CRANES – Wings of Joy (Dedicated/RCA)

Kto nie zauważył, tego oświecam: dużo piszemy na naszych łamach o shoegaze’owym smęciszewie. Głównie aktualnym, bo w ostatnich latach ten nurt powrócił do łask, zarówno w temacie zupełnie nowych twarzy jak i mniej lub bardziej sensacyjnych reunionów. Wprawdzie niektórzy już zdążyli ponownie pogrzebać szugejza, ale passa jednak trwa w najlepsze. Ba, na przyszły rok anonsowana jest pierwsza od wieków, studyjna płyta braci Reid. Gdzieś w cieniu pozostają zaś takie perełki jak Cranes. Jakiejś oszałamiającej kariery nie zrobili, ale zapomnieć o nich to grzech. Zatem, w ramach naszego wspominkowego cyklu, wracamy do roku 1991 i pierwszego długograja Brytyjczyków.

Historia zespołu nie jest spektakularna. A jeśli chcielibyśmy poznać korzenie, to udajemy się do 1979r., a konkretnie do sklepu Beggars Banquet, gdzie przez osiem lat pracował Ivo Watts-Russel. Kiedy doszedł w końcu do wniosku, że czas podziałać na własną rękę, powstała stajnia 4AD, gdzie wkrótce zaroiło się od kultowych dzisiaj zespołów; wśród nich był min. Cocteau Twins, którego pływów nie sposób przecenić. Przeskakujemy teraz do roku 1984, do małej mieściny Portsmouth na Południu Anglii. Tu żyje rodzeństwo Alison i Jim Shaw, które wpadło na jakże oryginalny pomysł założenia kapeli. Czemu tu się dziwić…  Wyobraźmy sobie kwadracik, na rogach którego umieszczamy „In The Flat Field” Bauhaus (1980), „Junkyard” The Birthday Party (1982), „Closer” Joy Division (1980) i „Treasure” Cocteau Twins (1984). Gdzieś w środku tej figury kiełkuje wizja Cranes, bo tak rodzeństwo Shaw ochrzciło swój zespół. Kolejne miesiące to nieustanne szlifowanie formy, obsesyjna próba uchwycenia smutku za pomocą gitar, bębnów i obłędnego głosu wokalistki. Alison stworzyła kanon tzw. kobiecej wokalistyki alternatywnej, którą zwykło się określać mianem „zagubionej dziewczynki w lesie”. Upiorny, smutny i hipnotyczny głos stał się wizytówką Cranes, zespół jednak pozostaje w ukryciu w międzyczasie wydając jedynie kasetę „Fuse”. Na scenie pojawiają się dopiero w 1987 roku a dwa lata później ukazuje się debiutancka ep-ka „Self-Non-Self”, pokazująca ukształtowane oblicze zespołu. Grupa zaczyna być rozpoznawalna, w 1990 publikuje kolejną,  doskonałą ep-kę „Inspecable”, której genialne rozwinięcie znajdziemy na debiutanckim albumie „Wings of Joy” z roku 1991. Debiut okazał się być tak błyskotliwy, że już rok później na swoją trasę  zaprasza ich sam The Cure, promujący album „Wish”. Ponoć nie była to tylko kurtuazja, Robert Smith najwyraźniej zakochał się w Cranes, czemu zresztą dawał wyraz ze sceny.Cranes

Nie dziwię mu się, bo „Wings of Joy” do dnia dzisiejszego robi niesamowite wrażenie. Z Cranes zetknąłem się przy okazji ep-ki „Inspecable”, którą nagraną na kasecie mam do dnia dzisiejszego i którą odkurzyłem całkiem niedawno, ponownie dziwiąc się jak bardzo muzyka jest aktualna. No, może aktualna w pewnych kręgach. Debiutancki album udowodnił, że pomysł Cranes był prosty, doskonały i w większej dawce wcale nie nudził. Choć w zasadzie można powiedzieć, że właśnie nuda, monotonia i wieczny smutek to podstawowe składniki płyty. Dziennikarze mają często problem z określeniem stylistyki zespołu, bo z jednej strony posiada on wszystkie cechy charakterystyczne dla shoegaze, jednak nie sposób odmówić mu iście upiornej, gotyckiej atmosfery. Jeśli szukać szkieletu płyty, to jest nim fortepian i głos Alison. W zasadzie większość numerów budowana jest na bazie obsesyjnie granych, mantrycznych akordów fortepianowych i charakterystycznego, zbłąkanego, naiwnego głosu pani Shaw. To ona rozdaje na płycie karty, zawodząc i kusząc tym swoim becząco – płaczliwym wokalem. Wcale nie chodzi tu o złośliwość, daj panie każdej wokalistce tak charakterystyczną barwę głosu. Utwory noszą wyraźne piętno stylistyki lat 80. – twarde, często brzmiące niczym automat bębny, zgrzytliwe, postpunkowe gitary w tle i miarowy, punktujący ostro bas. Tajemnicą zespołu pozostaje to w jaki sposób potrafili z tych elementów wymyślić swoją muzykę. Na pewno ma tu znaczenie transCranes 3 – każdy kawałek brzmi niczym zacinająca się płyta. Repetycja tematów fortepianowych i basowych pochodów wprowadza w niemal rytualny nastój. Muzyka jest „przyczajona”, gdzieś podskórnie tłumiąc złość pomieszaną ze strachem. Faktycznie, można poczuć się jak w lesie po zmroku. Po twinsowym wprowadzeniu („Wtaersong”), od razu zostajemy wrzuceni na głęboką wodę. „Thursday” to mariaż późnego The Birthday Party z szugejzowym zawodzeniem, łapie za ryj i nie puszcza. W „Living&Breathing” mamy noise’ową gitarę, która kojarzyć się może i ze skrzeczącą manierą Daniela Asha, ale również z pomysłami, jakimi nasycał płyty The Bad Seeds Blixa Bargeld. Doskonale współbrzmi to z klimatycznym, osadzonym na mocnym rytmie tematem. Mistrzostwo obsesji osiąga Cranes w pozornie prostym „Leaves of Summer”, gdzie maniakalnie powtarzana sekwencja fortepianu może doprowadzić do obłędu. No i definicja stylu, czyli „Beautiful Sadness” – nazwa mówi wszystko, hipnotyczne prowadzenie instrumentów, twarda gra perkusji. W zasadzie każdy kawałek budowany jest na jednym, może i banalnym temacie, jednak powtarzany w kółko przez dwie – trzy minuty, po dodaniu basu i zawodzenia Alison, stawał się całkiem atrakcyjny i doskonale spełniał rolę – łapał za gardło, może i kogoś wystraszył. Uśmiech może budzić „Hopes are High” – nie wierzę w to, że Cranes zdobyli skądś album „Nieustanne Tango” Republiki, ale sposób frazowania fortepianu w tym numerze jako żywo przywodzi na myśl kapelę Ciechowskiego. Pozostałe numery z płyty nie są gorsze, może jedynie monotonny i minimalistyczny „Wish” nie wytrzymuje konkurencji, ale z drugiej strony, stanowi moment oddechu po konkretnej dawce pompowania. Cranes udało się zaskakująco sprawnie połączyć kilka pozornie znanych elementów w dobrze zmiksowaną całość. W późniejszych latach wyraźnie wygładzali swoje kompozycje, dlatego właśnie debiut pozostaje w moim odczuciu płytą może i surową, nieokrzesaną, ale w dużej mierze intrygującą i znoszącą grubo ponad dwie dekady; dzisiaj słucha się jej równie dobrze, może nawet lepiej, bo perspektywa czasu dodała płycie uroku. Taki materiał mógł powstać jedynie w Anglii.Cranes 2

Późniejsze losy zespołu to kolejnych siedem płyt, wśród których warto wspomnieć o „Loved” czy świetnym krążku „Population Four” z 1997 roku. Na całe szczęście, zespół nie wziął przykładu z wielu kolegów i w zasadzie cały czas był/jest mniej lub bardziej aktywny, gra koncerty i choć ostatni krążek studyjny z 2008 roku nie jest jakimś wielkim wydarzeniem, mam nadzieję, że zapowiadany w jakichś przebłyskach fejsbukowych nowy materiał będzie jednak małym zaskoczeniem. Czego tej sympatycznej, długowiecznej kapeli i sobie oczywiście życzę…

Arek Lerch

Zdjęcia: materiały archiwalne zespołu