ONE ZMIENIŁY NASZE ŻYCIE – odcinek IV  „Madonna polubiła death metal”

Aby zrozumieć jak wielką rolę odgrywała kiedyś prasa muzyczna, trzeba wyobrazić sobie świat bez Internetu. Dla niektórych będzie to być może trudne, ale kiedy dwie dekady temu rozpoczynałem swoją przygodę z muzyką metalową, nikomu nawet nie śnił się nieograniczony dostęp do informacji, że już o swobodnym dostępie do muzyki nie wspomnę. Nie chcę tutaj przynudzać i gloryfikować tamtych czasów. Było jak było, pod pewnymi względami lepiej, pod innymi gorzej, ale wszystko sprowadza się do tego, że sam proces poznawania muzyki był wtedy zupełnie inny. Jedynymi źródłami informacji byli koledzy i prasa muzyczna, która pełniła wtedy rolę swego rodzaju okna na świat. Dziś ten świat stoi przed słuchaczami otworem i pisząc te słowa czuję się jakbym tworzył nie tyle „laurkę” co nekrolog (bo choć niektórzy mogą stwierdzić, że prasa muzyczna ma się w roku 2011 całkiem nieźle, to chyba nikt o zdrowych zmysłach nie uzna, że pełni ona dzisiaj tak samo znaczącą rolę jak w czasach przed-internetowych).

Cofnijmy się jednak na chwilę do lat 90’, kiedy zakup gazety muzycznej bywał równie ekscytujący co nabycie kolejnej kasety z muzyką. Zasadniczo powinienem tutaj wybrać jeden tytuł, który był dla mnie w jakimś sensie najważniejszy, bądź przełomowy. To jest jednak dość trudne, bo informacje o muzyce czerpałem wtedy z wszelkich możliwych źródeł i tak samo ważne były popularne magazyny w rodzaju „Tylko Rocka” i „Metal Hammera”, jak i bardziej undergroundowe w swoim charakterze „Thrash’em All” i „Morbid Noizz” (jeszcze zanim stał się organem prasowym wytwórni płytowej) i kserowane ziny. I właśnie spośród tych ostatnich chciałbym wybrać jeden, ważny dla mnie tytuł, bo w zestawieniu z najpopularniejszymi periodykami z tamtych czasów ziny są chyba najbardziej skazane na zapomnienie.

Nie będę udawał, że byłem jakoś szczególnie zaangażowany w ówczesne metalowe podziemie, tape-trading i tym podobne sprawy. Tak nie było, ale na szczęście dostęp do podziemnej prasy nie był trudny, bo w niektóre tytuły można było się zaopatrzyć w kultowym kiosku z kasetami znajdującym się na gdyńskim dworcu. Było to miejsce magiczne, warte osobnej rozprawki, ale nie chciałbym zanadto odbiegać od tematu. Właśnie w owym kiosku nabyłem pewnego dnia niejaki „Effluvium mag.”, zachęcony zapewne gustownym rysunkiem zdobiącym jego okładkę (na temat zawartości nie było na owej okładce żadnej wzmianki). Twórcami tego zina byli niejaki Rafał Baron i, znany pewnie niejednemu z was z innego rodzaju działalności, Krzysztof Azarewicz. Zawartość pierwszego numeru „Effluvium” to śmietanka ówczesnego undergroundu – Disgrace, Therion, Benediction, My Dying Bride, Suffer, Dark Tranquillity, Nuclear Death, Thergothon, Ahzubhaam Haani, Rotting Christ, Varathron, Nightfall, Sorrow, At The Gates, Christ Agony, DDT, Taranis, Tenebris, Behemoth, Damnation i Cryptic Tales. Mocarny skład, prawda? Dziś spora część tych kapel nadawałaby się na pierwsze strony kolorowych magazynów, wtedy jeszcze kojarzone były z szeroko pojętym podziemiem. Sam dobór zespołów to jedno, ale wrażenie robi także charakterystyczny dla tamtych czasów entuzjazm, jaki bije z tych wywiadów i artykułów. Nie były to jeszcze czasy dzielenia wszystkiego na „prawdziwe” i „nieprawdziwe”, rozliczania wrogów sceny i asekuranckich wywiadów z kolegami po fachu. To był zupełnie inny duch i czuć na tych kartkach radość płynącą z odkrywania nowej muzyki, co w dużej mierze udzielało się czytelnikowi.

Wywiady w „Effluvium” były ciekawe i nierzadko zahaczały o tematy pozamuzyczne, nie będąc przy tym pozbawionymi odrobiny humoru (co także było charakterystyczne dla tamtych czasów). Przykładowo Dave Ingram z Benediction, zapytany o to, co by zrobił, gdyby w środku nocy złożyła mu wizytę Madonna i powiedziała, że polubiła death metal, odpowiada rzeczowo „Zerżnąłbym ją”. Nieco mniej pragmatyczne podejście zaprezentowała Lori Bravo z Nuclear Death zapytana o analogiczną sytuację z udziałem Margaret Thatcher; „Powiedziałałabym jej, żeby przyłączyła się do SEPULTURY, gdyż my gramy HORROR MUSIC, a nie jakiś gówniany DEATH METAL”. Nie wszystko jednak zabarwione było humorem. „Muzyka Azhubham Haani nie jest przeznaczona do grania na żywo. Nie ma dla niej prawdziwej publiki, są tylko głupie szczeniaki słuchające ENTOMBED, DISMEMBER i GRAVE i jeszcze głupsi black metalowcy i pozerzy słuchający BURZUM, ABRUPTUM i MAYHEM. Szwedzka scena jest martwa.” W tamtych czasach takie słowa padające z ust szwedzkiego muzyka musiały robić wrażenie. Mógłbym przytoczyć jeszcze kilkanaście podobnych cytatów, ale nie o to tutaj chodzi. Nie wiem też, co o tego rodzaju prezentacji sądziliby twórcy „Effluvium”. Być może wyciągnięcie tej zapomnianej księgi na światło dzienne naruszy delikatną równowagę naszego wszechświata, ale co się stało to się nie odstanie. Nie mam pojęcia czy ukazał się później kolejny numer Effluvium, podejrzewam jednak, że na jednym się skończyło.

Warto zaznaczyć, że tego rodzaju papierowych skarbów było w tamtych czasach całkiem sporo, a przecież stworzenie zina wymagało wtedy o wiele większego wysiłku i samozaparcia niż dzisiaj. Tak, to były fajne czasy, choć pod wieloma względami trudne. Na szczęście i dzisiaj nie brakuje małych papierowych skarbów, które u fana muzyki mogą wywołać szybsze bicie serca. Pytanie tylko, czy przy życiu nie utrzymują ich głównie nasze sentymenty?

Michał Spryszak