największej, nieuleczalnej już wady. Nazywa się ona: XXI wiek.co z tym traszem?

Powrót do łask thrash metalu zaczął się 12 lat temu, dzięki starym dziadom z Exodus. Tak, to nie młodziaki wyraźnie tchnęły w gatunek nowe życie, tylko pomarszczeni, zwiotczali weterani. Wspomniany już band w 2004 wydał krążek „Tempo of the Damned”, kuszący siarczystymi riffami, oparty na gęstej pracy sekcji rytmicznej i oprawiony mięsistym brzmieniem budowanym rękami Andy’ego Sneapa. Nie ukrywam, że nigdy nie rajcował mnie Exodus. Ot, fajny thrash, oparty na fajnych riffach i zawsze irytującym wokalu. Albo inaczej: Baloff – bdb, Zetro – ndst. Zwyczajnie, zawsze nienawidziłem tej jojczącej piszczałki, ale odbiegam od tematu. Po wydaniu „Tempo of the Damned” na całym świecie rozpoczęła się trwająca kilka ładnych lat moda na thrash. Nagle, niczym po podróży wehikułem czasu, na ulicy zagościli wychudzeni jegomoście w katanach z ilością naszywek skutecznie utrudniającą weryfikację tego, co pod nimi. Zmiany w metalowym światku nie dotyczyły jedynie ubioru. Znamienite studia nagraniowe wypełniły dźwięki topornych riffów spłodzonych na pustych strunach i rozklekotanej na wszystkie strony świata perkusji. Początkowo było to całkiem fajne, zupełnie niezobowiązujące retro-granie, nie niosące za sobą absolutnie żadnych znamion oryginalności czy też innowacji. Wtedy też pierwsze strzały zaczęły szlifować kapele uznawane dzisiaj za top nowej fali thrash metalu, jak Havok, Suicidal Angels, Evile, Fueled By Fire. Wcale nie odmawiam tej gatunkowej zbieraninie poziomu. Tfu, niektórym zespołom, większości odbieram, ale o tym zaraz. Bardzo lubię wspomniane wyżej Suicidal Angels, które może nie wyrasta ponad poziom poprawnej kalki Slayer/Sepultury do „Arise”, ale urzeka ogromną pasją przekładającą się na fajne, żywe numery. Równie wysoko sobie cenię zwariowany Vektor albo szlachetnie łomoczące Evile. Niestety, nowych kapel łupiących thrash znajdzie się ledwie garść, zaś statecznych gówniarzy podpieprzających tematy klasykom całe mnóstwo.

Świetnym tego przykładem forsowane przez młodocianych thrashersów Lost Society z Finlandii. Fakt, mająneo trasz przezabawnego wokalistę z tym hilarystycznym wąsikiem, ale to chyba na tyle, nie? W Polsce obecność skostniałych neo-sofixów jest dosyć wyraźna, co niby smuci, ale biorąc pod uwagę wyśmienitą kondycję rodzimego death/black metalu, przestaje obchodzić. Polska może „poszczycić się” wieloma piewcami odgrzewającymi po raz setny tego samego kotleta, ale tak naprawdę tylko jeden z nich znany jest absolutnie każdemu. Gdy usłyszycie jego imię i nazwisko albo padniecie na ziemie w konwulsjach wywołanych głośnym rechotem, albo nałożycie swoją czyściutką katanę i zapalicie z nim zioło na jednej z bydgoskich hałd. Tak, kochani, mowa o Vladzie N. Dla niewtajemniczonych: to koleś, który zaprasza do znajomych młodzież i zachęca do „polubienia jego podopiecznych”. A jego podopieczni to z reguły smutne, krzewiące zjechane miliardy razy patenty z Bay Area kapelki. Jedną z nich na pewno kojarzycie, to Deathinition, którzy zasłynęli z aktywności na profilu Pereł Metalu. Chyba nie muszę opowiadać, bo każdy wie, o co chodzi. Jest też Thermit. Tak, ich wokalista to ten zabawnie skrzeczący kuc z The Voice of Poland…

Na sam koniec myślę o jednym: dlaczego autorami tych dobrych, thrashowych propozycji w dzisiejszych czasach najczęściej są dziadygi? Dlaczego w zeszłym roku na chłoszczącym poletku tak wyśmienicie rozdali Death Angel, Testament bądź też Megadeth? Nie odmawiam też poziomu tej lepszej garstce młodziaków: bardzo dobrze zagrał Vektor, australijski Hellbringer albo szwajcarski Hammercult. Nie zmienia to jednak faktu, że staruchy po raz kolejny pokazały, kto tutaj rządzi.

PS. A rządzi Testament.

Łukasz Brzozowski