DESZCZ I MGŁA – nie jestem owcą…

Nie jestem owcą a przynajmniej dziś rano patrząc w lustro nie doszukałem się jawnej oznaki bycia przedstawicielem tego jakże szacownego gatunku. Dlatego też wszelkie owcze pędy, mody i trendy mają ze mną bardzo trudną przeprawę. Niemal z organicznym wstrętem odrzucam to co popularne, nad czym w zachwytach rozpływają się inni, pewnie mądrzejsi a już z pewnością będący na bieżąco z tym co piszczy nie tylko w trawie, ale i pod ziemią. Zanim coś do mnie trafi, musi przejść swoistą kwarantannę i nieważne czy będzie to specyficzna moda na brzmienia rodem z lat 70-tych (doom, sludge, stoner) czy piosenki Brodki. Jedno i drugie na początku odrzucone, dziś towarzyszą mi nader często, ale nie o tym miałem napisać. Jest jesień. Dziś rano były deszcz i mgła. Czas na mały remanent tego, co szerokim łukiem ominęło mnie w tym roku.

Z pewnością ciągle i w stu procentach świadomie nie jest mi po drodze z modą na gwiazdy z Ban(d)gladeszu, czyli mocno eksplorowane nawet przez podziemnych prawdziwków poletko o nazwie bandcamp. Może kogoś skrzywdzę, może jestem niesprawiedliwy, ale wyszukiwanie młodych zespołów zdolnych do tego by rozpalić, choć raz za mojego życia, prawdziwy płomień muzycznej rewolucji za pośrednictwem tego właśnie cudu XXI wieku przypomina mi grzebanie w rzece gówna. Osobiście uważam, że ilość tandety jaka uprawia uporczywą autopromocję własnej miernoty za pośrednictwem obozu zespołów osiągnęła poziom wprost niebywały. Nie mam ochoty słuchać tych wszystkich grup, które nie mają nawet tyle siły przebicia i determinacji by wydać płytę w tradycyjny sposób. Nawet w limitowanym nakładzie kilkuset sztuk. Nie mam ochoty zagłębiać się w historię kolejnego zespołu, który nie gra koncertów, okładkę „płyty” ściągnął z sieci a na fb polubiło ich profil całe, rodzinne miasto z proboszczem lokalnej parafii na czele. Może to naiwne i głupie, ale nadal uważam, że zespół by stworzyć wartościową muzykę, musi mieć coś do powiedzenia nawet jeśli słowem tym ma być czysta abstrakcja. Nie to, żeby kierował mną sentyment do płyt wydawanych tradycyjnie na twardych nośnikach. Nic z tych rzeczy. Sam większość muzyki odnajduję i słucham w formie zer i jedynek, ale widzę, też, że bandcamp po przefiltrowaniu ziarna od plew zamieniłby się w platformę zawierającą promil tego co gromadzi teraz, tyle, że takie filtrowanie zajęłoby całe życie. Nie mam ochoty na sprawdzanie nowości, które kwitną przez tydzień. Nowości, o których nikt za tydzień pamiętał nie będzie. Wolę już swoją, chaotyczną metodę poszukiwania opartą na skomplikowanym systemie ściśle przypadkowych kliknięć, w której nie śledzę, nie zależę od tego co popularne, ładne i modne a po prostu słucham tego, co mi się podoba i wtedy, kiedy chcę. Chyba każdy kto zadaje sobie trud by myśleć zgodzi się ze mną, że dziś to nie sieć zabija ducha muzyki a nędzne popłuczyny jakie serwują nam „twórcy”, którzy na dobre dominują na platformach takich jak ta, nad którą znęcam się obecnie. Czasem przegapię premierę czy może nawet dwie, może nie zawsze wiem o tym co ma się ukazać za chwilę, ale przynajmniej nadal potrafię cieszyć się muzyką, która do mnie dociera i mimo tego, że słucham bardzo dużo, ciągle czerpać z tego żywą i prawdziwą radość. Trendy i mody zostawiam tym co chcą wiedzieć wszystko i zawsze być na bieżąco… W tym roku ominął mnie bandcamp i mówiąc szczerze dobrze mi z tym.

Jest jesień. Deszcz, mgła i pierwsze przymrozki a nadal nie zebrałem się do tego by rozprawić się na dobre z kilkoma dużymi premierami jakie miały miejsce w tym roku. Weźmy dwa pierwsze z brzegu tytuły, o których było głośno, czyli Carcass i Satyricon. Płyta wtórna i satyryczna. Oba zespoły przypominają mi dobrze wypromowane marki, których produkty sprzedać można nawet większego trudu. Świadomie rozminąłem się z tymi płytami, po kilkukrotnym przesłuchaniu odłożyłem na półkę i kiedyś pewnie jeszcze do nich wrócę. Oba krążki są solidne, ale dość mam powrotów, które bronią się głównie kampanią marketingową (Carcass) oraz gwiazd, które nagrywają płyty tylko po to by zagrać kolejną trasę (Satyricon).

Może jestem zblazowany, ale ostatnio szkoda mi czasu na płyty w pierwszych stron muzycznych (zachodnich) periodyków…

Jest jesień, sezon koncertowy właśnie się rozpędza, ale w tym roku zupełnie świadomie ominę jedno wydarzenie, które wielu osobom spędza sen z powiek. Mam tu na myśli koncert kuriozalnego projektu jakim jest w moim odczuciu dziwoląg anonsowany wcześniej jako Death to All a od niedawna jako Death. Może jestem fanatykiem twórczości tego bandu, ale w moim osobistym odczuciu TEN zespół to był TEN człowiek. Nie chcę oglądać namiastki, nie miałem okazji zobaczyć prawdziwego Death lata temu i tak zostanie.

Do końca roku ominie mnie jeszcze parę rzeczy, ale nie będę nad tym płakał. Dobrze mi w swoim świecie gdzie ciągle trafiam na jakieś muzyczne perełki, w świecie w którym mam czasem okazję uczestniczyć w wydarzeniach tak wyjątkowych jak warszawski koncert Neurosis…w świecie, w którym punk spotyka sheogaze a nad wszystkich unosi się nieznośny zapach death/grindowego mięcha…

Wiesław Czajkowski