GOTTA GO – Staramy się kreować gusta

Już w pierwszy weekend października w studenckim klubie Panopticum w Cieszynie odbędzie się siódma edycja festiwalu Gotta Go, swoją nazwę opierającego na hardcorze, choć niestroniącego przecież od punkowych czy metalowych smaczków. Na promujących go plakatach próżno szukać gwiazd – przeważają młode, obiecujące kapele, które duże mogą stać się dosłownie za chwilę. Wszystkiemu przyświeca piękna idea DYI. O genezie imprezy, planach na przyszłość i koncertowych marzeniach rozmawiałem ze współorganizatorem Gotta Go, Grzegorzem Pindorem.

Grześku, ciekawi mnie, jak to wszystko się zaczęło. Skąd pomysł? Stwierdziłeś, że w mieście niewiele się dzieje i czas to zmienić, chciałeś spróbować swoich sił w branży organizatorskiej, a może pobudki były jeszcze inne?

Sama koncepcja festiwalu narodziła się dość późno i to wcale nie było tak, że nagle chciałem robić więcej. W związku z przeprowadzką z Cieszyna miałem mniej czasu, aby aktywnie działać na tym polu, a do rozpoczęcia studiów zorganizowałem sporo cyklicznych eventów, od regularnych koncertów punkowych, przez metalowe sztuki, na Orkiestrze Świątecznej Pomocy kończąc. Jak to mówią, z braku laku dobry kit, ale nie można tego odnieść do moich koncertów. Jestem dumny z tego, że nigdy nie dopłacałem do wydarzeń, a wszyscy, którzy u mnie gościli, cieszyli się jeśli nie dobrą frekwencją, to prawdziwa gościnnością. Festiwal zrodził się po to, aby wypełnić lukę, która powstała nie tyle z powodu mojego wyjazdu, co zamknięcia kilku kulturotwórczych miejsc. Wiesz, dziesięć lat temu, przynajmniej w Cieszynie, co trzeci młody człowiek był jakoś związany ze sceną – chciałem, aby ten złoty czas przynajmniej raz w roku wrócił. Tak narodził się Gotta Go Festival. Z początku zorientowany bardziej na metal, ale z czasem razem z drugim organizatorem, moim przyjacielem i zarazem mózgiem przedsięwzięcia od strony finansowej, poszliśmy w hardcore punk. Nie żałujemy.

Czy ta zmiana punktu ciężkości, o której wspominasz, spowodowana była ewolucją osobistych fascynacji muzycznych, czy jakimiś innymi względami? Temat braku czasu dobrze znany. Z drugiej strony, jak mówisz, zawsze jest to „coś”. Nawet, jeżeli raz do roku… Czy w organizowaniu festiwalu odnalazłeś jakieś trudności, z którymi nie spotkałeś się podczas robienia „tradycyjnych” koncertów?

Zmiana gustu muzycznego była dość naturalna. Kto mnie zna (lub znał), ten wie, że bliżej mi było do wszystkiego co „core”, choć jeszcze parę lat wcześniej ganiałem w białych adidasach i katanie (śmiech). Problemy dotyczą zarówno koncertów metalowych i punkowych, ilości wysiłku, stresu i prób znalezienia złotego środka, jak przyciągnąć ludzi i czy w ogóle (!). Z zespołami z kręgu hardcore może jest nieco łatwiej, ze względu na mniejsze wymagania finansowe czy techniczne, ale niech nikt nie myśli, że to tania zabawa. W ogóle, promocja i organizacja wydarzeń – nieważne, czy to koncert, czy impreza z dj’ami – częściej przypomina walkę o każdą złotówkę, niż zastrzyk dobrej adrenaliny dla promotora. Cieszyn jest dość specyficznym miastem, które ze względu na kulturową, muzyczną otwartość, pozwoliło nam łączyć różne środowiska i pokazać, że głos młodych ludzi, nieznajdujących dla siebie innej alternatywy, niż piwo w bramie i wątpliwej jakości dyskoteka, jest wysłuchany.GG

Wspomniałeś też o czasach przeszłych, kiedy to niemal każdy był w coś zaangażowany i bez przerwy się coś działo. Teraz tego nie ma? Uważasz to za znak czasów – nikomu się już nie chce? I w czym przejawia się ta otwartość Cieszyna? Miasto wspiera imprezę?

Miasto ma potężny potencjał. Turystyka, rekreacja i dorobek historyczny obu części miasta (polska i czeska) systematycznie przekuwany jest w interesujące pomysły. Za pokaźną ilość wydarzeń kulturalnych, głównie w sezonie letnim, odpowiadają ludzie, którzy, brzydko mówiąc, siedzą w temacie po uszy, ale bez pomocy np. studentów animacji społeczno-kulturalnej – filaru naszej filii Uniwersytetu Śląskiego – nie byłoby tak różowo. Zresztą, studenci mają swoje festiwale, ukierunkowane bardziej na sztukę audiowizualną, niż konkretny gatunek muzyczny, ale jest komu i czemu kibicować. Druga sprawa – Cieszyn to południowa kolebka filmu. Niekoniecznie czeskiego, choć na nim oparte są nasze festiwale, ale trzeba być kompletnym ignorantem aby nie wiedzieć, że to u nas zrodziły się Nowe Horyzonty, to z Cieszyna do Katowic przeniosła się Nowa Muzyka, a sztandarowym wydarzeniem roku jest festiwal Kino Na Granicy, którzy ilością gości specjalnych przyćmiewa znacznie większe wydarzenia w innych częściach kraju. Na parę dni w roku jest u nas naprawdę tłoczno i gwarno. Wtedy to miasto żyje. Z jednej strony powiedziałem o sporym wachlarzu wydarzeń i aktywności, a z drugiej, cóż, Gotta Go miał uzupełnić, a w pewnym sensie wyprzeć, niektóre z nich. Brakuje u nas ducha niezależności, powiewu czegoś świeżego, wychodzącego poza schemat, dlatego walczymy o słuchacza. Staramy się kreować gusta młodzieży i pokazywać im inne ścieżki.

Zastanawia mnie, jak prezentuje się grono przybywających na festiwal – to raczej fani hardcore’a przyjeżdżających z bardziej lub mniej odległych okolic, czy mieszkańcy/ studenci zwabieni zaciekawieniem?

I to, i to. Najciekawsza, a zarazem nieco smutna, jest przewaga przyjezdnych. Poza dość oczywistymi kierunkami jak Kraków, Katowice czy Ostrava, zjeżdżają do nas ludzie z Warszawy, Poznania… a nawet Gdyni! Nie zapomnę, jak kilka lat temu usłyszałem od znajomej, która była na Woodstocku, że ktoś z jakiejś wioski pod Poznaniem opowiadał jej o takim festiwalu Gotta Go. Był, widział i chce wrócić. Właśnie po to robi się takie imprezy. Co do wielbicieli konkretnego gatunku… chyba tak. To głównie hc/punkowa impreza z metalowymi akcentami, ale przychodzą do nas fani reggae, zdarza się, że zadeklarowani hip-hopowcy, a mam nawet znajomego fana techno, którzy nigdy nie lubił gitarowej muzy, a przyjeżdża do nas co roku, bo podoba mu się atmosfera. Mimo to, chciałbym, aby nasz festiwal był atrakcyjny dla regionu. Poza bielskim Nacjonalizm, Nie dziękuję Fest (listopad) i górnośląskim Never Forgive, Never Forget (koniec sierpnia) nie ma drugiej takiej imprezy, a na pewno nie w obrębie Śląska Cieszyńskiego. Jesteśmy więc najwięksi, a jednocześnie, po siedmiu latach budowy tej marki, cały czas szukamy pomysłu (i finansów) aby pokazać, że potrafimy zrobić coś z grubej rury.Terrordome

Z jednej strony nieco szkoda, że nie ma większego zainteresowania wśród miejscowych, z drugiej – fakt, że ludzie chcą przyjeżdżać do was z tak daleka, niewątpliwie o czymś świadczy. No właśnie – kwestia rozwoju. Czy po siedmiu latach wciąż celujecie jeszcze wyżej, czy idea podtrzymywana jest niejako z rozpędu? Były momenty zwątpienia?

Cały czas są. Główna przeszkoda to brak krajowych, dużych ekip. A przynajmniej tych hardcore’owych. Poza Schizmą i 1125, Government Flu czy The Lowest ciężko o duży koncertowy magnes, dlatego co roku sięgamy po coś z bogatego dorobku polskiego punka. Była Ga-Ga Zielone Żabki, był The Bill, teraz są to Bulbulators. Czekamy w końcu na Analogsów i Włochatego, ale to dopiero za rok. (śmiech) Mamy małe marzenia, jak koncert Dezertera czy przeniesienie imprezy na teren zamku, gdzie przy wsparciu Cieszyńskiego Browaru Mieszczańskiego (nie mylić z Brackim), udało by się nam stworzyć coś naprawdę wyjątkowego. Poza tym, moim głównym celem, poza wyjściem z klubu studenckiego Panopticum, jest poszerzenie imprezy o dodatkowy dzień z muzyką elektroniczną i hip-hopem. To wszystko się ze sobą zazębia, tylko trzeba to dobrze ugryźć. No i mieć pieniądze. (śmiech)

Dobrze słyszeć o podobnych planach. Odnośnie zamku – myślisz, że to marzenie możliwe do spełnienia? I właśnie, sponsorzy. Czy poszukiwania z roku na rok, wraz ze wzrastającą renomą festiwalu, są coraz łatwiejsze, czy niekoniecznie?

Są do spełnienia, ale to wymaga sporej pracy, a jest nas naprawdę garstka. W zasadzie, cała inicjatywa żyje dzięki aktywności mojej, Łukasza i czasem paru wolontariuszy. Festiwal planujemy na kilka miesięcy do przodu, szukamy pomysłów, zespołów, chcemy, aby działo się dużo, ale żeby umysł i ciało najadło się nie tylko samą muzyką. (śmiech) Stąd pomysł, aby w tym roku odciążyć strefę gastro, którą zajmuje się bielskie Food Not Bombs, i spróbować sił w kuchni. Będzie smacznie i zdrowo. Nasze kobiety wiedzą, co robią! Wracając do ekspansji – mamy dobrą bazę pod festiwale, i nie mówię tutaj o samym terenie browaru na zamku, co o terenach rekreacyjnych poza centrum miasta. Jest jednak coś jeszcze: choć dla wielu może to być impreza jakich wiele, ot, większy koncert na kilka kapel, aby nawet takie „zwykłe” wydarzenie miało miejsce, trzeba mieć, cóż, prozaicznie, chęci. A tych z upływem lat trochę mniej. Rodzina, praca itd…

To zrozumiałe, wprost proporcjonalnie ze znikającym gdzieś czasem znikają także chęci… A mimo to wciąż utrzymujecie festiwal przy życiu. Co zatem w całej tej zabawie daje Ci największą satysfakcję? I ze ściągnięcia jakiej kapeli jesteś – do tej pory – najbardziej dumny?

Największą satysfakcję… zaufanie, jakim darzą nas zespoły. Zagrało u nas ponad 40 zespołów, niemal z każdego gatunku ciężkiej muzyki, ale największy sukces, jak dotąd, to edycja na której gościliśmy 1125 i Schizmę. To dość rzadki widok. Z małych sukcesów, uważam, że koncerty, które robiłem dla Austriaków z ShowYourTeeth, były absolutnie wyjątkowe. Podobnie z czeskim Skywalker. Dziś obie formacje to duże i cenione w środowisku załogi. Mam nadzieję, że podobnie będzie z naszymi tegorocznymi gośćmi z Czech.

A jakieś koncertowe marzenia? Zespoły, które pewnego dnia chciałbyś do siebie sprowadzić?

Z naszego podwórka na pewno Dezerter i Armia, z innych mniej „skocznych” marzeń, z pewnością Tides From Nebula, ale to na inny koncert. Z zagranicy, z tych realnych, For the Glory, Pipes and Pints i No Turning Back. A z dużych kapel, zrobić Agnostic Front… to by było coś!Castet

Tego Ci życzę, Grześku. A jak w ogóle prezentuje się Twój rok koncertowy?

Jak na razie na Hurts na Torwarze, będzie to mój piątych ich koncert, potem zjednoczone power metalowe bóstwo – Helloween, a zimą Enter Shikari po raz sam nie wiem który. Czas nie pozwala być wszędzie, dlatego taki Testament z Death Angel odpuszczam, podobnie z hardcore’owcami z Counterparts, ale odrobię na Trapped Under Ice. No i nie zapominajmy o trasie Licho, a niewiele później koncercie Sólstafir w Krakowie. Dzieje się. Jak zwykle… a, byłbym zapomniał. Koncert roku, i mój pierwszy tego artysty, to Sting. Spełnienie wszystkich marzeń.

A jeśli chodzi o Gotta Go vol. 7? Które kapele podniosą Ci tętno?

Z pewnością Hard Work z nowym materiałem. W zasadzie, prawie wszystkie zespoły zagrają u nas z premierowymi lub przedpremierowymi piosenkami. Dużo sobie obiecuję po After Laughter, jeśli ktoś zna Dag Nasty, powinien ich sprawdzić. Będzie o nich głośno.

I… ostatnie słowo pozostawiam Tobie.

Jeśli masz wolny weekend na początku października, musisz u nas być. Czeka na Ciebie piękne, dwujęzyczne miasto, masa dobrego, lokalnego piwa, kilka unikatowych atrakcji turystycznych, a, przede wszystkim, potężna dawka dobrej, ekstremalnej muzyki. Pamiętaj, 7 października widzimy się w Cieszynie.

Rozmawiał Adam Gościniak