DUMP – Hypocrite Dance (OUTside)

Każdy kto pobieżnie śledzi Violence wie, że liczba „90” przewija się w tekstach dość często i napakowana jest różnymi emocjami. Wszystko jasne? Ten punkt odniesienia stanowi w wielu przypadkach cezurę i poprzeczkę, którą współcześni, niezależni wykonawcy mniej lub bardziej świadomie chcą przeskoczyć. Oczywiście, nie zamierzam z nikim polemizować; być może maniakalne przywiązanie do złotej dekady hałasu jawi się jako dziwactwo podstarzałego pana, co sentymentem chce zastąpić profesjonalizm. Jeśli tak – w porządku. W każdym razie dzisiaj po raz kolejny wracamy do tamtych lat, ponownie w ramach naszego małego retro – cyklu. Tym razem będzie to Polska. Rok 94. Poznań. Dump. Wszystko jasne?

W ostatnich latach załogi grające noise i okolice uaktywniły się, jeszcze bardziej jaskrawo udowadniając, ze tamta muzyka, po przefiltrowaniu przez współczesne warunki techniczne, nadal jest czymś świeżym, inspirującym i zaskakującym. Problem w tym, że zrobienie odstającej od swoich czasów płyty w roku 1994 zakrawało na niezłe wizjonerstwo i właśnie poznański skład takiej rzeczy dokonał. Zaczęło się wszystko bardzo niewinnie, od spotkania paru świrów, coOkładka chcieli pograć muzykę z pogranicza gatunków. „Muzyka to nasz największy nałóg – opowiada basista Sebastian Dolata – każdy z nas ma swoich prywatnych faworytów i po kolei są to – Bob Marley, Igor Strawiński, Primus i Pantera. Po drugie – miłość, czyli największa inspiracja życiowa, przyroda, w której jest mnóstwo przestrzeni strasznie potrzebnej muzyce. Wszelkie dziedziny życia: literatura, hydraulika, windziarstwo, plastyka, sporty bombowe, lizanie tyłków tylko wypudrowanym snobom oraz to, że żyjemy w Europie. Tutaj kiedyś coś potwornie walnie”. Te prorocze z dzisiejszej perspektywy słowa nie wyjaśniają w zasadzie niczego, co znalazło się na debiutanckiej kasecie Dump „Mother of Caps”, nagranej jeszcze z udziałem Jarka „Shadocka” Szydłowskiego, który później razem z Jackiem Adamczykiem odnalazł się w nieco bardziej znanym zespole Kr’shna Brothers. Ale to już zupełnie inna historia. Chociaż w wywiadzie do OUTside, skąd zresztą pochodzą te wypowiedzi, Sebastian dość konkretnie zdradza fascynacje Assassins Of God, który to zespół miał już realny wpływ na Dump. Nieco inaczej, może bardziej realistycznie ocenia to perkusista Maciej „Ślepy” Głuchowski (epizod w Acid Drinkers, Candida, Armia, Flapjack), który – oczywiście, już z dzisiejszej perspektywy widzi to tak: „Czerpanie inspiracji muzycznych na początku lat 90. było rzeczywiście utrudnione, zwłaszcza w muzyce alternatywnej. Miałem to szczęście, że obracałem się w środowisku poznańskiego HC/PUNK. Wymienialiśmy się muzyką, spotykaliśmy się na wspólnych odsłuchiwaniach nowości. W tych latach bardzo prężnie działał OUTside, który dystrybuował muzykę zza oceanu i organizował koncerty kapel. To za ich sprawą miałem dostęp do muzyki takich wytwórni jak SUB POP czy Amphetamine Reptile Records”. Być może pierwsza kaseta była jeszcze obrazem pewnego niezdecydowania co do stylistyki, łącząc w sobie elementy noise’u ale i grunge czy po prostu rocka. Zmiany jakie przyszły wraz z kolejnym materiałem były na tyle drastyczne, że można spokojnie potraktować „Hypocrite Dance” jak początek zupełnie nowego zespołu, świadomego sowich możliwości i rozgrywającego muzykę na zupełnie innej płaszczyźnie. Już lo – fi brzmienie płyty wiele zdradzało, zaś same dźwięki tak opisuje Ślepy: „Płyta Hypocrite Dance to efekt dwuletniej letniej pracy nad tym materiałem. Pamiętam, że mieliśmy bardzo dużo prób a sam materiał nagraliśmy u Roberta Brylewskiego na tzw. setkę. Do dzisiaj słucha mi się tego bardzo dobrze i uważam, że wtedy weszliśmy na szczyt naszych możliwości kompozycyjnych. Czuć w tych nagraniach świeżość, polot i młodzieńczość, bark skrępowania formą. Chciałbym zawsze nagrywać DUMP kasetatakie płyty”. Wydana – oczywiście przez OUTside – na gustownej kasecie płyta przynosiła osiem miażdżących przebojów, w których jak w zwierciadle przeglądały się rockowa matematyka spod znaku Don Caballero, oczywiście, noise’owi papieże z The Jesus Lizard, Assaassins of God, czy ekipa Steve’a Austina, o których wspomina „Ślepy” – „Największe wrażenie zrobił na mnie zespół Today Is The Day – myślę, że to taki skład, który również wyprzedził epokę w graniu”.

Epokę wyprzedzał także Dump. Na swojej drugiej płycie przede wszystkim postawił na zwartą, jednorodną formułę, zarówno muzyczną, jak i brzmieniową (programowa, niemal monofoniczna realizacja Złotej Skały), skupił się na klasycznym noise’owym rdzeniu z małymi wycieczkami w stronę math rocka. Wyszła z tego jedna z najlepszych, (jeśli nie najlepsza), niezależnych, krajowych produkcji z getta hałaśliwej alternatywy. Fakt, że nawet dzisiaj, po 21 latach od wydania płyty, muzyka robi piorunujące wrażenie, mówi sam za siebie. Zespół nie zrezygnował z motorycznych, sunących do przodu fragmentów, dbając o odpowiednie zapętlenie poszczególnych fraz, co było chyba jednym z najbardziej charakterystycznych elementów aranżacyjnych, cechujących grupy z tej dekady. Zadbał też o wyrazistość kompozycji. Oparte o wpadające w ucho partie gitarowe (taki „Six” zostaje w głowie na długo…) utwory mają niezłą siłę rażenia. Jeśli ktoś lubi dynamikę – proszę bardzo – połamany, sunący dynamicznym groovem „Money”, w którym słychać fascynację Assassins of God, oczywiście, jest i ekipa Yow’a w basowo – perkusyjnym odliczaniu „Grave”. Dość mały udział partii wokalnych rekompensowany jest maksymalną ilością pomysłów, upakowanych w tych numerach. Jeśli ktoś myśli, że tylko mocne, agresywne dźwięki zdominowały płytę, może się zdziwić, kiedy usłyszy „Believe in my Soul”. To już niemal awangarda i jazzowe operowanie klimatem. Co ciekawe, partie perkusyjne Ślepego przypominają tu kolorystykę, charakterystyczną dla znanego chociażby ze współpracy z Tomaszem Stańko Michała Miśkiewicza. Zespół zachwyca przede wszystkim luzem, z jakim wykonuje swoją muzykę. Mimo ciągle obecnego napięcia, nigdzie się nie spieszy, swobodnie rozgrywa poszczególne pomysły, słychać, że każdy dokładnie wie co ma grać i choć wszystko brzmi jak jeden dobrze pracujący organizm, każda partia instrumentalna jest na tyle rozpoznawalna, że całość ani przez chwilę nie nudzi. Raczej ciągle odkrywamy coś nowego. Umiejętność zaciekawienia słuchacza to rzecz święta a Dump udaje się przykuć uwagę na całej długości płyty.Dump1

Jak to z oryginalnymi tworami bywa, Dump lekkiego życia nie miał, choć Ślepy kurtuazyjnie komentuje karierę zespołu – „Byliśmy odbierani bardzo dobrze, ponieważ publiczność również miała dostęp do w/w muzyki. Na większość naszych koncertów przychodzili fani, którzy byli wyedukowani muzycznie. Podziały były, ale nas to nie dotyczyło, raczej graliśmy dla własnej publiczności i nie mieszaliśmy się w „polskie wojenki” pomiędzy sceną hc/punk/metal”. Na pewno dużą pomocą było zaangażowanie ówczesnej załogi OUTside, dzięki której na rynku pojawiła się obydwie płyty Dump. W magazynie znaleźć można było bardzo entuzjastyczne relacje z koncertów grupy i mam wrażenie, że gdyby w ówczesnym, przaśnym grajdole znalazł się ktoś, kto pomógłby wyekspediować zespół za zachodnią granicę, może nie Vader a Dump byłby pierwszym, eksportowym towarem z Polski? Ok., wiem, dla wielu z Was takie spekulacje to jakaś naiwna herezja. „Firma OUTside bardzo nam pomagała na etapie naszego rozwoju – komentuje Ślepy – mieliśmy możliwość supportowania amerykańskich gwiazd muzyki alternatywnej. Naturalną koleją rzeczy było wspólne wydanie 2 płyt w tej wytwórni. Prywatnie byliśmy i nadal jesteśmy przyjaciółmi, co również ułatwiało współpracę”.

Nie udało mi się ustalić, ile koncertów zagrał Dump, jednak zdecydowanie za mało. O grupie szybko zrobiło się cicho, choć formalnie istniała do roku 1998. Muzycy rozpierzchli się taktycznie w różne strony, oczywiście najbardziej widoczny był perkusista Ślepy, który do dzisiaj pozostał najaktywniejszym muzykiem z całej ferajny. W 2007 roku Candida wydała niezły album „Zoom” i to właśnie wtedy pojawiły się plotki o możliwości reaktywacji zespołu. Ponoć odbyły się próby z zupełnie nowym materiałem, były plany wydania płyt Dump na kompaktach, bo – co chyba oczywiste – na rynku istniały jedynie kasetowe wydania. Szybko jednak okazało się, że sprawa utknęła na etapie rozmów i nadziei. Na razie nic nie wskazuje na pozytywne rozstrzygnięcie sprawy, temat zresztą zamyka Ślepy – „Proza życia. Niestety, nie udało nam się reaktywować zespołu. Rozstaliśmy się na etapie nagrywania nowych kompozycji w studio. Zagraliśmy kilka koncertów i to wszystko”.

Czy „to wszystko” będzie miało swoją kontynuację? Może tak, może nie, choć dzisiaj raczej nic na to nie wskazuje. Pozostają dwie kasety – zapis pięknych czasów na muzycznej karcie Polski. Tylko dla wtajemniczonych…

Arek Lerch