GET IN THE SKM – Część pierwsza: Podróż

„Napisz swoje „Get In The SKM” – wspomnienia podstarzałego muzyka, przygody z sali prób”, zasugerował żartobliwie kolega Bartosz, znany na pewno tym czytelnikom Violence, którzy lekturę recenzji zaczynają od sprawdzenia kto jest jej autorem. Sugestia ta padła w odpowiedzi na moje ostrzeżenie, że w niemiłych sytuacjach życiowych zamiast spuszczać nos na kwintę wpadam w tryb agresywno – konfliktowy. Zapewne liczył na to, że przelawszy moje domniemane frustracje na papier stanę się na powrót człowiekiem łagodnym i przesadnie wyrozumiałym. Niewątpliwie w tym przypadku się przeliczy, ale pokusa powymądrzania się w formie innej niż zwyczajowa recenzja/wywiad jest zbyt silna, by się jej oprzeć. Muzykiem co prawda się nie czuję (a za „podstarzałego” mógłbym się obrazić, gdybym był nieco młodszy), ale z wrodzonej przekory podejmę rękawicę i przeleję z głowy na wirtualny papier to, co do przelania się jako tako nadaje.

Trochę wbrew sobie zostawiam tutaj anglojęzyczny tytuł zasugerowany przez Bartka, jestem bowiem fanatycznym przeciwnikiem używania zwrotów z języka obcego tam, gdzie nie jest to konieczne. Tym niemniej nawiązanie do pamiętników Henry’ego Rollinsa z czasów gdy śpiewał w Black Flag wydało mi się równie zabawne co nieadekwatne do mojej osoby, więc szkoda by było z niego rezygnować. Oczywiście zamiana tytułowej furgonetki na SKM (dla niewtajemniczonych – Szybka Kolej Miejska, umożliwiająca poruszanie się pomiędzy Gdynią a Gdańskiem ludziom, którzy nie dojrzeli do posiadania samochodu) jest jak najbardziej celna, ale zestawienie mnie z Rollinsem to już dowcip sporego kalibru. Już pal sześć, że Henry jest ikoną pop kultury, a ja co najwyżej ikonką na ekranie monitora, ale do poziomu frustracji jaki wyżej wymieniony prezentował w „Get In The Van” brakuje mi naprawdę sporo. Jasne, od czasu do czasu wydarzy się coś, co każe mi głośno zakląć lub wizualizować w myślach atak nuklearny na zamieszkiwaną przez nas planetę, ale generalnie nie mam zbyt wielu powodów do narzekania. Otaczają mnie głównie ludzie z gatunku „do rany przyłóż”, których największą wadą może być to, że są humorzaści bądź leniwi. Chciałbym, żeby to samo dało się powiedzieć o mnie. Dlatego mój wewnętrzny wąż, nawet mocno przydeptany, nie wydusiłby dziś z siebie pewnie nawet kropelki śmiercionośnego jadu.

Wątkiem teoretycznie obiecującym mogłyby być „przygody z sali prób”. Cóż to jednak za przygoda, że ktoś komuś przypadkiem wyleje piwo, albo zgasi w nim papierosa? Żeby chociaż od czasu do czasu pojawił się jakiś robot wysłany z przyszłości z misją zgładzenia przyszłego największego zespołu świata, zanim ten rozszerzy swoje pole działania poza cuchnącą stęchlizną salkę, ale nie, nic z tych rzeczy. Jeśli już, to nasze zespołowe „przygody” przypominają perypetie bohaterów filmu Spinal Tap – a to ktoś zamknie nas przypadkiem w budynku, w którym ćwiczymy, a to znów nie uprzedzi o wymianie zamka, skazując nas i członków kilku innych kapel na przysłowiowe „całowanie klamki”. A to prądu zabraknie, a to jakiś statyw się przewróci w najmniej oczekiwanym momencie… Ale żadna z tych rzeczy nie nadaje się na punkt wyjścia dla ciekawej opowieści (a przynajmniej takiej, która nadawałaby się na łamy Violence), więc wątek tak rozumianych przygód uciąć muszę już na starcie.

Jeżdżę więc sobie tą kolejką tam i z powrotem

Jeżdżę więc sobie tą kolejką tam i z powrotem

Nie zmienia to faktu, że samo granie w zespole jest już pewnego rodzaju przygodą. Być może dla osób postronnych zabrzmi to śmiesznie, szczególnie gdy uwzględni się fakt, że większość ludzi tego rodzaju rzeczy robi w wieku lat -nastu. Później albo osiąga się wymarzony sukces, albo człowiek zajmuje się rzeczami poważniejszymi. Pozostaje jednak pewna grupa „wiecznych nastolatków”, do których niżej podpisany chcąc nie chcąc się zalicza (choć niekoniecznie pod względem wyglądu). Ta właśnie grupa wychodzi często z założenia, że lepiej późno niż wcale. I choć niewątpliwie istnieją w życiu rzeczy ważniejsze niż granie w zespole czy jakakolwiek inna pasja/hobby/dziwactwo (niepotrzebne skreślić), to tak naprawdę zazwyczaj nie ma powodu, by sobie czegoś takiego odmawiać. Szczególnie, że nawet w moim zespole są osoby, które potrafią połączyć „majsterkowanie” z byciem głową rodziny lub innego rodzaju odpowiedzialną formą egzystencji. Także być może w życiu nie można mieć wszystkiego (zawsze mam problem z zaakceptowaniem takich „prawd”), ale można mieć sporo. Może niekoniecznie w kontekście podboju świata i tysięcy groupies rzucających się pod koła zespołowego autobusu w nadziei na choćby przelotne przykucie uwagi swojego idola, ale na pewno w sensie doświadczania czegoś innego, odskoczni od szarej codzienności. Czy to dużo czy mało, to już każdy musi sobie sam ocenić wedle własnej miary.

Jeżdżę więc sobie tą kolejką tam i z powrotem, odizolowany od ludzi za pomocą słuchawek, z których płyną dźwięki adekwatne do tego, co mi w danej chwili w duszy pogrywa. Czy mam jakieś powody do złości i wylewania gorzkich żali? Pewnie czasem tak, ale nie większe niż moi bezimienni towarzysze podróży. Obstawiam nawet, że mniejsze. I choć nigdy nie wiadomo w jakim humorze zastanie nas los na peronie SKM, to jednak największe powody do frustracji mają tak naprawdę ci, których podróż (taka czy inna) skończyła się dawno temu, albo nigdy się nie zaczęła.

Rozważał i fotografował: Michał Spryszak