EXTINKT – Postnuclear Trip to Nowhere (Defense Rec.)

Trochę wspomnień z minionego roku. Nie wiem czy post-przemysłowy, nowohucki krajobraz bądź okalające Kraków węglowe miazmaty przyczyniły się do powstania tego albumu, ale Extinkt niewątpliwie dostarcza świetnej ścieżki dźwiękowej do spacerów po mieście pełnym widm w maskach antysmogowych.

Rzecz dla fanów Carnivore i Doom – podpowiada wydawca, choć równie dobrze mógłby rzucić nazwami typu Nuclear Assault i Disorder. Wprawdzie nie zapowiada tego ani synthwave’owe intro „Rise from the Ashes”, ani marszowy werbel i podniosły riff w dość klasycznie brzmiącym, instrumentalnym „The March of Survivors”, ale przez kolejne dwadzieścia minut krakowskie power trio jedzie już równo i bez podłamu surowym crossoverem. Nikt tu nie sili się na wymyślanie prochu – radioaktywny metal Extinkt to mikstura speed/thrashowej esencji z hardcore/punkowym destylatem, ale efekt jest niesamowicie nośny, w czym duża zasługa surowego brzmienia, na które pewnie tylko z niesmakiem skrzywiliby się zawodnicy zarządzający crowdfunding na pięciogwiazdkową produkcję od jakiegoś mistrza konsolety. Trzech straceńców z Extinkt ma zresztą papiery na takie granie, jak mało kto. Jeśli z obowiązku napomknę, że wokalo-gitarowy jest na co dzień podporą Terrordome, wokalo-basmen zaliczył szereg thrashowych skupin zanim trafił do Cemetery Whore, a bębniarz łoi w Psychopath, to czy krakusom grozi już miano supergrupy?Ex

„Postnuclear Trip…” towarzyszy fajny koncept, bo do płyty dołączone jest opowiadanie, związane z tematyką tekstów. Nawet jednak bez zagłębiania się w tę post-apokaliptyczną osnowę, album zwyczajnie wciąga, a szaleńczy nastrój „Cancer Villages”, czysta agresja półtoraminutowego „Toxic Rain” czy rock’n’rollowa motoryka kawałka tytułowego kopią niezgorzej, niż cover „Sex and Violence” Carnivore, wypadający notabene najbardziej lajtowo w całym zestawie. Aż chce się – niczym jakiś małopolski Mad Max – jeździć zdezelowanym Poldajem po jałowych bezdrożach Mistrzejowic.

Sebastian Rerak

Cztery