INFERNAL DEATH ’zine #10

Reaktywacja szacownego periodyku podziemnego Infernal Death ucieszyła mnie szczególnie. Lubię fantazjować, że aktywizacja dziennikarska Przemka Popiołka na łamach Blackastrial jakoś tam przyczyniła się do wydania tego numeru po, bagatela, piętnastu latach. Śmiem twierdzić, że pod pewnymi względami jest to najlepszy Infernal, jaki mógł w takich okolicznościach powstać – choć nie uniknięto poważnych potknięć, a raczej świadomie się na nie zdecydowano.

Wiem i pamiętam, że Infernal Death zasłynął niewyparzonymi językami redaktorów i ostrym piórem kłującym dziwne i kuriozalne zjawiska polskiego podziemia lat 90. Fakty są takie, że pismo dorosło razem z twórcami i najlepsze momenty #10 ID to te, w których rozmawiają ze sobą ludzie dojrzali i poważni. Może niekoniecznie jest to coś, czego oczekują od prasy podziemnej (i samego Infernala) rozmiłowani w „bezkompromisowości” podziemni działacze, ale tak właśnie to widzę. Pogaduchy z Łukaszem Orbitowskim, Piotrem Wiwczarkiem, Łukaszem Dunajem, hrabią Necronosferatusem, Bartkiem Krysiukiem, Michałem Wardzałą, Blaze of Perdition czy edukatorem młodych seminarzystów Piotrem Weltrowskim czyta się jednym tchem, są wnikliwe, nierzadko zaglądają w kłopotliwe rejony, ale takich rozmów nie przeprowadziłby nikt inny i nigdzie indziej takich nie znajdziecie. Można się zgadzać lub nie z prezentowanymi w nich poglądami, ale w każdym przypadku są to teksty najwyższej jakości. Rewelacyjny jest sam pomysł zahaczania ludzi, którzy w mniejszym lub większym stopniu z podziemia wyszli, pokazania gdzie są, czym żyją i jak widzą swoją przeszłość i teraźniejszość, co jest dużo ciekawsze niż setna wyliczanka ulubionych płyt zeszłego roku.

Jest też drugie oblicze Infernal Death, wciąż obciążone własną legendą kontrowersyjnego pisma i infernal-death-zine-10_1496 zdecydowanie słabsze. Tego typu teksty miały sens w erze „przedinternetowej”, kiedy prasa podziemna była szczerym scenowym głosem piętnującym możliwie na bieżąco szkodliwe zjawiska. W roku 2014 takie wywody chciałoby się skwitować biurowym „think before you print”, bo ich sens jest, przynajmniej dla mnie, co najmniej wątpliwy. Piję tu konkretnie do trzech tekstów – pierwszym z nich jest piastolowy pamflet na Nahalda, doklejony do wywiadu z tymże. Sławek w rozmowie tradycyjnie prezentuje się jako człowiek spokojny, mocno stąpający po ziemi i na luzie podchodzący do kwiecistej biografii niezapomnianego Northland. Z drugiej strony mamy wałkowanie po raz n-ty tych samych rewelacji sprzed 20 (słownie i dosłownie: dwudziestu) lat, jakby nic się od tamtego czasu nie wydarzyło. Nie jest to moja obrona kolegi, bo kolega obrońców nie potrzebuje, po prostu autentycznie dziwię się, że są tacy, którzy z 40-stką na karku wciąż tak mocno przeżywają jakieś śmieszne licealne akcje, w dodatku opisywane na przestrzeni lat w kilku zinach… Nasuwa się wniosek, że antynahaldowi kryżowcy żyją Nahaldem znacznie bardziej niż on nimi, choć to naturalnie prywatna sprawa kto na co ma ochotę poświęcać swój czas i uwagę, więc niech i tak będzie.

Kolejny tekst, który przeczytałem ze znudzeniem, to dość sucha szydera z zespołu Northern Plague. Oczywiście białostoccy mistrzowie metalowego marketingu aż proszą się o wyprowadzenie kilku memowych klapsów za otoczkę i działania, oględnie mówiąc, nie licujące z mało pokaźnymi dokonaniami muzycznymi. To wszystko zostało już jednak przemielone na internetach, forumach i facebookach, które z oczywistych przyczyn szybciej i celniej reagują na takie sytuacje. Tekst nic nie wnosi, żarty są mocno hermetyczne i tak naprawdę nie wiem jaki jest cel obśmiewania w podziemnym zinie zespołu, który z podziemiem nie ma nic wspólnego i nawet specjalnie się do niego nie pcha. Podrzeć łacha fajna rzecz, ale Northern Plague to nie pierwsza i nie ostatnia ekipa, której związki z undergroundem kończą się na tym, że gra jakąś tam odmianę ekstremalnego metalu; czas pokaże jak daleko można ujechać na wykresach kołowych. Wreszcie trzeci „komplikator”, czyli wywiad z unblackmetalowym Eglibbor, z którego dowiedziałem się, że po dwudziestu latach od debiutu Horde kogoś wciąż oburza tzw. chrześcijański black metal, zjawisko o zasięgu oddziaływania porównywalnym do popularności 7 Gates na amerykańskim rynku prasy muzycznej.

Moim wątpliwościom i niezadowoleniom poświęciłem więcej miejsca niż mocnym punktom Infernal Death, ale naprawdę uważam, że własna legenda potrafi uwierać, zwłaszcza, jeśli połowa składu redakcyjnego jest już mentalnie na zupełnie innym poziomie, i to on sprawia, że #10 fruwa w zupełnie innej galaktyce niż reszta rodzimej prasy podziemnej. Wiem, ze szykuje się numer jedenasty i czekam na niego z niecierpliwością, ale niekoniecznie chciałbym w nim przeczytać demaskatorskie felietony o TTF, Dziubie czy Demonic Records, że się tak obrazowo wyrażę. Jakkolwiek jest to najlepszy podziemny papierzak ostatniej dziesięciolatki, z jakim miałem do czynienia, twierdzę, że mógłby być jeszcze lepszy bez kontrowerchy w stylu polskich tygodników prawicowych ujawniających afery z Wikipedii. Pytajcie o Infernala pod adresem przemek.popiolek@wp.pl, bo drugiego takiego zina nie ma i nie będzie.

Bartosz Cieślak