DESTRÖYER 666 – Wildfire (Season of Mist)

Wiem, co sobie państwo myślą: Do stu czortów, dlaczego na Violence nie ukazała się jeszcze recenzja najnowszego pocisku australijskich bluźnierców, a zamiast niej jakieś Furie, szugejzy, skrzące się chorymi dysonansami post-metale i inne zarazy? Dumam nad tym zagadnieniem po dziś dzień. Ilekroć sam próbowałem wykrztusić tych kilkaset znaków dotyczących nowej propozycji Niszczyciela Trzy Szóstki, nieznana mi siła od tego zadania skutecznie mnie odciągała. I tak się bawiłem z KK Warslutem w kotka i myszkę po dziś dzień. Pomimo, że o “Wildfire” tworzyć elaboratów nie chciałem, z każdym kolejnym odsłuchem (a było ich trochę…), dochodziłem do prostej konkluzji: Nie ma opcji, muszę to zrobić!

Już samo to, że “Wildfire” w moim tegorocznym podsumowaniu zgrabnym susem wyprzedziło kawał dobrej muzyki w 2016 spłodzonej o czymś świadczy. I nie było to bynajmniej od premiery krążka faktem najoczywistszym z najoczywistszych. Doceniam Deströyer 666. Wkład ekipy Warsluta w krzewienie nieświętego ziarna kąsającego zewsząd black/thrash metalu wydaje się być nieoceniony, lecz nigdy w tak dużym stopniu, abym nad którąś z płyt formacji wzdychał z wrażenia. Za to coraz bardziej zacząłem się z tymi dżentelmenami zaprzyjaźniać na wysokości świetnie zrealizowanego, kompozycyjnie dopieszczonego “Phoenix Rising”. “Wildfire” pod wieloma względami wiernie odwzorowuje schemat na rzeczonym krążku zapoczątkowany. Jadowita energia thrashu iskrzy i bucha w towarzystwie diabolicznego black metalu (towarzyszącego zresztą grupie od początku), które chłodno tonuje wczesno heavymetalowa, szaleńcza galopada. Co więcej, heavy metalu podszytego wpływami zadziornego do granic możliwości punka. To bardzo intrygująca mieszanka, ale czy na tyle, by w roku pańskim 2016 zdetronizować kilka kapel, które znacznie bardziej od Niszczyciela cenię?D666

Czysto teoretycznie: nie. Ale gdy na części pierwszej rozbieram niektóre krążki dorównujące “Wildfire” poziomem, zaczynam rozumieć, że w części praktycznej jednak tak. The Fall of Hearts Katatonii zawładnął mną od pierwszej sekundy, ale nie ma nawet w połowie takiej werwy, jaką posiedli Niszczyciele. Mało to zaskakujące. Wszyscy chyba wiemy, gdzie obecnie lokują się twórcze poszukiwania Szwedów. Co więc spowodowało, że z drugiej pozycji podium obserwują oni “Wildfire”? Może świeżość i energia australijskiej ekipy? Może brak choćby odrobiny spontanu na krążku Katatonii? Na te pytania próbuję znaleźć odpowiedź od paru ładnych miesięcy. Mimo wszystko, niezbyt ważne przemyślenia od razu opuszczają mój umysł w chwili rozbrzmiewania pierwszych dźwięków “Wildfire”. Od otwartego przeciągłym piskiem “Traitor”, po niesiony zagrzewającym do walki refrenem “Hounds at Ya Back” , skończywszy na podniosłym “Tamam Shud”. Zwłaszcza ostatnia z wymienionych piosenek powala olbrzymim ładunkiem niekłamanych emocji, przebojowego wiru cholernie melodyjnych solówek i czystymi wokalami KK Warsluta. Patos pełną gębą, ale bez smoków i wodnych nimf. Została tylko śmierć, a za nią zgliszcza.

Uff, ale dobra to płyta! Wysokooktanowy, raz po raz strzelający pocisk black/thrash’owej dziczy, który absolutnie i w każdej okoliczności odnajdzie swoje zastosowanie. Dobra, na stypie może nie, ale to już drobny, mało ważny szczegół. Jeszcze by nieboszczyk z martwych powstał…

Łukasz Brzozowski 

Sześć