INNA DUSZA – Łukasz Orbitowski (Wydawnictwo Od Deski Do Deski)

„If it bleeds, it leads” – stwierdza bohater filmu „Nightcrawler”, i ma rację. Społeczeństwo od zawsze karmi się prawdziwymi tragediami pod warunkiem, że może je oglądać z daleka. Byle nie zaśmierdziało i pozwoliło bezpiecznie, z dystansem oburzyć się na zło świata i dać odbiorcy poczucie moralnej wyższości. „Inna Dusza” Łukasza Orbitowskiego powstała jako część cyklu z gatunku „true crime” i na bazie historii, która wydarzyła się naprawdę, jednak nie znajdziecie tu tabloidowego zacięcia padlinożercy krzyczącego, że „ludzie mają prawo wiedzieć”. Ta książka cieszy świetnie skrojoną literaturą, ale też boli jak ten moment, kiedy okazuje się, że zło to nie jest coś, co przytrafia się tylko innym.

W zapomnianym kącie cywilizacji zwanym Bydgoszczą, gdzieś w połowie barwnych lat 90., trójka chłopców – Krzysio, Jędrek i Darek – powoli wchodzi w dorosłość. Otacza ich szary, postkomunistyczny beton i frustracje rodziców, którym przemiany ustrojowe przetrąciły kolana. Rodzi się w nich młodzieńcza samoświadomość i marzenia o wielkim świecie, podsycane telewizją i kolorowymi pismami, lizane przez szybę sny o lepszym świecie jak w „Podróży do Ciepłych Krajów” Grzegorza Ciechowskiego. W ich już-nie-dziecięcym świecie kiełkuje zło. Pusta, bezsensowna śmierć wyrywa Bydgoszczan z marazmu, by za chwilę znów mogli zanurzyć się w monotonii istnienia, aż do kolejnego zabójstwa i bodźca, który połączy wszystkich w krótkim, zbiorowym oburzeniu. W cieniu krwawych zbrodni trwa małe piekło Krzysia, głównego bohatera „Innej Duszy”. Krzysio ma mamę – dobrą, poczciwą kobietę i tatka, który podlewając alkoholem chorobę dwubiegunową funduje swojej rodzinie ścieżkę zdrowia z pretensji, użalania się nad sobą, pustych obietnic poprawy i wstydu przed światem. Prawdziwy horror pojawia się w momencie, kiedy emocjonalna więź z kolegą-zabójcą staje się jedynym punktem zaczepienia w krzysiowym świecie przeoranym przez ojca – pijaka i żałosnego egocentryka. To jest prawdziwy, pełzający dramat świata popsutej miłości i marnej przyjaźni, o którym nikt nie powie w popularnym programie interwencyjnym zaraz po wiadomościach.Okładka

Gdzieś przy okazji Orbitowski odbrązawia archetyp mordercy – błyskotliwego, charyzmatycznego szaleńca, z którym oswoiła nas popkultura. Zachwycamy się hipnotyzującymi oczami Anthony’ego Hopkinsa syczącego zza pancernej szyby w „Milczeniu Owiec”. Imponuje nam przemiana Waltera White’a z pierdoły w arcymistrza zbrodni. Kibicujemy Dexterowi Morganowi w oczyszczaniu planu zdjęciowego z przestępców, tak jakby socjopatę faktycznie interesowało kogo zabija. U Orbitowskiego nóż trzyma człowiek-mimoza, chłopak bez właściwości, zainteresowań, poglądów, nieudolnie kombinujący jak pogodzić wewnętrzne bodźce z przetrwaniem. „Inna Dusza” jest książką o banalności zła i tym, że nie ma ono twarzy Charlesa Mansona na koszulce Axla Rose. Nie próbuje wyjaśnić motywów zbrodni, na których nikt nic nie skorzystał, bo w pustych oczach zabójcy nie ma ani uczuć, ani chłodnej logiki, jest tylko impuls i bezdenna głupota.

Jeśli zło miałoby być nieobecnością dobra, to „Inna Dusza” pokazuje świat pochłonięty przez tę nieobecność, wypchany byle jakimi emocjami i żalem dziedziczonym z pokolenia na pokolenie. Rozczaruje się ten, kto po „Innej Duszy” spodziewa się zaangażowanego społecznie reportażu czy kryminału podszytego horrorem, z którym autor jest kojarzony. Tu groza tkwi w szarej, pustej codzienności i również jest gorsza niż ten „morderca z pokoju obok” z wiersza Emily Dickinson. Warto stawić jej czoła.

Bartosz Cieślak