HOMO TWIST – Homo Twist (Music Corner)

Pozwolę sobie odbrązowić nieco – skądinąd szacowną – koncepcję red. Lercha na cykl „wspominkowy”, który objął dotąd m.in. recenzje albumów Ewy Braun, Apteki czy Houk. Idea jest taka, że przypominamy płyty trochę zapomniane, trochę niedocenione (w swoim czasie i dziś), a trochę przyćmione przez wcześniejsze lub późniejsze dokonania jednego z drugim artysty… A tak naprawdę piszemy nasz własny pamiętniczek, mniej lub bardziej zasadnie fantazjując, że opowiemy komuś o perełkach, które były ważne przede wszystkim dla nas i naszym zdaniem niesłusznie przepadły. I że kogoś te wywody faktycznie interesują. Inaczej się nie da, bo przecież nie będziemy pisać o czymś, co naszym zdaniem wylądowało na śmietniku historii zasłużenie. Dlatego w dzisiejszym odcinku wywołam na puszczy drugi album Homo Twist.

Oczywiście, nie jest to materiał „zapomniany” w takim sensie, że w momencie wydania przepadł, a dziś archiwalne egzemplarze walają się po portalach aukcyjnych. „Homo Twist” ukazał się czasach, kiedy nawet niszowe twory polskiego rocka zyskiwały wsparcie „pampersowych” mediów, a rodzima alternatywa grała w programach w TVPScreenHunter_1632 Sep. 16 09.49, a nawet na festiwalu w Opolu (rok 1995). Fani docenili, prasa pochwaliła, a i dziś średnio zorientowany słuchacz skojarzy „Populares Über Alles” czy niezapomniany greps z włosem na ustach Frederika Willema de Klerka. Zaryzykuję jednak stwierdzenie, że płyta jest o tyle zapomniana, że dziś już mało kto kojarzy Macieja Maleńczuka z tym etapem jego życia i twórczości. Omawianie późniejszej drogi życiowej i artystycznej Syna Edwarda jest tematem na osobny zbędny felieton; na potrzeby niniejszego wywodu stwierdzę tylko, że wszystko, co nastąpiło począwszy od „Moniti Revan” było stopniowym, konsekwentnym spieniężaniem talentu i wielkości kiełkującej na debiutanckim „Cały Ten Seks” i rozwiniętej na „Homo Twist”. Dziś trudno stwierdzić, gdzie kończy się parodia, a zaczynają prawdziwe „buty do szpica, brylantyna i łańcuszek” i chyba tylko dwie pierwsze płyty Homo Twist okazały się odporne na wypolerowanie pod estetykę biesiadno-kabaretową, która brutalnie wykorzystała nawet numery grane przez Maleńczuka na stricie.

…i chyba niespecjalnie byłoby co polerować. „Homo Twist” to brzmienie rockowego trio, czerpiące z punka, psychodelii, funku, grunge’u, ale nie mieszczące się w żadnym z tych gatunków. Maleńczuk grając surowego riffowego rocka pod betonową, a przy tym czujną sekcję Dreadhunter-Hajdasz nie ściga się z Rage Against The Machine ani Rollins Band. Forma jest tu tylko wehikułem dla pewnej autorskiej wypowiedzi i wibracji, a ciężar tekstowy współgra z energią i siłą, która wybuchła i szybko się wypaliła, ale to już inna historia.

Mam to szczęście, że załapałem się na koncert Homo Twist w 1997 roku w Gospodzie EB na gdańskim Targu Węglowym, gdzie przy okazji Jarmarku Dominikańskiego grywały m.in. Bielizna, Kury, Apteka czy Ścianka (wówczas jeszcze przed debiutem płytowym). Był to dla Homo Twist moment przejściowy, już z Olafem Deriglasoffem na basie i z ulatującym powoli zawiesistym ciężarem, który bardziej niż na „Moniti Revan” słychać było na koncercie. Zachłyśnięty wówczas deathmetalem nastolatek z Gdańska zbierał szczękę z podłogi, że taki wygar potrafi wygenerować trzech gości, którzy z jego ukochanymi łomotami z piekieł nie mają nic wspólnego.

Homo Twist przed laty.

Homo Twist przed laty.

Ostatecznie „Homo Twist” ma w sobie więcej piekła niż niejedne z rzeczonych deathmetali. W „Factotum” Charlesa Bukowskiego jest świetna scena, w której szef pyta Chinaskiego, o czym jest jego książka. „O wszystkim”, pada odpowiedź. „Tak? Na przykład… o raku?”. „Tak”. „A o mojej żonie…?” „Ona też tam jest”. I trochę tak właśnie jest z „Homo Twist”, bo na tej płycie jest cały świat. Ten wielki, ten dookoła nas i ten wewnątrz głowy – czasem najgorszy z nich. Trudno w to uwierzyć słuchając koszmarków pokroju „Psychodancing”, ale zanim Maleńczuk wyhodował manierę nieśmiesznego estradowca-mądrali, jak mało kto potrafił w kilku żołnierskich słowach uchwycić w klamrę uduchowioną poezję i knajacki wkurw prosto z trzewi. Po gębie zbierają nowobogackie fircyki („Taki jak ja”), wyborcy z krótką pamięcią („Mandela”) i gówniarzeria o lotnych pięściach („Krew na Butach”). Z drugiej strony poeta łka i utyskuje nad tragedią wojny i brakiem refleksji nad historią („Sarajewo”, „Ten Years After”, „Walka o pokój”). W cieniu wielkich dramatów rozgrywają się te małe, osobiste, które Maleńczuk snuje własnymi słowami („Nikt z Nikąd”, „Portfel Ojca”) i pożyczonymi od Emily Dickinson („Brain”, „Nobody”, „Demony”).

Nie będę czarował, że wszystkie teksty z „Homo Twist” robią dziś na mnie takie samo wrażenie, jak kilkanaście lat temu. Część z nich szarpie mną równie mocno, część mnie śmieszy, a niektórych już nawet nie lubię. Istotne jest to, że to takie albumy jak ten w śmieszno-głupim okresie dorastania otworzyły mi głowę na siłę dobrego tekstu w piosence. I uwrażliwiły na – przepraszam za wyrażenie – poezję, bardziej niż cały program nauczania języka polskiego, co akurat trudne nie jest, ale o tym kiedy indziej. Posępno-cyniczna narracja Maleńczuka idealnie uzupełniała skłonność ku twórczości Wojaczka, Bursy i Dunna, przyjemnie odtruwając mnie po wzniosłym, zniewieściałym pierdoletto z kanonu lektur. Do dziś wolę Bukowskiego od Micińskiego. Sorry, Tadek.

Homo Twist 2008

Homo Twist 2008

W ramach podsumowania zacząłem spisywać starcze ględzenie o tym, że „dziś już się takich płyt nie nagrywa”, ale w porę ugryzłem się w klawiaturę. Teraźniejszość należy do ludzi o połowę młodszych ode mnie, niech oni za siebie deklarują, jaka muzyka – o ile jakakolwiek – jest nośnikiem treści dla nich istotnych. Może będzie to prostoduszny hedonizm Popka albo filozoficzna kontestacja systemu na bogatości typu Glaca – to już nie będzie moja historia. Ale tak naprawdę nie ma powodu, aby płyta sprzed prawie dwudziestu lat nie miała przemówić do kogoś, kto np. dwadzieścia lat skończy w przyszłym roku. Sama muzyka nie zestarzała się w ogóle, a i świat, o którym śpiewa Pan Maleńczuk, za wiele się nie zmienił. Wciąż „każda falanga tworzy konstytucję, buduje własny system nagród i kar”. I tylko w lokalach nie wolno już palić.

Bartosz Cieślak

Foto: archiwum zespołu/Asia Nastal/Artur Rawicz