GET IN THE SKM – Część czwarta: Piosenka ci nie da zapomnieć

Ponieważ nasz pociąg zbliża się powoli do końcowej stacji, czas napisać parę słów o tym, co nas wszystkich tutaj sprowadziło. Pisząc „tutaj” mam oczywiście na myśli nasz kochany Violence, a nie znany nam wszechświat. Zakładam, że tym czymś jest muzyka, o której my piszemy i czytamy, a wy być może tylko czytacie. Najważniejsze jednak, że wszyscy jej słuchamy. Pytanie tylko, dlaczego? Co właściwie sprawia, że stawiamy sobie na półkach te płyty (jeśli wolicie zamieńcie sobie półki na foldery a płyty na pliki), chodzimy na koncerty i poświęcamy jakąś tam część swojego życia na obcowanie z dźwiękami, które ktoś tam sobie po swojemu poukładał?

Zapewne w tym momencie zaskoczę was pisząc, że nie wiem. Nie mam pojęcia dlaczego to wszystko jest takie ważne. Bo chyba jest, skoro niektórzy poświęcają się muzyce w takim stopniu, że na inne rzeczy zaczyna już w ich życiu brakować miejsca. Ale nawet nie patrząc na takie skrajności, niewiele znam osób, w których życiu muzyka jest rzeczą całkowicie nieistotną. Prawie każdy ma jakąś tam ulubioną piosenkę, która sprawia, że „pompka” zaczyna szybciej pracować. I, co ciekawe, ta sama piosenka może jednego wzruszać, drugiego śmieszyć, a trzeciego zwyczajnie irytować. A przecież wszystkie one są zasadniczo o tym samym. Oczywiście jest kilka różnych aspektów życia, o których można napisać, ale w obrębie danego gatunku muzycznego treść zazwyczaj pozostaje zbliżona. Koniec końców nie chodzi więc chyba o to, co mówimy, tylko kto mówi i w jaki sposób to robi. Dlatego New Model Army niekoniecznie przemówi do fanów Army Of Lovers, mimo że i jeden i drugi zespół stworzony był do walki.

No i jest też ten cały metal, który do końca nie wiadomo jak ugryźć. Zamiast ładnego śpiewu wrzask, zamiast prostego rytmu łomot, zamiast czytelnej melodii jazgot. Dla tych, którzy zamiast mówić wolą krzyczeć, robić groźne miny i zaciskać pięści. O dziwo nie oznacza to jednak, że fani tej muzyki będą skręcać karki gołębiom i rzucać cegłówkami w dzieci idące do pierwszej komunii. W każdym razie większość z nich tego nie robi. Paradoksalnie wszystkie te wrzaski i skrajnie negatywny przekaz działają chyba terapeutycznie na ich potargane lekkim obłędem duszyczki. Założyłbym się nawet, że większy odsetek psychopatycznych morderców znajdziemy wśród miłośników muzyki klasycznej, a samobójstwo prędzej skłonny byłby popełnić słuchacz Shakiry niż fan szwedzkiego Shining. Oczywiście cały ten „terapeutyczny” mechanizm działa wyłącznie dzięki temu, że zarówno wykonawcy jak i fani wierzą w destrukcyjną moc tej muzyki. Nie jest tajemnicą, że te kilka kryminalnych wybryków, których dopuściły się zafascynowane metalem norweskie nastolatki na początku lat 90., zrodziło się z pewnego emocjonalnego niedosytu i pustki, której nie mogła wypełnić wykastrowana z jakiegokolwiek elementu zagrożenia muzyka. I kiedy już ten element zagrożenia na powrót do niej zawitał, można było śmiało rozsiąść się w fotelu i ukoić skołatane nerwy. I tak jak pewnie nikt z nas nie chciałby zostać zasztyletowanym przez członków Hells Angels na koncercie The Rolling Stones, tak wydarzenia tego rodzaju przemawiają do tej drapieżnej części naszej natury, której nie dało się do końca ucywilizować i zaspokajają głód, do którego może nie chcielibyśmy się przed sobą przyznawać.

 tanie historie wycięte z brukowców

tanie historie wycięte z brukowców

Z drugiej strony, jeśli sama muzyka nie jest w stanie nas poruszyć, to dodawanie jej mocy za pomocą różnego rodzaju wybryków jest nieco żenujące. To zespół dla prawdziwych degeneratów, bo jego lider zapił się na śmierć i zmarł w kałuży własnych rzygów. Oto muzyka przepełniona rozdzierającym smutkiem, bo jej twórca skoczył z jedenastego piętra. A to z kolei pedalska muza, bo wokalista dał się przyłapać w toalecie z takim jednym. A co zostanie, gdy zerwiemy otoczkę mitów i taniej sensacji? Pewnie niewiele, choć trudno to ocenić, bo już na zawsze skazani jesteśmy odbierać te dźwięki przez pryzmat tego rodzaju historii. Ciekawe czy taki „De Mysteriis Dom Sathanas” Mayhem robi równie duże wrażenie na ludziach, którzy nie mają pojęcia, że jeden z członków tego zespołu zastrzelił się w leśnej chatce, a drugi pojechał w nocy z obstawą do swojego kolegi z tej samej kapeli, żeby go od tyłu „zaciukać”. Poprzednim razem paliliśmy pomniki, więc może tym razem warto wrzucić do kosza z płonącymi śmieciami wszystkie te tanie historie wycięte z brukowców.

Wyrzućmy zatem z naszego muzycznego życia to wszystko, co nie jest niczym więcej niż tylko materiałem na kolejną plotkę i bezproduktywną dyskusję. Niech pozostaną tylko te dźwięki, które prawdziwego znaczenia nabierają, gdy wpływają w jakiś sposób na koleje naszego losu lub stają się ścieżką dźwiękową do ważnych dla nas zdarzeń. Dźwięki, które zawsze przywołują z przeszłości wspomnienia, jak w zacytowanej w tytule piosence śpiewanej przez Aleksandra Żabczyńskiego. Albo przenoszą nas do czasów, kiedy byliśmy piękni i młodzi (albo tylko piękni). A najlepiej niech będą to tylko te dźwięki, które umilają nam w tym momencie podróż kolejką SKM, zanim dobrniemy do kolejnego, ostatniego już jej odcinka.

Michał Spryszak