DIABOLIQUE – jesteś jednak płotką, odcinek ostatni

Wielki finał. Ostatni odcinek naszej kryminalno-satanicznej sagi dobiega końca. Czy taki koniec można było sobie wyobrazić? A może gdzieś tam, w głowach dzieją się podobne rzeczy, bo poplątanie naszych oczekiwań, nadziei z chęcią bycia cały czas tru może doprowadzić do erupcji szaleństwa. I to ostatnie w garderobie widać chyba najbardziej. Po raz ostatni możemy spotkać się z naszymi bohaterami i zobaczyć, że metal to nie są rurki z kremem, choć rogaty bardziej śmieszny jest niż straszny. A co dzieje się w innych garderobach?

Horn emanuje dobrym samopoczuciem.

HORN

Oj, coś wam, widzę, nie poszło, chłopaki.

OKKULTO (dziko)

Dawać go!!!

Desecrator rzuca się na Horna, padają na podłogę. Szamoczą się.

OKKULTO

Paweł, nie stój tak!!!

Abbadon dołącza do Desecratora. Przygniata Horna.

OKKULTO

Mocniej! Mocniej! No, szarpie się przecież!!! Jacek, ciśnij go, ciśnij!!!

Horn zaczyna wydobywać z siebie przerażające dźwięki, gardłowe odgłosy rodem z horroru. Przestraszeni Desecrator i Abbadon przestają go dusić.

OKKULTO

Ludzie, no weźcie! To tanie chwyty z „Egzorcysty”!

Desecrator i Abbadon wracają do pracy. Horn charczy, jęczy, wierzga, po chwili się uspokaja, przestaje się ruszać. Desecrator i Abbadon odpadają od ciała, razem z Okkultem stają w kółku i patrzą na nieruchomego Horna. Abbadon sapie.

OKKULTO

Uff. Już myślałem, że nie dacie rady.

DESECRATOR

Kurwa, zabiłem człowieka.

OKKULTO

Nie, Szatana.

DESECRATOR

No, to brzmi zdecydowanie lepiej.

OKKULTO

Jezu kochany, muszę się napić.

Okkulto sięga po sok, pije, krzywi się.

OKKULTO

Jak ja nienawidzę jabłkowego.

DESECRATOR

I co teraz?

OKKULTO

Zostawimy go tutaj za kanapą, zamkniemy garderobę od zewnątrz i idziemy na scenę. Koncert mamy przecież.

DESECRATOR

Wejdziemy na scenę? Po tym, co się stało? Jak gdyby nigdy nic?

OKKULTO

A co? Chcesz się wyspowiadać?

DESECRATOR

Ja? To ty z tym zaraz do „Gali” w kożuszku polecisz.

OKKULTO

Nigdzie nie polecę. (do Abbadona) Paweł? Jak tam? Kawał dobrej roboty odwaliłeś.

Abbadon sapie, nie odzywa się.

OKKULTO

No? Co jest? Dasz radę zagrać dzisiaj? Weź sobie wciągnij to, co tam sobie wciągasz, i chodź. Będziemy robić dłuższe przerwy między kawałkami, a przed Stanami coś ci załatwię.

Abbadon patrzy na Okkulta w bardzo niepokojący sposób.

ABBADON (innym głosem, bardzo podobnym do szatańskiego vocalu Horna)

Naiwni jesteście, panowie.

Okkulto i Desecrator kamienieją.

ABBADON (wciąż zmienionym głosem)

Myśleliście, że się mnie pozbędziecie? Mnie?

Okkulto i Desecrator wytrzeszczają oczy w przerażeniu. Abbadon wskazuje na Horna.

ABBADON (jw.)

Mógłbym go wam zaliczyć, ale sęk w tym, że to jednak był zamach na mnie. A tego to już tak łatwo wam nie wybaczę…

Abbadon chce coś dodać, ale zaczyna jeszcze mocniej sapać, potem kaszle, wyjmuje z kieszeni aplikator, ale nie może sobie z nim poradzić, dozownik wypada mu z rąk; Abbadon kaszle i nie może się opanować.

ABBADON (jw.)

Nie… To bez sensu… jest… jednak…

Abbadonem wstrząsają nagłe konwulsje, po chwili uspokaja się, ale w tym samym momencie konwulsje dopadają Desecratora. Abbadon dochodzi do siebie, szybko zażywa lek, Okkulto patrzy na niego z przerażeniem.

OKKULTO

Paweł, to ty?

ABBADON (swoim zwykłym głosem)

Tak, to ja…

OKKULTO (do Desecratora)

Jacek! Jacek, nie daj się!!!

Desecrator przestaje się rzucać. Demonicznie patrzy na Okkulta.

DESECRATOR (diabelskim głosem)

Cześć, Okkulto. (po pauzie) Albo nie. Sorry, Desecrator, ale ty jesteś płotką jednak.

Desecrator znowu się trzęsie, po chwili przestaje, a w konwulsjach zaczyna się wić Okkulto.

OKKULTO

Nie!!! Ja nie chcę!!! (zmienionym, diabolicznym głosem) Nie opieraj się, chłopcze! (znów zmiana) Nie, błagam, nie!!! (zmiana) Ależ tak. Właśnie, że tak!!!

Okkulto nagle przestaje się trząść. Rozluźnia się i uśmiecha. Robi kilka gimnastycznych ruchów, jakby próbował oswoić się ze swoim ciałem. Patrzy na Abbadona i Desecratora.

OKKULTO (szatańskim, ale pretensjonalnie modulowanym głosem)

Good evening.

Abbadon i Desecrator stoją jak wmurowani w podłogę.

DESECRATOR

I co… teraz…?

OKKULTO (jw.)

Teraz? Teraz idziemy do ludzi. Już czas.

DESECRATOR

Będziemy… grać… koncert? Z tobą? Przecież ty… no, ty nie znasz naszych kawałków!

OKKULTO (jw.)

Powiedzmy, że będę improwizował.

ABBADON

Chcesz krwi?

OKKULTO (jw.)

Tak. Bardzo. A skoro wy nawaliliście…

ABBADON

Co ci zrobiła nasza publiczność?

DESECRATOR

No właśnie! To zwykli ludzie.

OKKULTO (jw.)

Cóż… Przyszli na wasz koncert, prawda?

ABBADON

No, prawda.

OKKULTO (jw.)

Więc mogą spodziewać się różnych drastycznych rzeczy. Może ich nawet oczekują?

DESECRATOR

Krwawej łaźni się chyba jednak nie spodziewają.

OKKULTO (jw.)

Więc może powinni pójść na Turnaua?

DESECRATOR (do Abbadona)

Paweł, sorry, ja spierdalam.

Desecrator szarpie za klamkę, drzwi – ku jego zaskoczeniu – stają otworem. Desecrator znika za nimi.

OKKULTO (konsekwentnie szatańsko upojnym głosem)

A ty?

ABBADON

Ja? Nie wiem. To już nie będzie ten sam zespół, co kiedyś.

OKKULTO (jw.)

To prawda.

ABBADON

Ja jestem chory. Ja mam depresję.

OKKULTO (jw.)

Wiesz, że ucieczka nic wam nie da? I że i tak się spotkamy?

ABBADON

Wiem. Trzeba było bębnić u Rodowicz?

OKKULTO (jw.)

No właśnie. Jak mówiłem – igraszki z diabłem to poważna sprawa.

ABBADON

Tak. (po pauzie) Daj czadu.

Abbadon wychodzi. Okkulto wzrusza ramionami.

OKKULTO (jw.)

Trudno. Nikt nie jest niezastąpiony.

Okkulto sięga do kieszeni, wyjmuje smartfona. Włącza go. Manipuluje palcami po wyświetlaczu.

OKKULTO (jw.)

Ania Dąbrowska… Gawliński… Nosowska… Olejnik… Borysewicz… Fisz…? O, Fisz, to jest myśl! (naciska jakiś przycisk) Fisz? Tu Okkulto z Beliala… No, sprawę mam. Kapela mi się właśnie rozpadła… A, nie, nie, spoko, może to i lepiej. Słuchaj, jesteś gdzieś w pobliżu? Na sali? No, stary! Dziwny głos mam? A, przeziębiłem się trochę. Nie spoko, biorę coś… (chrząka) No, to może byśmy coś razem zagrali dla ludzi? Żeby nie było zamieszek… Ty, a pałkera masz jakiegoś? Też jest z tobą? Emade jest z tobą? Zajebiście! To ja zaraz wychodzę… Coś zaimprowizujemy. Johnnego Casha, jakiś indie folk, wiesz, ja i tak już szedłem w te klimaty… Bon Iver, te rzeczy. (odstawia telefon od ucha, patrzy na wyświetlacz) Sorry, drugie połączenie mam. To za pięć minut. (patrzy w lustro, poprawia sobie ubranie) Tak? Sesja dla „Party”? No, nie wiem… Ile? Aha… Aha… No, cóż… Dobrze, zastanowię się… Ok, mam inny telefon. (znowu patrzy w lustro, z ukontentowaniem gładzi sobie zarost) Tomek Lis? A, bardzo miło… No, bardzo miło… Ja wiem, ja wiem… Zastanowię się, dam znać… No, żeby jednak nie przegrzać koniunktury… Pozdrawiam. (kończy rozmowę, znowu patrzy w lustro, szeroko uśmiecha się do swojego odbicia; znów rozlega się sygnał telefonu, Okkulto odbiera) Kuba Wojewódzki? To ty? Nie, no spoko. Afterek będziesz robił? A co to jest afterek? Aha. No, żartuję, wiadomo… Dziwny głos mam? (chrząka) A teraz? (jego głos jest już bliższy zwykłemu głosowi Okkulta) Chrypa jakaś… (znowu patrzy na wyświetlacz) Przepraszam, inne połączenie, no tak, he, he, rozrywany jestem. Pół godziny telefon wyłączony miałem i patrz, co się dzieje… (patrzy na wyświetlacz, chrząka, mówi już zupełnie jak „stary” Okkulto) Marcin Tyszka? Cześć, stary. Nowa kolekcja od Paprockiego i Brzozowskiego? Ja wiem? A kiedy? No, dzięki. Dzięki. Nie, no, chyba by się dało… Ale to tylko jednorazowo, wiesz, ja jednak nie jestem modelem… Nie, no wiem, że jestem przystojny… No, przestań… No weź już… No, dobra, wchodzę w to… Pa. (kończy rozmowę, dłuższą chwilę – i z wyraźną przyjemnością – ponownie wpatruje się w swoje odbicie w lustrze, potem zerka na ekran telefonu) Dobra, nie ma co! (naciska kilka klawiszy) Organek? Tu Okkulto. No, stary! Ja też, ja też. Szacunek i w ogóle… Ja ci kibicuję od lat, człowieku! No, poważnie… Od Sofy. Myślisz, że kto cię w Mysticu polecił? Słuchaj, może byśmy coś razem zrobili? Tak? Poważnie? To super… Zajebiście… I jeszcze byśmy Skubasa do tego wzięli… No i Czesława. Fisz już w zasadzie jest. I Maleńczuka… I Tego Typa Mesa. I Julię Marcell. (Okkulto zbliża się do drzwi, otwiera je, po sekundzie orientuje się, że ciało Horna leży na samym środku garderoby, wraca, zaczyna je przeciągać za kanapę, nie przestaje mówić) I Fismolla, wiadomo. I Gabę Kulkę, tak. I jeszcze Marysię Peszek. Marysia jest świetna. Marysia to jest taka petarda, mówię ci… I kolesi z Much jeszcze. I Dawida Podsiadłę, jasne. (Horn jest już za kanapą, Okkulto wychodzi z garderoby, teraz słychać go już zza zamkniętych drzwi – coraz ciszej i ciszej) No, i potem zaraz obskakujemy OFF-a i „Męskie Granie”… No, i wywiad u Stelmacha… U Szydłowskiej… Kurde, nowe życie. Nowe otwarcie… Nowy rozdział…

Przez długą chwilę w garderobie panuje absolutna cisza.

Nagle słychać kaszlnięcie. Potem kolejne. I jeszcze jedno.

Horn wyczołguje się zza kanapy. Zachłystuje się powietrzem. Kaszle spazmatycznie i rzęzi. Wije się, walczy o oddech. Po chwili przestaje, uspokaja się. Zrywa się do pozycji siedzącej. Rozgląda się półprzytomnie po wnętrzu. Wolno dochodzi do siebie. Odkrywa, że jest ubrany w garnitur.

HORN

Jezu, co to jest? Tak dzisiaj gramy? Ja pierdolę, wiedziałem, że w końcu do tego dojdzie. (wstaje powoli, idzie w kierunku drzwi, na chwilę przystaje, rozgląda się po zdemolowanym wnętrzu garderoby) Jezu, ale to musiał być towar. (znowu wolno rusza do drzwi) Tyle lat w składzie i nic, na żadnym oficjalnym zdjęciu, żadnych wywiadów, człowiek haruje i gówno z tego ma, a teraz jeszcze to. (przystaje przy toaletce, patrzy w swoje odbicie, kręci głową z niezadowoleniem) No i skończył się metal, zaczęły się poszukiwania. Ja pierdolę. Będziemy grać supporty przed Rojkiem. Nie, ja odchodzę. (głośno, ze złością) Jeszcze o mnie usłyszycie, kurde. Jeszcze zobaczycie. Ja mam w domu parę książek od Frelika, ja wam jeszcze pokażę. Zemsta będzie słodka. (milknie nagle) A taki to był kiedyś porządny band. Niech to szlag. Dobra, gdzie ja mam telefon? O, jest… (wychodzi, słychać go teraz zza drzwi) Peter? No, ściskam, generale… Jest jakiś świeży nabór? Jest? To ja bym zaaplikował może, co…? (rozlega się stłumiona muzyka – to płynący z klubowej sceny alternatywny folk w wykonaniu Okkulta i jego nowych kolegów) Nie, nie będzie miał pretensji, on już jest zupełnie gdzie indziej… Posłuchaj! (Horn milknie, muzyka brzmi coraz głośniej i głośniej, trwa to dłuższą chwilę – w końcu kawałek urywa się nagle i równocześnie zapada:

absolutna,

nieprzenikniona

ciemność)

KONIEC