GET IN THE SKM – Część druga: Egzorcyzmy

Jest czwartek. Psia pogoda za oknem idealnie komponuje się z nastrojem tego dnia, podobnie jak robiące za tło do pisania dźwięki „In The Constellation Of The Black Widow” Anaal Nathrakh. Paradoksalnie, zanosi się na całkiem miły wieczór, zamierzam bowiem po raz kolejny wsiąść do SKM-ki – tym razem po to, by w Gdańsku spotkać się ze znajomymi i obejrzeć koncert bardzo dobrego zespołu. Mniejsza jednak o imiona i nazwy, szkicuję tu bowiem tylko prawdopodobny scenariusz, ewentualny opis faktów pozostawiając komu innemu.

Siłą rzeczy łapię się na tym, że coraz mniej oczekuję od tego rodzaju „wypadów”. Może wynika to z tego, że tych koncertów już się trochę w życiu widziało i trudno o coś, co przyćmiłoby wspomnienia z wczesnej młodości. Szczególnie, że nie da się tych wspomnień zweryfikować z pomocą Youtube i pełne są one fantastycznych przekłamań i niedopowiedzeń. W moim przypadku większość z nich sprowadza się do pojedynczej migawki i ogólnego wrażenia zapisanego gdzieś tam w zwojach mózgowych (a może jest to tylko jeden zwój?). Nie ma to jednak nic wspólnego z nadmierną konsumpcją alkoholu czy innych używek. Po prostu z jakiegoś dziwnego powodu nie jestem w stanie odtworzyć w pamięci żadnego kompletnego utworu, ani nawet jakiejś wizualnej miniatury. Skłamałbym jednak pisząc, że jakoś bardzo mi to doskwiera. Koncert jest dla mnie z reguły doświadczeniem bardzo ulotnym. Mógłbym nawet napisać, że „przybyłem, zobaczyłem i zapomniałem”, ale wtedy też bym skłamał, bo coś tam jednak zawsze pamiętam.

I tak pamiętam nocleg na Dworcu Centralnym w Warszawie. Pamiętam też bezdomnego o ksywce Czejen, który twierdził, że „prawdziwy Czejen jest brudny, śmierdzi i jest zawsze pijany”. Tej maksymy zresztą się trzymał i być może trzyma nadal, choć wątpię, by chodził jeszcze wśród żywych. Pamiętam też jak gniewni mieszkańcy Gniewa chcieli nas zlinczować, bo ktoś wpadł na genialny pomysł, by połączyć koncert metalowy z małomiasteczkowym festynem „dla każdego”. Przypominam sobie, że jako jedyny nie chciałem się wtedy ewakuować, bo miało jeszcze grać Damnable (które ostatecznie nie dojechało). Albo olsztyński koncert Vader, na który dotarliśmy o jeden dzień za wcześnie. Sporo było takich historii i choć nie jest to może materiał na wciągającą książkę, to na pewno będzie czym zanudzać wnuki na stare lata (o ile ich doczekam).

 chodzi tu po prostu o zabicie czasu pomiędzy kolejnymi przystankami kolejki SKM

chodzi tu po prostu o zabicie czasu pomiędzy kolejnymi przystankami kolejki SKM

Znów jednak skłamałbym pisząc, że z tym wszystkim wiążą się wyłącznie pozytywne wspomnienia. Od czasu do czasu zatriumfować musiało pijaństwo lub zwyczajna głupota, zarówno nasza jak i innych. Pamiętam sytuacje, które dzisiaj być może posłużyłyby jako materiał na ciekawą anegdotę, ale gdy miały miejsce nikomu nie było do śmiechu. Nie mam jednak zamiaru nikogo tutaj oceniać ani rozliczać, nawet jeśli pisanie o tym pełni rolę swego rodzaju egzorcyzmów. Przeszłość pozostanie przeszłością.

Są też sytuacje koncertowe z gatunku „wish you were here”, kiedy naprawdę fajnych rzeczy doświadcza się samemu. I choć z zasady nie lubię się niczym dzielić, to jednak świadomość, że coś mogłoby komuś sprawić podobną radość, nie ujmując przy tym niczego radości mojej, napełnia mnie poczuciem zmarnowanej chwili. Dziwne, ale prawdziwe. Dlatego im jestem starszy, tym większego znaczenia nabiera dla mnie aspekt towarzyski koncertów. Nie w sensie, by całkowicie zignorować występ i poświęcić się rozmowom gdzieś z dala od sceny (choć i takie rzeczy miewają swój urok), ale by współuczestniczyć w jakimś wydarzeniu i konfrontować swoje przeżycia w oparach alkoholu i nikotyny. Albo i bez tych dodatków, jeśli komuś nie są potrzebne. Bo tak naprawdę chyba nie są, choć mogą temu wszystkiemu dodać jeszcze więcej uroku.

Pojechałem więc jeszcze większym patosem niż w części pierwszej, mimo że nadal unikam wątków naprawdę istotnych, zostawiając je być może na odcinek pod tytułem „Na dwoje babka wróżyła”. Zresztą, czy wszystko to ma jakieś znaczenie dla kogoś poza samym autorem? Jeśli czytelnik dobrnął do tego miejsca, to być może tak, ale nie oszukujmy się, że płynie z tego jakaś mądrość mająca zastosowanie do życia innego niż moje własne, o ile nawet taką da się tutaj odnaleźć. Być może chodzi tu po prostu o zabicie czasu pomiędzy kolejnymi przystankami kolejki SKM.

Michał Spryszak