JAKUB NOWAK – Wszystko jest subiektywne

W polskim podziemiu ciężko o osobnika, któremu obca jest nazwa Chaos Vault. Ten internetowy zin kilkanaście lat temu wystartował z niczym, by dzisiaj być najpopularniejszym polskojęzycznym portalem pisującym o artystach cokolwiek niszowych. Zapis rozmowy z naczelnym Chaos Vault, Kubą Nowakiem, nie jest wywiadem. Przynajmniej pragnąłbym, byście go w ten sposób nie postrzegali. To kilkugodzinna wymiana zdań i wielu opinii nt. obecnego dziennikarstwa muzycznego, kondycji muzycznych serwisów internetowych oraz kilku innych rzeczy. Od zinów, aż po działania promocyjne w znanych wytwórniach płytowych.

Czy papierowe ziny w twojej opinii przewyższają te internetowe?

Cóż, w sumie trudno powiedzieć, ale moim zdaniem nie forma ma tu znaczenie, ale treść. Można przecież zrobić papierzaka, nad którym wypada tylko usiąść i zapłakać, bo pytania wzięte z dupy, a do tego jeszcze kiepsko złożony i tak dalej. Zwłaszcza, że jakby nie było, działam na polu zarówno Internetu jak i właśnie na papierze. Osobiście jednak nie śledzę stricte webzinów z zapartym tchem – obecnie to tak naprawdę na bieżąco jakoś tam sprawdzam tylko co dzieje się w MetalRulez i właśnie u was. Co nie znaczy, że nie czytam webzinów w ogóle. Obie formy mają swoje plusy i minusy. Webziny działają szybko, informacje podawane są praktycznie od razu, a nie czarujmy się – ma to znaczenie w dzisiejszych czasach. Wielokrotnie jednak się zastanawiałem, co będzie jak któregoś dnia ktoś gdzieś wyłączy prąd i cały Internet pójdzie się jebać, łącznie z moją pisaniną… Czy tyle lat pójdzie na marne? Właśnie dlatego też zdecydowałemJakub się na stworzenie papierowej wersji ziniacza. Jak pisał Bułhakow – „rękopisy nie płoną”, co na papierze wydrukowano, już na nim zostanie. No i często też papierowe ziny to jednak uciecha dla oka, i nie mówię tu tylko o gołych babach – po prostu każda strona z wywiadem ma swój klimat, w każdą ktoś włożył dużo pracy, no chyba, że ktoś wrzuca po prostu tekst w Worda, wklei tam słabe zdjęcie i – pyk – ma zina. Takich też przecież jest dość sporo. Reasumując – przede wszystkim treść i osoba ma znaczenie, dobór kapel, poziom ich odpowiedzi, poziom recenzji…

Tak, jak wyżej wspomniałeś, to szlachetność tego, co na papierze może nieco odpychać ludzi od webzinów. Nie uważasz, że niektórzy „redaktorkowie” traktują Internet jako taki hyde park? Śmietnik, do którego można wrzucić wszystko, bo i tak zostanie zapomniane szybciej, niż mogłoby się wydawać?

 Tak jest (śmiech) Z drugiej strony Internet został właśnie pomyślany jako coś w chuj demokratycznego, żeby każdy kto ma dostęp do sieci mógł się wypowiedzieć. I jak wszystko na tym świecie – ma to swoje dobre i złe strony. Traktowanie swoich internetowych łamów jako śmietnika lub nie – to już zależy od podejścia danego redaktorka do swojej pracy. Ja tam na przykład lubię polegać tylko na swojej pracy oraz osób blisko ze mną związanych jeśli chodzi o „Kejosa”. Chaos Vault Webzine w zasadzie już od dobrych kilku lat ma bardzo ustabilizowany skład, że tak się wyrażę, redakcyjny – nie chcę po prostu, by ktoś, kogo nie znam, pisał pod naszym logiem jakieś farmazony, tylko po to, żebym… No właśnie, w sumie nawet nie wiem po co… Patrz – nas w Chaos Vault jest zasadniczo czterech: Ef, Pathologist, Łysy i ja, a od jakiegoś czasu pisuje jeszcze wywiady i relacje Bart (Boską gdzieś wcięło, czego bardzo żałuję), dwóch znajomków podsyła nam zdjęcia plus czasem ktoś gościnnie coś napisze. Ale nie są to osoby, których nie znam i którym nie ufam. A codziennie na stronie jest recka, są newsy, dość systematycznie wywiady plus ogarniamy jeszcze fejsa, który jednak jest sporą pomocą w promocji. Robimy to w takim składzie. A masz portale, gdzie skład redakcyjny liczy ponad dwadzieścia osób i poza – moim zdaniem – słabą merytoryką i stylem, który mi nie pasuje – chuja się u nich dzieje. A jeszcze szukają sobie niespełnionych licealnych skrybów, którym oferują swoje łamy – no fajnie, takie mają podejście – ich sprawa. A potem masz takie kwiatki jak ten ostatni, że wokalista Ragehammer to się zachować nie umie bo ze sceny brzydko mówi i po co, skoro metale to bracia? Czy to odpycha ludzi od webzinów? Po części na pewno, popatrz, że pomimo tylu lat wciąż pokutuje takie podejście, że jak webzine to na pewno chujowy, bo zakładają sobie je gimnazjaliści… Co prawda taka opinia to raczej domena osób które mają tam powiedzmy już powyżej trzydziestu lat, niemniej jednak gdzieś tam ona cały czas krąży. I żeby za prosto nie było – jest jeszcze druga strona, bo mamy przecież wszystkich tych młodszych adeptów, którzy wolą webziny bo po pierwsze – na kilka kliknięć, po drugie – za darmo (wyjebać kasę na browary zawsze można, ale jak ktoś słyszy, że zine 15 zł to olaboga, ale drogo). Oczywiście część z nich czasem sięgnie po rzeczy na papierze, ale ilu za ten czas w ogóle zdąży wyrosnąć z metalu… I – pozwolę się z Tobą nie zgodzić – Internet nie zapomina. Jak będziesz miał pecha to wyciągną ci wpadkę sprzed wielu lat (śmiech)… Rany, ale ja się rozgaduję – zamknąć to więc w jednym zdaniu – od ciebie, szanowny redaktorze, zależy, czy zrobisz ze swojego webzina (czy tam portalu) miejsce, gdzie każdy może się wypowiedzieć, choćby w najgłupszy sposób czy też nie. To ciebie potem ocenią czytelnicy.

Fragment o licealnych skrybach oficjalnie mnie uraził (śmiech). A co masz na myśli mówiąc o słabej merytoryce i stylu konkurencyjnych zinów? Recenzje, w których opisuje się utwór po utworze? Wywiady z pytaniami typu: „A skąd nazwa kapeli…”?

No nie do Ciebie akurat piłem (śmiech). Chodziło mi raczej o target portalu, który miałem na myśli. A raczej portali, bo to już drugi taki śmieszny przypadek z akcją – „piszcie do nas, będziecie redaktorami!” (śmiech). I umówmy się – ani Chaos Vault dla pozostałych, ani pozostali dla Chaos Vault nie są konkurencją. Jak ktoś przeczyta u mnie recenzję nie znaczy, że nie przeczyta w takim Kvlt czy Metal Rulez. A jeśli chodzi o słabą merytorykę – to już nawet nie chodzi mi o znanie składu, dyskografii i tak dalej, bo takie rzeczy idzie zweryfikować jedynie na żywca. Tu raczej chodzi mi o to, że ktoś po prostu bierze się tak naprawdę za pisanie o muzyce, o której nie ma pojęcia, nie rozumie że taki – że będę się trzymał tego doskonałego przykładu – Ragehammer i Tymek w ogóle to pyskate skurwysyny, nie rozumie inside joke’u o kapturach i chyba nie rozumie jeszcze jednej najprostszej prawdy – metal to nie jest muzyka pokoju, kurwa miłości i braterstwa. A przynajmniej w mojej opinii nie powinien taką być, bo wyrósł z całkiem innych rzeczy. Nie rozumie platońskiej idei metalu, że tak powiem Jak ja stoję na koncercie i piję piwo a gość ze sceny mówi mi, że jestem pizdą – to ma rację, bo nie powinienem stać oparty o ścianę tylko napierdalać pod sceną, oczywiście jeśli muzyka mi się podoba i tak dalej. Po co ktoś idzie na koncert zespołu, którego przesłania nie pojmuje? Na siłę go tam wysłali? Za karę? Bo z recenzjami jest trochę inna sprawa – tutaj ktoś przecież może nie znać się na muzyce, o której pisze. A dlaczego? No bo mu przysłali dany krążek do recenzji. Jasne, można odmówić. Nie wiem jak inni, my zazwyczaj zaznaczamy, jeśli ktoś nam chce wysłać materiał odbiegający pod względem stylistycznym od tego, w czym siedzimy na co dzień, że spoko, napiszemy, ale żeby ktoś zdawał sobie sprawę, że nie wysyła tego do ludzi, którzy sobie na przykład zjedli zęby na progresywnym heavy metalu czy innym shoegaze. A przecież niejednokrotnie wyłapujesz na pewno w recenzjach różne kwiatki, od których oczy pękają i zastanawiasz się, czy ktoś robi sobie jaja czy tak na serio. I nie mówię tu o sytuacji, że komuś się jebnie i powie, że zespół Stormnatt jest z Niemiec, podczas gdy jest rzeczywiście z Austrii – to może zdarzyć się każdemu. Ale jak słyszysz, że Mord’A’Stigmata fajna i słychać u nich dużo Dimmu Borgir albo Blaze Of Perdition takie se, bo inspirują się Behemoth to zmienia twoje podejście do autora recenzji. Jeśli zaś chodzi o opisywanie płyt utwór po utworze, numer po numerze – to już co kto lubi. Ja nie lubię czytać takich recenzji, poza tym sam rzadko kiedy tak recenzuję płyty. Co do wywiadów – no to akurat dałeś dobry przykład. No bo jak można zadawać w kółko te same pytania? Jasne, bez pewnych pytań trudno jest poprowadzić wywiad, zwłaszcza mailowy, ale miejcie litość. Ja pisząc pytania mam przed oczyma tego biednego muzyka, który poświęca dla mnie swój czas i zdaję sobie sprawę, że pewnie woli bardziej wykombinowane pytanie niż po raz kolejny z rzędu odpowiadać na „czy zmieniłbyś coś na swojej płycie” albo „jak się nagrywało”… Z drugiej strony jak czytam czasem wywiady to się głęboko zastanawiam, bo muzycy potrafią dać tak chujową odpowiedź na pytanie które według mnie było zajebiste, a potem otwieram sobie jakiegoś innego zina czy webzina i tam gość się rozpisuje jak to w studio było super, ile to nie wypili i w ogóle jakie heheszki, że ojenyjeny. W ogóle, ja nie lubię czytać kolejnych wywiadów z tą samą kapelą, sam też unikam się przeprowadzania wywiadów z zespołami, które już wielokrotnie odpowiedziały. No chyba, że ich po prostu lubię i staram się temat ugryźć z innej strony. A są przecież zespoły, które odpowiadają w tym naszym podziemiu na masę wywiadów… Na przykład Trauma, mimo, że ich lubię – ileż można czytać z nimi wywiadów (wiem, bo sam zrobiłem dwa i za propozycję trzeciego już podziękowałem). Albo Embrional – oni byli już wszędzie, więc nie chciałbym męczyć ani ich ani czytelników ani siebie kolejnym, zapewne podobnym wywiadem, (śmiech).

Ja trochę inaczej podchodzę do recenzji. Jeśli już je czytam, zwracam uwagę na to, czy została dobrze napisana. Tylko ten aspekt mnie interesuje, a brednie autora pomijam, gdyż każdy ma prawo do własnej opinii, nawet tej najgłupszej…

No tak, ale co to znaczy „dobrze napisana”? Poprawna stylistycznie, bez błędów językowych, gramatycznych? Ja właśnie przeciwnie – bardziej mnie interesuje zdanie autora, takie ogólne, na temat płyty. Może dlatego, że nie jestem muzykiem, tak naprawdę wali mnie, czy gdzieś recenzent napisze na przykład „a w tym numerze z kolei pochody chromatyczne grane w kwintach nie sprawdzają się tak dobrze, jak w kolejnym kawałku, gdyż ponieważ lepiej pasowałyby tu kwarty, a poza tym – ruch palców skierowany powinien być raczej w kierunku strun wiolinowych, a nie w górę, przecież to nie pull-off!”. No sorry, nic z tego nie kumam, bo jak słucham Hellhammer to nie zastanawiam się, czy oni tam dobrze czwarty palec kładą czy nie. Mówi się, że muzyka jest jak matematyka. Otóż dla mnie nie. Dla mnie nie ma tu nic z nauk ścisłych. Ja lubię opisywać i czytać o uczuciach recenzenta względem danego krążka, danego utworu czy danego koncertu. Może dlatego nie przepadam za Dream Theater (śmiech)! Ale serio – moim zdaniem rozkładanie muzyki od tej strony mija się z celem. Dla mnie takie pisanie jest wyprane z emocji. W „Stowarzyszeniu Umarłych Poetów” jest moim zdaniem doskonała scena, gdzie nauczyciel każe rysować wykres, żeby ocenić czy dany wiersz jest dobry czy nie. No kurwa – przecież to absurd. Albo jakaś płyta mi się podoba albo nie, albo nie mam zdania, bo targają mną sprzeczne emocje… Dlatego też potrafię nawet zrozumieć, że komuś może podobać się krążek Northern Plague czy czegoś innego – jeśli odnajduje w tym odpowiednie emocje i jeszcze jakoś to sensownie spróbuje opisać… Bo przecież tego nie można odbierać obiektywnie, nie masz wzoru na „idealny utwór black metalowy z drugiej fali”, albo „średni numer z gatunku Bay Area Thrash”. To wszystko jest subiektywne.

Nie mam na myśli bezbłędnej gramatyki i perfekcyjnej interpunkcji. Chodzi mi o ten „nerw”, łatwo rozpoznawalny sposób pisania i cięty charakter autora danego teksu. Spójrz na takiego Maćka Krzywińskiego: nie zgadzam się z nim w bardzo wielu kwestiach, ale ciężko mi wskazać lepszego dziennikarza muzycznego w tym metalowym światku.

Może wyjdę teraz na ignoranta, ale bardzo słabo kojarzę Jego recenzje. A jeśli chodzi o nerw – no tak, niektórych autorów recenzji można rozpoznać po ich stylu, innych trudniej. No ale tutaj znów dochodzimy do ściany – co to znaczy, być lepszym dziennikarzem muzycznym (poza tym chyba zapomniałeś, ilu mamy takowych w kraju…) – to znów twoje prywatne odczucie. Dla ciebie może to być Maciej, dla innych Łukasz Dunaj, a jeszcze dla innych Sławomir Nietupski. No i czy na przykład dziennikarzem muzycznym jest tak samo Piotr Weltrowski jak gość, który od trzech miesięcy pisze o muzyce w założonym przez siebie blogu? Zasadniczo – obydwaj piszą o muzyce, obydwu można nazwać dziennikarzami muzycznymi. Wiem, może dzielę włos na czworo, ale to już nie PRL, gdzie dziennikarzem był ten, kto miał legitymację prasową wydaną przez odpowiedni organ – tak naprawdę, przy dużym nadużyciu – dziennikarzem muzycznym może być typ, który daje lajka pod linkiem do danej płyty na YouTube – wszak wyraża on swoją aprobatę, przedstawia swoją pozytywną opinię na jej temat, ale w mega okrojonej wersji.

Wszystko jest subiektywne

Wszystko jest subiektywne

Tutaj docieramy do bardzo ciekawej kwestii: po czym poznać prawdziwego dziennikarza muzycznego, a nie amatora? Jak dla mnie, jest to właśnie charakterystyczny styl wyrabiany latami i wysoki poziom tekstów, który rzadko kiedy ulega jakimś wahaniom. Problem jedynie w tym, że u niektórych dziennikarzy nie zawsze odczuwam pasję. Dobrym tego przykładem Jarek Szubrycht, którego podejście wydaje się stać daleko od entuzjazmu, a raczej bliżej monotonii i malkontenckiego wyrażania swoich myśli.

No nie wiem, ja uważam się za amatora, więc nie chciałbym wyrokować o amatorszczyźnie bądź nie innych osób piszących o muzyce. Najprościej byłoby powiedzieć, że profesjonalnym jest ten, który zarabia na życie pisząc o muzyce, no bo utrzymuje siebie i bliskich z dzielenia się swoimi spostrzeżeniami i opiniami na dane tematy. Ale czy tak jest faktycznie? Przecież recenzji nie piszą bogowie, nieomylni niczym Pius IX tylko ludzie jak Ty czy ja, a jedyne co ich odróżnia od siebie to wiedza, staż, swoboda w posługiwaniu się słowem pisanym… Jarka Szubrychta czy Piotra Weltrowskiego może i można oceniać jako malkontentów, znudzonych tą całą muzyką, ale z drugiej strony – ci kolesie potrafią jednym zdaniem opisać płytę, nad którą inni srają się po kilkanaście akapitów, he, he. Przy czym to jest mój prywatny odbiór ich pisaniny bo za chwilę zjawi się ktoś i napisze, że „pfff, chuja a nie recenzja, skoro tam nic nie ma o muzyce tylko jakieś osobiste zdanie autora!”… Ja w ogóle strasznie nie lubię przymiotników „muzyczny”, „sportowy”, „motoryzacyjny”… Weź taki przykład: Marek Sierocki. No dziennikarz muzyczny jak się patrzy, codziennie w Teleexpresie w dwie minuty przedstawiał Polakom nowości muzyczne z całego świata, (śmiech)… A weź go zapytaj, co sądzi o debiucie Bathory to pewnie zrobi głupią minę (śmiech). Ale żeby zakończyć temat dobrego „dziennikarza muzycznego”… Niech będzie to osoba, która przede wszystkim jest szczera w swoich sądach i potrafi napisać, że dana płyta się mu nie podoba, mimo że wypadałoby jednak ją pochwalić. A po drugie – pisze tak, że po prostu chce się go czytać z takiego czy innego powodu: ma cięte pióro, zna się na rzeczy od strony technicznej, no cokolwiek, co sprawi, że chce ci się czytać jego wypociny. Czy robi to dla tysięcy osób w wysokonakładowym piśmie, czy dla dwunastu w swoim blogu internetowym – to już mniej ważne.

A ty wolisz takich redaktorów, którzy zachęcą cię recenzją do odsłuchu płyty, czy może tych, co to operują barwnymi metaforami, ale tekst zapamiętasz lepiej od omawianego w nim materiału?

A to nie na jedno wychodzi? Przecież można napisać doskonałą recenzję chujowej płyty. A jeśli sama recenzja jest lepsza od samej muzyki to znak dla zespołu, że pora wziąć się kurwa do roboty!

No tak, ale można napisać dobrą recenzję dobrej płyty, po której to recenzji nie odczuwasz parcia, by odsłuchać opisywany w niej materiał.

No tak. Ale to musiałoby mieć miejsce w przypadku, gdyby recenzent opisywał krążek zespołu, za którym osobiście i subiektywnie nie przepadam. Przyznam, że sam nie kojarzę sytuacji, że nagle polubiłem jakiś krążek pod wpływem recenzji. Na przykład, teraz ci pokadzę, lubię twoje pisanie, i załóżmy, że napisałeś dobrą recenzję płyty Dream Theater (sorry, nie pamiętam, czy taką pisałeś, pamiętam, że ich zjebałeś), więc teoretycznie ta płyta musiała być dobra bo napisał ją dobry recenzent. I gdyby posługiwać się zasadami logiki – byłaby dobra i znów teoretycznie – powinienem zostać oświecony i pokochać Dream Theater. Ale ja ich kurwa nie lubię i dopóki sam nie odkryję ich piękna to dla mnie każda ich płyta będzie – subiektywnie rzecz biorąc – kiepska. I to samo tyczy się dajmy na to Watain, Czytałem dużo pozytywnych opinii o ich krążkach, a były to opinie ludzi którzy się znają na muzyce. Ale po żadnej z tych recenzji nie udało mi się przekonać do Watain, pomimo że teoretycznie rzecz biorąc – nie powinno być żadnych przeciwskazań. Bo i recenzent dobry i gatunek który lubię, a mimo to Watain dla mnie to cały czas jednak średniej jakości black metal, nudny i bez jaj – jeśli chodzi o ich ostatnie dokonania muzyczne. Często więc zdarza się tak, że nie odczuwam parcia do odsłuchu danego krążka, mimo że zachwycał się nią osobnik którego zdanie sobie cenię.

A tak abstrahując, to wielu ludzi uważa, że recenzje są tworem powstałym na potrzeby asekurantów bez własnego zdania. Głupie, nieprawdaż?

Nie do końca rozumiem (śmiech). No ale tak, jeśli ktoś na przykład pisze same dobre recenzje, pomimo że dana płyta mu się nie podoba – to owszem, jest asekurantem bez własnego zdania. Ja sam często próbuję znaleźć cokolwiek w płycie, co sprawiłoby, żeby płyta mi się spodobała, z różnych powodów: a bo sobie wyobrażam, że muzycy na pewno się strasznie namęczyli nagrywając ją, a bo przecież ten zespół jest na tyle szanowany i znany, że może ja coś przeoczyłem, bo niemożliwe, żeby nagrał kupę… Ale koniec końców, jeśli niczego takiego nie znajdę to o tym piszę: sorry, próbowałem, ale niestety, mamy do czynienia z gównem. W mojej skromnej opinii.

Nie chodziło mi o asekurantów w postaci recenzentów, tylko czytelników!

Aaaa. No to tak, to mi się zdaje dość częste, że jakiś czytelnik gdzieś coś zasłyszy i już sobie wyrobił zdanie, nie sprawdzając krążka. Albo przyjmując apriorycznie że dany album musi być zajebisty, bo nagrał go Vader, The Sixpounder czy inny Iscariota. Ale to też zależy od podejścia piszącego – ja pisząc wyobrażam sobie (wiem, głupio to brzmi), że tę recenzję musiałbym na przykład powiedzieć w twarz danemu artyście, do tego w obecności jakiegoś słuchacza i to ten słuchacz musiałby zdecydować, po zapoznaniu się z materiałem, czy rację mam ja pisząc, że album jest kiepski, czy rację ma muzyk, który uważał, że album jest tak zajebisty, że aż trzeba się nim podzielić ze światem. To ma ten plus, że nigdy nie piszę że na przykład muzyk jest niedojebem. Ale mogę napisać, że muzyka jest niedojebana, wieśbo to diametralna różnica, zwłaszcza że muzyk prywatnie może być fajnym gościem. O czym miałem się okazję już kilka razy przekonać, gdy zjebałem materiał kogoś, kto potem okazywał się naprawdę spoko. Ale to należy oddzielić. Czytający recenzje powinien zaś zdawać sobie sprawę, że ten kto pisze recenzję nie musi się znać na tej muzyce, więc dlatego mógł ją zjebać. Albo na przykład, że wpływ na to, iż dany krążek okrzyknięto debiutem roku może mieć na przykład fakt, że dany portal założył właściciel wytwórni, gdzie wydano jakiś album, a recenzję napisał jego kolega… To jak w życiu – informacje trzeba weryfikować, opinie należy zestawiać ze swoimi prywatnymi odczuciami o płycie czy utworze. Rozteoretyzowaliśmy się, Łukaszu (śmiech).

Weź jednak pod uwagę, że wiele płyt z miejsca trafia do licznej grup odbiorców ze względu na znajomości muzyków, kolesiostwo… Momentami podchodzę do tego z pewnym gniewem, gdyż obrywa się zwyczajnie lepszym artystom, którzy pozostają w cieniu z powodu słabszej promocji albo zawężonych kontaktów na scenie.

Nie no, to oczywiste, ale niestety tak było, jest i prawdopodobnie będzie. Wiesz, co innego jednak gdy Krzysiek Słyż mówi, że on wydaje kolegów – bo to prawda i ma do tego prawo. Co innego jednak gdy ktoś nazywa się niezależnym portalem muzycznym, a recenzuje rzeczy wydawane przez właściciela wytwórni, który założył również i rzeczony portal. Z drugiej strony – często bywa też tak, że kapele zamiast narzekać na promocję powinny same zacząć coś robić, a nie siedzieć z założonymi rękami, że ktoś zrobi to za nich. Przykład: zespół gra sobie koncert, samo go sobie organizuje, a potem się dziwi, że przyszło dwadzieścia osób. Ale informacji o tym koncercie nie rozesłał nigdzie, a przecież to zajmuje dwie minuty napisać tu czy tam „strzała, proszę o wrzucenie info o koncercie”. Czy z wydaniem albumu, demo czy co tam jeszcze – prosto powiedzieć, że promocja kulała, jak się do niej nie przyłożyło – chodzi mi tu oczywiście o młode kapele które nie są związane jeszcze z żadną wytwórnią. Co to za problem poświęcić wieczór na napisanie kilku zdań i wysłanie informacji, że demo dostępne tu czy tam. No bez jaj, to nie wymaga nawet nakładów finansowych – nie rozsyłasz listów pocztą, tylko ślesz jebanego maila. Nie mówię już o patologiach, jakie miały miejsce w pismach typu „Thrash’em All” czy „Metal Hammer” tudzież inny „Mystic Art”, gdzie płytą miesiąca musiał być album wydany w Metal Mind Productions, Mystic Art albo z błogosławieństwem menago. Nie ma tu się o co jednak gniewać, tylko zacisnąć poślady i zapierdalać – jeśli zależy komuś na poklasku wygenerowanym sztucznie przez to, że ktoś sypnął kasę na reklamę albo wywiad tu czy tam to niech zakończy czym prędzej działalność. Znów powołam się na casus Mord’A’Stigmaty – przecież już ich debiut był mistrzowski, mieli jedną taką sobie wytwórnię, drugą taką sobie wytwórnię, ale w końcu trafili do Pagan Records, grają coraz lepsze sztuki i mówi się o nich coraz lepiej i szerzej poza granicami. No ale Static nie siadł i nie zaczął biadolić, że ludzie nie zachwycają się dojebanym do cna „Antimatter”, tylko zawziął się i wydał „Ansię”…

Mnie bawi promocja (a właściwie jej brak) w pewnej wytwórni mogącej poszczycić się nazwą Batushka w katalogu. To niesamowite, że tam absolutnie w czterech literach ma się reklamowanie nowych wydawnictw na rzecz odświeżania staroci i setek wznowień…

No widzisz, mnie też. Ale nie mój cyrk i nie moje małpy, szkoda tylko że takie dobre materiały jak Sauron i ich „Wara!” przechodzą bez echa… Fakt, płyta ładnie wydana, akurat wczoraj doszło do mnie oryginalne wydawnictwo. A chłopaki muszą sami się promować. Ale oni akurat to robią i bardzo dobrze.CHV

Z naciskiem na p. Złego (śmiech). No dobrze, to w ramach pytania wieńczącego rozmowę zapytam cię o… najgłupsze pytanie zadane na koniec jakiegokolwiek wywiadu, z którym miałeś styczność.

Już koniec? A zacząłem się rozkręcać (śmiech). Kurwa, ja zawsze wychodzę z założenia, że nie ma głupich pytań (są co najwyżej oklepane albo nietrafione), bo nawet jeśli zespół uważa, że zadano mu głupie pytanie, to zawsze może błyskotliwie odpowiedzieć – pognębi pytającego, sam wypadnie lepiej. Często tak się zdarzało. A inwencja co do nietrafionych pytań jest naprawdę szeroka. Ostatnio w jednym zinie gość zapytał muzyka North (kapela ze stażem ponad ćwierć wieku, jeśli ktoś nie kojarzy, cały czas aktywna i tak dalej) o historię zespołu… No przecież tej historii to by starczyło na wszystkie czterdzieści kartek tego ziniacza, który skądinąd całkiem się broni. W ogóle ja czasem lubię takie „głupie” pytania, no ale – jak wszystko – jest kwestią subiektywną.

Rozmawiał Łukasz Brzozowski

Zdjęcia: archiwum prywatne