JOE SATRIANI – Shockwave Supernova (Sony Music)

Już za kilka tygodni minie rok i pięć miesięcy od premiery nastego wydawnictwa Joe Satrianiego. Kolesia, który z megalomanem o nazwisku Malmsteen i wiecznym dzieckiem znanym również jako Steve Vai, stworzył fundamenty gitarowej ekwilibrystyki. Od nich czerpali absolutnie wszyscy co lubią szybko i dokładnie. Petrucci, Friedman, Govan? Oni wyżej wspomnianą trójcę czczą po dziś dzień, lecz właśnie ten niepozorny, pozbawiony włosów pan cieszy się pośród niej największą estymą. Yngwie od niepamiętnych lat kreuje dźwięki dyktowane autystyczno-paranoicznymi pobudkami, zaś Steve tak bardzo kochający efektowność (nie efektywność) brutalnie się nań przejeżdża. Skoro ci dwaj są bliżej twórczych kryzysów, aniżeli błogostanów, co robi Satriani, by spreparować perfekcyjny eliksir młodości?

Po prostu, jest sobą. Od lat gra wedle schematów znanych i lubianych, a fani ejakulacji przyswajają je z radością na miarę oniemiałego pięciolatka. Kiedy Steve ceni show i blask swojej postaci ponad kilka dobrych riffów, Joe tymi riffami strzela niczym nieposkromiony młodzieniec. Z biegiem lat, preferuje coraz to oszczędniejsze środki wyrazu miast bezcelowych, pozbawionych większego sensu i rozumu popisów, ale kiedy trzeba, nie rezygnuje z iście rock’n’rollowej buty. Oczywiście nie chamskiej, do przesady utaplanej w klubowym brudzie, lecz odzianej w gustowne szaty. Coś na zasadzie okolicznego rzezimieszka, który ceni sobie wyrafinowane środki perswazji przekazywane poprzez odciśnięcie pięści na twarzy delikwenta, aczkolwiek w małym palcu posiadł wszystkie zasady savoir-vivre’u. I taki jest też Joe – dynamiczne, chwytliwe riffy skrupulatnie osadza na subtelnie falującym kobiercu muzyki progresywnej. Poza tym, każde dziecko wie, że Joe specem od ballad jest; “Flying in a Blue Dream”? “Always With Me, Always With You”? “Cryin’”? Egzystuje na ziemskim padole jakiś miłośnik gitary elektrycznej, któremu obce są te tytuły?! js-live3

Na “Shockwave Supernova” Satriani przygotował jedną z najlepszych kompozycji, która w najmniejszym stopniu nie odstaje poziomem od topowych łamaczy serc, jakie systematycznie od “Not of This Earth” produkuje. “Lost in a Memory” hipnotyzuje i uwodzi do bólu emocjonalną pracą sekcji rytmicznej, by w końcu przyłożyć rzewnym refrenem. Zeszłoroczne dzieło Joe’a jest bardzo równe, ale grzebiąc w swoich zwojach mózgowych, nie przypominam sobie, aby w ubiegłym roku spłodzono lepszą piosenkę. Tak, piosenkę, bo w niej idol łamaczy gryfów udowodnił, że magia muzyki zawsze tkwić będzie w kilku prostych z pozoru nutach.

Mnie przekonał. Po raz kolejny zresztą, bo na “Shockwave…” poszukiwanie nowości dalekie będzie od oczekiwanych rezultatów. Czy to źle? A skądże… Chociaż pewnie czas pokaże. Może nieskalany sławą młodzieniec porozstawia starą gwardię po kątach? Kto wie…

Łukasz Brzozowski

Zdjęcie: Mark Lloyd

Cztery i pół