GET IN THE SKM: Część trzecia: Światło odbite

Beztroski duch wakacji powoli ustępuje miejsca deszczowej jesiennej aurze i zastanawiam się, czy nie należałoby również pogody ducha zastąpić jakąś mentalną burzą, wiatrem czy innym małym kataklizmem. Być może przed nami kolejna długa zima, która zerwie nam z twarzy uśmiechy, stłamsi radosne myśli i zamrozi nieposłuszne rozumowi języki. Czy warto już teraz rozpalić w głowie ogień, który podczas wielkiej suszy wypaliłby nam duszę do cna, a w krainie bezlitosnego mrozu będzie zaledwie nikłym światełkiem, które mimo wszystko nas rozgrzeje? To może na początek podpalmy pomniki naszych bohaterów.

Nie lubię biografii, bo w każdej z nich dostrzegam jakąś kreację. Nawet ludzi, których znam osobiście nie potrafię czasem zgłębić na tyle dobrze, żeby wygłaszać na ich temat jednoznaczne sądy, więc na co mi opinie osób trzecich na temat kogoś, kogo dobrze nie znają ani oni, ani ja? Po co mi znajomość faktów z życia człowieka, który z moim życiem nie ma nic wspólnego poza tym, że w jakiś sposób poruszyła mnie jego twórczość? Nie ma najmniejszego znaczenia czy będzie to Justin Broadrick czy Justin Bieber (choć ten ostatni chyba nigdy mnie w żaden sposób nie poruszył). Oczywiście miło jest czasem dowiedzieć się czegoś więcej na temat ulubionego zespołu i pomysłów, które stały za daną płytą, więc nie będę tak do końca strzelał w stopę sobie, a w głowę idei przeprowadzania wywiadów i pisania o muzyce, bo jak by nie patrzeć stanowi ona ważną część naszego życia. No i pewnie Arek wyrzuciłby mnie za to z ekipy tworzącej Violence. Gdyby jednak spojrzeć na to wszystko z boku, to być może więcej uwagi powinniśmy poświęcać komuś innemu. W końcu taki pan strażak czy pani pielęgniarka robią pewnie więcej dobrego w ciągu jednego dnia niż przeciętny pan artysta w ciągu miesiąca. Szczególnie, że w przypadku tego ostatniego możemy przecież mieć do czynienia z typowym pawiem, za którego pięknymi piórami czai się pospolity ptasi móżdżek.

Zakładam jednak, że większość z nas przeżywała lub przeżywa coś w rodzaju fascynacji nie tylko ulubionymi dźwiękami, ale także ludźmi je tworzącymi. Począwszy od plakatów wieszanych na ścianach, przez wnikliwe studiowanie wywiadów, na kolekcjonowaniu autografów i zakulisowych przygodach kończąc. Dla wielu spełnieniem może być uściśnięcie jakiejś części ciała ulubionego artysty lub usłyszenie jego głosu. Można nawet pochwalić się, że „owszem, znam go”. I choć zasadniczo nie mam prawa oceniać tego, co komuś innemu potrzebne jest do szczęścia, to zastanawiam się skąd bierze się w nas taka potrzeba. Czy stąd, że fenomen siły, z jaką porusza nas muzyka najłatwiej wytłumaczyć stojącym za nią „geniuszem”, człowiekiem wyrastającym ponad przeciętność? Czy może stąd, że potrzebujemy mitów i komiksowych charakterów, żeby w ich blasku nadać swojemu życiu trochę więcej koloru? Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale czasem dziwnie się czuję widząc starych koni proszących o autografy, czy o możliwość zrobienia sobie z kimś wspólnej fotki. I uwierzcie mi, że nie jest to zazdrość.

 potrzebujemy mitów i komiksowych charakterów

potrzebujemy mitów i komiksowych charakterów

Nie chodzi mi jednak o to, żeby pokazać jaki to jestem „ponad wszystko”, patrzący z góry na „idoli” i śmiejący się z maluczkich, którzy dają się uwieść wykreowanemu wizerunkowi. W końcu i ja wieszałem sobie na ścianach plakaty, postrzegając przedstawionych na nich muzyków jako króli życia. I mnie zdarzało się zagadywać ich po koncertach i zadawać im „niezwykle ważne” pytania. Kto, jeśli nie ja, przeprowadził dziesiątki wywiadów z osobami odpowiedzialnymi za stworzenie moich ulubionych płyt? Jednak takie bałwochwalcze podejście z czasem staje mi się tym bardziej obce, im mocniej uświadamiam sobie z jakimi ciekawymi charakterami mam do czynienia na co dzień. Może nie ma wśród nich muzycznych celebrytów i bogów Twittera, ale i tak ich zdanie interesuje mnie o wiele bardziej niż wywody ludzi, których nie znam i znać nie muszę. Nawet jeśli z tym zdaniem nie zawsze się zgadzam. I choćby przyszło tysiąc Reifertów i Fenrizów i każdy z nich nie wiem jak się natężał, to i tak w moim świecie siłą rzeczy musieliby pozostać w cieniu tych kilku osób, które mam na myśli. Wiem, znów pojechałem emo banałem niczym violencowy odpowiednik Paulo Coelho, ale porwała mi się bawełna, w którą zazwyczaj owijam te swoje wywody.

I chyba każdy z nas woli tak naprawdę przebywać wśród „swoich” niż wśród jakichś tam muzykantów, aktorów i innych artystów, choćby nie wiem jak byli błyskotliwi i utalentowani. Zresztą i utalentowanych osób w moim otoczeniu jest pod dostatkiem, nawet jeśli czasem nie do końca są one tych talentów świadome, lub nie chcą się do nich przyznać. Nie mogę jednak robić z wspomnianymi osobami wywiadów na potrzeby Violence, więc chcąc nie chcąc nasi czytelnicy będą musieli w dalszym ciągu zadowalać się światłem odbitym w postaci rozmów ze znanymi muzykami i recenzji płyt. Przynajmniej do czasu naszej następnej wspólnej podróży kolejką SKM, podczas której udzielona zostanie wreszcie odpowiedź na pytanie o sens życia, lub jakieś inne zagadnienie z tej samej dziedziny.

Michał Spryszak