ENTOMBED – Same Difference (Threeman Recordings/Music For Nations)

Wertując przepastne archiwa w poszukiwaniu płyt do naszego cyklu “niesłusznie zapomniane”, znalazłem rzecz, która być może przywróci mi wiarygodność w oczach metalowców, bo jak na razie nie popisałem się, bajając o jakichś Happy Pillsach itp. dziwactwach. Zatem – szumnie ogłaszam, że będzie rzecz o metalu. Ale oczywiście, nie byłbym sobą, biorąc na warsztat oczywistość, zresztą nie o takie krążki chodzi. W założeniu cyklu stoi, że piszemy o płytach z jakichś powodów dla nas istotnych, ale ze względu na różne zaszłości historyczne, pominiętych, zapomnianych i żyjących sobie w cieniu bardziej znaczących wymiocin danego wykonawcy. „Same Difference” pasuje tu niemal modelowo…

Entombed w Polsce zawsze cieszył się zasłużoną a momentami bardzo dużą popularnością. Wraz z wybuchem mody na szwedzki metal, „Left Hand Path” stał się elementarzem, dołączając do takich obelisków jak „Kill ‚Em All” czy „Sabbath Bloody Sabbath”. Czyli – nie tykaj, nie krytykuj i poddawaj pod wątpliwość, chyba że chcesz dostać w ryj. Nie doświadczyłem nigdy Ento2„metalowej fali” w postaci odpytywania ze znajomości tracklist co bardziej znaczących kamieni milowych gatunku, ale nie wątpię, że wśród „zadań obowiązkowych” była na pewno któraśEnto1 z wczesnych płyt Szwedów. Problem w tym, że Entombed jedynie na pierwszych dwóch płytach zachowali poprawność gatunkową, zaś potem wyruszyli w wyboistą podróż, z wysokimi górami i równie głębokimi dolinami, szczególnie pod koniec kariery. Chyba prawie każdy wykonawca marzy o tym, by swoją muzyką otworzyć w słuchaczach „trzecie oko” i stać się prekursorem czegoś nowego, zarzewiem rewolucji czy chociaż małego, lokalnego tornada. Entombed miał to szczęście. Nagrywając „Wolverine Blues” i pieczętując poszukiwania na „Uprising” stali się do końca życia sprawcami malutkiej rewolucji w metalu pt. „death’n’roll”. W tym miejscu należy dokonać małego rozeznania. LG Petrov z kolegami dali światu gotową, opracowaną formę, jednak to tylko pochodna czegoś co od dawna funkcjonowało na scenie punkowej czyli crusta – brudnego do granic możliwości, obleśnego miksu monstrualnych gitar i prującej do przodu sekcji. Entombed musieli się temu zjawisku przyglądać i na pewnym etapie połączyli rock’n’rollowy feeling, ciężar metalowego riffu, d-beat’ową rytmikę (charakterystycznie galopujący, perkusyjny rytm, będący modyfikacją typowego, punkowego łomotania, wzbogaconego o charakterystyczną synkopę, dzisiaj namiętnie stosowany przez połowę pałkerów na scenie hc…) i głęboki growl LG Petrova. Banalne, ale w wydaniu szwedzkim cholernie zaiskrzyło, zapładniając co bardziej otwarte jednostki. Jasne, że wobec Entombed, szczególnie po wydaniu przełomowego – a wg. części ludzkości najlepszego w historii – albumu „Uprising” (tego brzmienia do dzisiaj nikt nie podrobił) posypały się od co bardziej „betonowych” metalowców oskarżenia o przejście na stronę hardcore’ową, jednak fakt pozostaje – metal się zmienił. Co ciekawe, to chyba jeden z bardziej jaskrawych przypadków, kiedy metalowa kapela miała wpływ na hc/punk; w pewnym okresie co druga załoga z tej sceny przyznawała się do wpływu „Uprising”. Drugim przypadkiem jest – co chyba oczywiste – „Slaughter of the Soul”, bez której to płyty nie byłoby zapewne połowy metalcore’owych załóg.

W tym kontekście „Same Difference” jawi się jako przypadek czy wypadek przy pracy i nie ma co ukrywać, że dla sporej części słuchaczy czymś takim właśnie jest. Dla mnie to po prostu jeden z najlepszych krążków tej ekipy, w dodatku pokazujący, że muzycy Entombed byli bystrymi obserwatorami alternatywnego podziemia, skąd zaczerpnęli kilka inspiracji do stworzenia swojej najbardziej intrygującej płyty.Ento4

Być może był to po prostu efekt chwilowego „zawieszenia” i próby wzięcia głębszego oddechu. Przecież na koncie mieli już swoje klasyki a monstrualny czołg pt. „DCLXVI: To Ride, Shoot Straight and Speak the Truth” rzucił na kolana resztę opornych, którzy na Entombed się jeszcze nie poznali. Po tylu forsownych latach (o tym, że mogli być zmęczeni, ciekawie jak zwykle napisał kolega Dunaj w Czarnych Rekolekcjach…) trzeba było wziąć głębszy oddech a że najlepszy jest tzw. „czynny relaks” (i nie chodzi o robienie gryla tudzież browara…), muzycy nagrali płytę, na której pokazali, że tzw. oczekiwania metalowej gawiedzi mają głęboko w dupie. A może po prostu liczyli na otwartość metalheads? Jeśli tak, to się przeliczyli, bo „Same Difference” przyjęta była chłodno i to jest raczej delikatne określenie. Fakt pozostaje – nie ma defu, jest za to całe spektrum zainteresowań, sięgających w zasadzie głównie do przebogatej otchłani gitarowej, niezależnej muzyki amerykańskiej, która w latach 90. przeżywała swoiste i do dzisiaj rezonujące apogeum. Śledząc płytę, można dość dokładnie wyłowić, czego LG Petrov z ówczesnymi kolegami słuchał. I na pewno nie był to Black Sabbath.

Przede wszystkim odkryli, że hałas nie musi oznaczać onanistycznego ugniatania gryfu gitary, że przestrzeń i oszczędne podejście do aranżu mogą zdziałać cuda. O ile „Addiction King” to po prostu rockowy i całkiem przebojowy Entombed, kolejne kawałki skłaniają do zaskakujących porównań. Odkryli zatem zatwardziali metalowcy… noise rocka – „The Supreme Good” nawiązuje do forsownej stylistyki Hammerhead, z kolei w „Close But Nowhere Near” wprawne ucho usłyszy echa The Jesus Lizard. Panowie najwyraźniej wyprzedają swój czas, uderzając w post hardcore’ową nutę, czego doskonałym przykładem jest potargany „Smart Aleck” czy converge’owy „What You Need”. Ciekawie wypada zapowiedź tego co wydarzy się na „Uprising” w postaci rock’n’rolllowego „20-20 Vision”. Dużo tu blues’owych skal, które z upodobaniem wykorzystywali noise’owcy („Clauses”), choć trafiają się też numery, które mogli sobie spokojnie darować, moim typem jest nieco nijaki „The Day, The Earth”. Na szczęście, ewidentnych wpadek jest mało, bo nie uznam za nie nawiązujących do „Wolverine Blues” tematów, z utworem tytułowym na czele. Ogólnie rzecz ujmując – bardzo otwarta, świetnie zagrana i bardzo, bardzo na czasie płyta.Ento3

Nie wątpię, że dzisiaj, kiedy eklektyzm sięgnął zenitu, „Same Difference” słucha się dużo lepiej, niż w 1998 roku. Może to właśnie znajomość kontekstu, może większa otwartość na inne niż typowo metalowe dźwięki zdecydowała o takim odbiorze płyty. Waham się tylko, czy ten krążek stawiam na miejscu numer 1 czy jednak „Uprising”… Wszystko zależy od tego, jak się w danym momencie czuję. Tak czy siak, jest to muzyka świadcząca, że Szwedzi należą do najbardziej otwartych głów w świecie metalu. Inna sprawa, że dzisiejszy status zespołu (zespołów?) jest bardzo smutny i prowokuje westchnienie za czasami, kiedy faktycznie liczyła się muzyka. Jakiś czas temu pisałem przy okazji Back To The Front Entombed A.D., że pewnie wkrótce usłyszymy płytę sygnowaną przez frakcję Alexa Hellida, na razie jednak nic tego nie zapowiada. A ja po cichutku liczę, że Szwedzi wykażą się rozsądkiem i w końcu się pogodzą, wracając do rewelacyjnej formy z jedynie słusznych lat 90.

Arek Lerch

Zdjęcia: wkładeczka płyty