HOUK – Transmission Into Your Heart

Na chwilowe pożegnanie z krajowymi wymiocinami, płyta, która może i nie zbawiła muzycznego biznesu, ale z zadziwiającym hartem ducha zniosła nieco ponad 21 lat, jakie minęły od jej nagrania. Płyta, która udowodniła, że „rock” wcale nie musiał oznaczać klezmerskiego udawania profesjonalistów, zadająca też nieco kłam słowom, jakie napisałem przy okazji recenzji Urojonychcałychmiast. Okazuje się, że można było szczerze przyłoić, przelewając przy okazji nieco ekstazy w proste, ciężkie dźwięki. Co nie zmienia faktu, że był i pozostanie Houk zespołem jednej płyty. Przynajmniej dla niżej podpisanego.

Rok 1993. Warszawa gwałtownie podnosi się z szarzyzny lat 80-tych. Co i rusz powstaje nowa knajpka, ulice są kolorowe, momentami wręcz pstrokate, szczególnie dla kogoś, kto dopiero co pojawił się „na mieście”. Idę do popularnego klubu Remont. To mój drugi koncert w Warszawie. Pierwszy był Post Regiment. Teraz gonię zobaczyć nowy zespół Darka Malejonka, Houk. W klubie ścisk, na scenie zespół. Duszno, muzycy zadowoleni, morze alkoholu przelane, a może nie tylko alkoholu? Ale w jakiś magiczny sposób nie odbija się to na kondycji ekipy. Lecą kolejne kawałki, potężne bębny i niezapomniana gitara Sadowskiego. Malejonek – nawiedzony szaman. Świetny koncert. Tak zapamiętałem swój pierwszy kontakt z Houk, który wówczas szykował się do nagrania swojej drugiej płyty. Dzisiaj, mimo, że tamte obrazy już się zatarły, cały czas mam wrażenie, że był to zespół, który – akurat w tamtym okresie – faktycznie na pierwszym miejscu stawiał muzykę i był wolny od jakichkolwiek niepotrzebnych zależności. I choć skład nie utrzymał się zbyt długo, dał nam jedną z lepszych, krajowych płyt tamtej dekady. Świeżość propozycji Houk wynikała z muzycznego głodu. Darek, dotychczas grający w Izraelu i Armii, chciał stworzyć swój własny projekt i od samego początku, mocno uduchowiony „lot” Houka był jego zasługą. Do kompanii dobrał sobie nie byle jakich muzykantów – Tadek Kaczorowski, Robert „Sadek” Sadowski i Piotr „Fala” Falkowski poznali się w jednym ze składów Deutera (końcówka lat 80-tych) i wspólnie z Darkiem postanowili zrobić coś nowego. Trudno w tym momencie dywagować, kto kogo zatrudnił, dość, że krótki okres działania składu był bardzo intensywny. Debiutancka płyta, nagrana na żywca w ciągu czterech dni w studiu Roberta Brylewskiego, pokazała szerokie spektrum inspiracji, od bluesa, przez hendrixowski rock do ciętych, hardrockowych form, w których zespół czuł się chyba najlepiej. Potem pojawia się koncertówka „Natural Way” (z kilkoma nowymi piosenkami) i powoli dochodzimy do sedna sprawy. Ukształtowanej formie zespołu brakowało w zasadzie jedynie dobrej ręki w studiu. I tu na arenę wkracza nadworny producent lat 90-tych – Leszek Kamiński, z którym zespół zamknął się w równie legendarnym S-IV w listopadzie 1993 roku. Nie wiem, jakie układy wchodziły wówczas w grę, bo na arenie pojawia się jeszcze jedna, mocno kontrowersyjna postać – Katarzyna Kanclerz związana z Izabelin Studio, managerka Hey. Szperając w Internecie, można znaleźć jej wypowiedzi dotyczące tej sesji – zachwyt muzyką Houk, chęć dania szansy nowemu, świetnemu zespołowi itp. bzdury. Nie chcę umniejszać niczyjej roli, bo chyba tylko sami zainteresowani wiedzą, jak wyglądało to w owych, dość pionierskich czasach; patrząc jednak na daty, mam wrażenie, że chodziło o wyłowienie kolejnego, świetnego zespołu, który dobrze się sprzeda. Przecież w lutym 93 roku na świecie pojawił się album „Fire”, zatem apetyty musiały być ogromne a perspektywa kolejnej kury znoszącej złote jajka była kusząca. Tak czy inaczej, pani Kanclerz razem z Andrzejem Puczyńskim widnieją we wkładce jako producenci płyty, ale to łapom muzyków i uszom Kamińskiego zawdzięczamy korzenny czad, jaki wylewa się z „Transmission…”.Grafika1

Okiełznanie pierwotnej, nieokrzesanej siły zespołu było ryzykowne, bo to właśnie owa energia i nieskrępowany luz czyniły z Houka petardę. Chyba tylko dlatego pozwolono im zaszaleć, stworzono akwarium, w którym zespół mógł hasać do woli. Obróbkę muzyki ograniczono do minimum, stawiając na selektywność z jednej strony i dbałość o ciepłe, naturalne brzmienia gitar Sadowskiego. I to był strzał w dziesiątkę, bo produkcja tej płyty, nawet dzisiaj, po dwóch dekadach zwyczajnie poraża. Potęgą, niesamowitym ciosem, witalnością i pasją. Wiem, słowa dość pretensjonalne, ale w temacie rockowego uderzenia „Transmission…” nie ma sobie równych. Oczywiście, z dzisiejszej perspektywy jest nieco za mało tego basowego gruzu, jednak czyszczenie muzyki, dokonane przez Kamińskiego w ciekawy sposób wyeksponowało podskórne, lekko szamańskie elementy, na których pewnie najbardziej zależało Malejonkowi. No i oczywiście – same kompozycje. „Transmission…” to kopalnia RIFFU, elementarz każdego maniaka gitary rytmicznej. Sadowski zgrabnie połączył tu fascynację hendrixowskimi pochodami z ciężkim, gęstym przesterem. I od pierwszego numeru „Why” dostajemy po głowie wybornym hałasem. Są tu houkowe kamienie milowe w postaci znanego z koncertówki „Natural Way”, jest ekstatyczny „Nobody’s Child”, „Soul Ammunition”. Jest rewelacyjna praca sekcji rytmicznej ze wskazaniem na Falkowskiego, który ujawnił tu genialne wyczucie groove’u. Jego proste bity miały niesamowitą siłę i puls, jakiego Houkowi mógł pozazdrościć każdy zespół w tamtym okresie. Kiedy było trzeba, pojawiały się delikatne załamania, jak w zakręconym „No One”, rewelacyjne brzmienie werbla i punkt, którego Fala nie tracił nawet, kiedy był, hmmm, mocno wesoły. I cała masa hendrixowskiego ducha – „Check Out”, „No Time To Lose”, oparty na bluesowym pochodzie rytmicznym „Pain”, genialne solo w „Why” czy rozedrgany „(Spiritual) Revolution”. Każdy z tych numerów to klasyk, zagrany tak, jakby miał się skończyć świat. Zawsze pozwalam sobie na dość dużą egzaltację w stosunku do opisywanej muzyki, jednak nie jestem w stanie znaleźć na tej płycie słabego punktu. Ok., być może przerywnik, instrumentalny, zagrany na drumli „Zyyma” jest niepotrzebnie wsadzony od razu na drugiej pozycji, lepiej sprawdziłby się gdzieś w środku stawki. Na koniec zostawiam sobie dwa absolutne hity płyty: „God Bless” – zestawienie spokojnych, opartych o transowo pulsujące półkotły zwrotek z potężnym, gitarowym atakiem refrenów nieodmiennie robi na mnie niesamowite wrażenie. Dawka energii, precyzja i chwytliwość głównego riffu nie pozostawiają wątpliwości, że mamy do czynienia z wydarzeniem. Tuż za „God Bless” pojawia się utwór tytułowy, zbudowany na podobnym patencie łączącym spokojne, psychodeliczne zwrotki z potężnymi refrenami. Cała płyta to monolit, rzecz przemyślana, rewelacyjnie zagrana i jeszcze lepiej doszlifowana. Zażarło tutaj wszystko, każdy znalazł się w odpowiednim momencie kariery. Można powiedzieć, że na styk, bo tuż po nagraniu płyty zespół opuścił Robert Sadowski, tylko po to, by za kilka miesięcy pojawić się na czele kolejnego symbolu tej dekady – grupy Kobong.Grafika2

I w zasadzie na tym kończy się bajka. Po „Transmission…” nastąpiły zmiany i jeszcze raz zmiany. Malejonek rozwiązał zespół, by ponownie wrócić do żywych w zmienionym składzie, pojawili się muzycy jazzcore’owego składu Ahimsa, płyta „Generation X” i na pożegnanie, nagrany w 2000 roku album „Extra Pan” będący raczej bladym odbiciem dawnej świetności. Dzisiaj jeszcze intensywniej widzę geniusz pierwotnego składu Houka. Zespołu, którego historia rozpoczęła się i zakończyła się na tej płycie. Sadowski spotkał się z Falą jeszcze po rozwiązaniu Kobonga, grając w świetnie zapowiadającym się zespole Robot (okolice roku 2000), razem z dzisiaj już nieżyjącym perkusistą Marcinem Szyszko (min. Wilki). Miałem przyjemność uczestniczyć w dwóch próbach tego składu, odbywających się w piwnicy praskiego hotelu Orzeł i to co usłyszałem, do dzisiaj pozostało w mojej pamięci, podobnie jak bardzo zła kondycja samych muzyków…  Niestety, zespół nie pozostawił po sobie płyty a Robert zmarł – oficjalnie na zawał – 25 stycznia 2005 roku. Rok później ze światem pożegnał się były basista Houk Tadeusz Kaczorowski. Sama płyta miała więcej szczęścia niż opisywany niedawno krążek Apteki. Od razu ukazała się w wersji kasetowej i kompaktowej, a kilka lat później, w 2004 roku MMP przygotował reedycję, na szczęście, z zachowaniem oprawy graficznej, dorzucając jedynie jako bonusa teledysk.

Arek Lerch