ŁUKASZ MÓWI JAK JEST – Bezbożni wrogowie rzeczywistości w martwym świecie

Całkiem niedawno urodziny obchodził Warrel Dane – obecnie frontman Sanctuary, a niegdyś Nevermore. Z tej okazji postanowiłem w kilku punktach wyjaśnić, dlaczego ta ostatnia nazwa zasłużyła sobie na szacunek i rzesze fanów, z którymi to wielbicielami oraz honorami nigdy nie było u nich kolorowo…

Warrel Dane Bez wątpienia Warrel Dane jest jednym z najciekawszych wokalistów na metalowym poletku. Może nie stawia na szaleństwa w stylu Mike’a Pattona, może nie jest utożsamiany z wcieleniem szatana, jak Glen Benton ani nawet nie emanuje postawą „fuck off”, co zwykł praktykować Phil Anselmo. Warrel ma po prostu głos, jak stal. Z powodzeniem dobija do rejestrów kojarzonych z nimfami wodnymi, by po chwili dryfować barytonem w rejonachWD cokolwiek niskich dźwięków. W jego przypadku technika wyniesiona z lekcji śpiewu operowego nie poskutkowała nadmiernym epatowaniem umiejętnościami, ale przyczyniła się do tego, że specyficzny wokal stał się wiodącym elementem kompozycji Nevermore. A do ponadprzeciętnych możliwości i skali swojego głosu dorzucił emocje, bez których muzyka składu Seattle byłaby znacznie uboższa. Dla niezaznajomionych z dyskografią kapeli warto dodać, że wśród uczuć buzujących w piosenkach zespołu wyjątkowo ciężko o chociażby strzępy szczęścia czy radości. To zawsze był przybijający do granic możliwości smutek, który, na szczęście, lokował się kilkanaście lig wyżej od gotyckiej fanfaronady („Dreaming Neon Black”), gniew i nielichy manifest niezależności („Enemies of Reality”), czy po prostu przekuwany w agresję stres wywołany niepokojącą kondycją współczesnego świata („This Godless Endeavor”).

Złoty środek między techniką a emocjami Nevermore od zawsze było wyjątkowo stabilną kapelą, której trzon stanowili Sheppard, Villiams, Dane i Loomis. Wprawdzie przez skład zespołu przewijały się różne nazwiska, w tym Steve Smyth czy Chris Broderick, ale nie zapisali się oni specjalnie w historii formacji. Mimo bardzo sprawnego kolektywu, na jaki składały się te osobistości, w szeregach kwintetu od zawsze najwyraźniej wybijały się dwa ostatnie nazwiska. Fakt, Van Williams i Jim Sheppard to jedni ze sprawniejszych rzemieślników sekcji rytmicznej w świecie nowoczesnego metalu, ale to właśnie dzięki wyjątkowym umiejętnościom Warrela i Jeffa Nevermore wzbiło się na wyżyny. Zwłaszcza ten ostatni wpłynął na bardzo wielu słuchaczy i skomponował masę riffów, które po dziś dzień studiują młodzi adepci gitary elektrycznej. Technika i precyzja Loomisa w splocie ze szczerą emocjonalnością Dane’a wyniosła Nevermore na metalowy firmament, jednocześnie czyniąc ich jednym z najlepszych duetów w muzyce trzeciego tysiąclecia. Co ciekawe, Jeff Loomis jest kojarzony przez niemal każdego jako niepoprawny piewca zbędnych ekwilibrystyk na gryfie, ale w Nevermore zawsze potrafił znaleźć odpowiedni balans między palcołomnymi solówkami a agresywnymi riffami krzesanymi już od debiutanckiego krążka zespołu. Warto dodać, że na „Enemies of Reality” stopień wspomnianej agresji został przesunięty tak daleko, że w muzyce kapeli wyczuwalne stały się elementy death metalu.Nevermore

Kreowanie trendów Nevermore nigdy nie podążali za tym, co akurat jest „fajne” i pomoże zasilić konta bankowe sumami z czterema zerami na końcu. Wręcz przeciwnie, przez pewien czas szli pod prąd, by później kreować trendy. Mówiąc o kroczeniu Nevermore z wiatrem w twarz przez muzyczną scenę, mam na myśli przede wszystkim trzy pierwsze płyty formacji. Wprawdzie już wtedy Nevermore grali eklektyczną muzykę, a albumy numer 2 i 3 uchodzą za najwybitniejsze w ich dyskografii, aczkolwiek wciąż osadzone są w ramach thrash metalu. A, jak wiadomo, thrash metal w połowie i końcówce lat 90. nawet nie dogorywał, tylko podlegał już procesom gnilnym. O dziwo, wtedy zespół zdobył liczną grupę fanów, a wydana w 1996 „The Politics of Ecstasy” zebrała ciepłe recenzje, w których wyraźnie podkreślano, że album był świeżym podmuchem na zatęchłej scenie tradycyjnego metalu. Wspomniane wcześniej tworzenie trendów na własną rękę ujawniło się w roku 2000, który przyniósł zmiany w zespole – Jeff Loomis z sześciostrunowych gitar przerzucił się na siedmiostrunowe, co znacznie wpłynęło na brzmienie kompozycji Nevermore; jeszcze w tym samym roku ukazał się czwarty krążek amerykańskiej ekipy – „Dead Heart in a Dead World”. Kompozycje stały się cięższe, kapela zaczęła eksperymentować z nowoczesnym brzmieniem, a szkielet utworów obdarto z wcześniejszych, skomplikowanych rozwiązań, zastępując piosenkowymi patentami. Czy wyszło to zespołowi na dobre? Zdania są podzielone, ale pod względem popularności posunięcie było strzałem w dziesiątkę. O Nevermore zaczęło mówić się coraz więcej, ale dopiero wydany w 2005 r. „This Godless Endeavor” przyniósł zespołowi wielki rozgłos. Wizerunki muzyków kapeli zdobiły okładki wielu czasopism traktujących o muzyce metalowej przez długi czas, a Nevermore stale pojawiali się na dużych scenach największych europejskich festiwali – w tym i Metalmanii w roku 2006 (zapis tego koncertu można znaleźć na Youtube i DVD formacji pt. „Year of the Voyager” – przyp. red.). Nie powinno to dziwić z racji charakteru materiału, który w swoim czasie stanowił najczystszy ekstrakt nowoczesnego metalu, z którego czerpały dziesiątki artystów. Nie tylko młodych.

NTeksty Słuchacze metalu zdradzają odmienne podejście do tekstów w tej muzyce. Jest ono tak różnorodne, jak tematyka poruszana w poszczególnych odmianach gatunku. Nie da się ukryć, że przez ząb czasu najczęściej nie będą nadgryzione te liryki, które w boleśnie trafny sposób opisują otaczającą rzeczywistość. Momentami brutalnie szczerze, czasami uderzające zmyślnymi metaforami. Obydwa z tych sposobów umiłował sobie Warrel Dane – naczelny tekściarz Nevermore i świetny interpretator własnych liryków. Spektrum tematów poruszanych przez tego wokalistę było wyjątkowo szerokie. Od barwnych opisów ludzkiego umysłu w stanie zaburzenia narkotykowego, przez gorzkie słowa nt. ogólnoświatowej polityki i zorganizowanej religii, po chwytające za serce wersety o rozczarowaniu kondycją dzisiejszego świata. Na każdą z płyt Nevermore Warrel spreparował zestaw wyśmienitych liryków, choć szczyt jego możliwości przypada na album „Dreaming Neon Black” z roku 1999. Jako, że jest to krążek wyjątkowy, to i warstwie lirycznej daleko do zwyczajności. Trzecie, długogrające dzieło Nevermore stworzono w formie koncept-albumu (opartego na własnych doświadczeniach Dane’a), który opisuje wszystkie etapy załamania mężczyzny śmiercią jego wybranki. Od depresji, aż po obwinianie sił wyższych i zwyczajnej paranoi na punkcie tego wydarzenia. Mimo tego, rozgoryczenie jest stałym elementem „Dreaming…” i innych liryk Nevermore, o czym może świadczyć chociażby fragment tekstu do utworu „No More Will”: No more will to me, I see the world fade/No more hope inside, my life means nothing anyway.

Wiara w nicość  Pewien muzyk stwierdził kiedyś, że dobry zespół metalowy poznaje się po tym, jakie robi ballady. Oczywiście, to zdanie nie jest do końca prawdziwe, ale jeśli rozpatrywać je w kontekście twórczości Nevermore, jedyne, co można powiedzieć, to: Nevermore pany! Załoga z Seattle wzorowo radziła sobie z balladami, na każdej płycie umieszczając chociaż jeden taki utwór, który z miejsca opanowywał umysły fanów i koncertowe setlisty. Na debiucie było to nośne „The Sanity Assassin”, utwór tytułowy z „Dreaming Neon Black” prawdopodobnie zanuci każdy fascynat Nevermore obudzony nad ranem, a „Emptiness Onobstructed” wielu uważa za najmocniejszy punkt od góry do dołu gromionego „The Obsidian Conspiracy”. Jednakowoż w historii Nevermore najwyraźniej zapisała się jedna przebojowa piosenka, która jako pierwsza dała zespołowi dojście do szerszego grona słuchaczy: „Believe in Nothing”. Ten z pozoru naiwny przykład sztampowej, powermetalowej ballady z miejsca podbił serca słuchaczy. Ciężko mi wyjaśnić, dlaczego. Może z powodu tego przebojowego refrenu? Albo kojącej zwrotki? A może przeszywającej solówki Loomisa? Trudno stwierdzić, ale mimo faktu, że amerykańska formacja rzadko kiedy sięgała po ten utwór na koncertach, ciężko o jej fana, który nie śpiewałby co rano: Nothing is sacred when no one is saint!

Łukasz Brzozowski